Alison Mosshart (The Kills)

Po siedmioletniej przerwie w ubiegłym roku ukazała się szósta płyta The Kills, zatytułowana „God Games”. Duet Jamie Hince i Alison Mosshart tworzył ją m.in. w trudnym okresie okołopandemicznym. Nie przynosi ona może radykalnych zmian w stylu grupy, aczkolwiek zawiera kilka nowych elementów. 8 maja grupa wystąpi natomiast na koncercie w warszawskim klubie „Stodoła”. Z tej okazji miałem okazję porozmawiać z Alison, która opowiedziała mi o wyjątkowości procesu twórczego The Kills, o tym, dlaczego nie pisze piosenek politycznych, a także o swoich fascynacjach muzycznych i książkowych.
Alison Mosshart
MM: Wiem, że „God Games” opóźniło się z powodu pandemii. Co czułaś, gdy ogłoszono lockdown?
AM: Cóż, to były mieszane uczucia. Początkowo wydawało mi się, że będzie to przygoda. Z czasem jednak, słysząc, co faktycznie się dzieje, zdałam sobie sprawę, że nie wygląda to dobrze… Dwa miesiące wcześniej, lecąc samolotem, miałam już jednak przekonanie, że wszyscy powinni nosić maseczki, bo słyszałam już o pierwszych przypadkach tego wirusa. Byłam w dziwnym stanie w trakcie lockdownu, bo jednak emocjonalnie nie można się przygotować na coś takiego. Z czasem czułam się coraz bardziej przerażona i bałam się, że to się nigdy nie skończy. Obawiałam się o życie moich przyjaciół i rodziny. Bycie kreatywnym w tamtym okresie było dla mnie czymś niedorzecznym – muzyka nie była tym, czym chciałam się wówczas zajmować, a zwłaszcza pisać piosenek o pandemii. Wolałam kręcić video, filmiki itd. A muzyka i jej tworzenie pochodzi z radosnych części mnie. W trakcie lockdownu tak się jednak nie czułam. Co więcej - w samym środku pandemii Jamie, będąc w Los Angeles, złamał obie stopy. Przyjechałam do niego z Nashville, by mu pomóc. Przez jakieś 6 miesięcy poruszał się na wózku inwalidzkim…
MM: Jak do tego doszło?
AM: Pewnego dnia Jamie spojrzał przez okno i wydawało mu się, że jego pies jest atakowany przez kojota. Wybiegł na zewnątrz, a że jego ganek ma takie dziwne schody, chciał nad nimi przeskoczyć. Zrobi to tak niefortunnie, że wylądował na piętach i się poślizgnął… Psu nic się nie stało, ale Jamiemu owszem…
MM: Jamie namówił Cię ponoć na zakup studolarowego klawisza, byś mogła tworzyć. Domyślam się, że to dało Ci kolejne pole do twórczej ekspresji?
AM: O tak, ten klawisz pomógł mi się na nowo otworzyć na proces twórczy. Był jak nowa zabawka. A ponieważ brzmi gównianie i jest bardzo prosty w obsłudze, dał mi absolutną wolność (śmiech). Nie jestem specjalnie techniczna, nie znam się na Pro Toolsie, więc było to dla mnie idealnie rozwiązanie. Lubię po prostu pisać piosenki, bez gapienia się w komputer. Gdybym miała siedzieć np. na partią bębnów zapętloną w komputerze, zwariowałabym.
MM: Na płycie słychać ten klawisz, czy użyłaś go tylko do demówek?
AM: Słychać go w „103” i „Kingdome Come”. Nagrałam na nim sporo partii, które w studiu zabrzmiały – ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu – zajebiście!
MM: Mówisz, że okładka płyty symbolizuje walkę o coś głupiego. A czy The Kills walczą przeciwko czemuś lub komuś, czy jesteście jedynie obserwatorami?
AM: Hm, nie walczymy z niczym konkretnym. Staramy się być przede wszystkim spostrzegawczy. Nasza działka jest stricte artystyczna. Filtrujemy to, co zaobserwujemy przez naszą wrażliwość i z tego coś się zawsze urodzi. A robienie czegoś pięknego z czegoś brzydkiego, to wyjątkowe doświadczenie, aczkolwiek czasem nam to nie wychodzi. Myślę jednak, że to tak jak z obrazami sprzed na przykład 100 lat. Patrzysz na nie i możesz je dowolnie zinterpretować.
MM: Rozumiem już, dlaczego nie chciałaś pisać o czasach pandemii. Gdy posłuchamy „God Games” za jakiś czas, ta płyta nadal będzie miała dość uniwersalny wydźwięk i będzie można ją odczytywać niezależnie od epoki.
AM: Tak, zresztą każdą płytę staram się właśnie robić w takiej formie. Dlatego nie piszemy na przykład piosenek politycznych. Kto by chciał słuchać o Trumpie za 20 lat? Na pewno nie ja. I choć ten skurwysyn wyprowadza mnie z równowagi regularnie, nie chcę o nim śpiewać. Wolę za pomocą muzyki tworzyć obszary, do których ludzie mogą się odnieść i w nich odnaleźć. Jeśli sama zmagam się w czymś w życiu, w relacjach z innymi, to myślę, że słuchacze też mogą mieć podobne problemy. Mnie to pomaga, a gdy wydajemy piosenki, to one przestają być nasze, a stają się częścią odbiorców.
MM: Wiem, że oboje jesteście ateistami. Jamie mówi jednak, że wykorzystuje boga w procesie kreatywnym. Wydajesz mi się dość uduchowioną osobą, więc jestem ciekaw, czy masz podobnie jak Jamie?
AM: Wydaje mi się, że podczas procesu twórczego staram się przekroczyć samą siebie. A gdy zaczynamy działaś we dwójkę, to te dwie składowe łączą się w coś wyjątkowego i jeszcze lepszego, co czasem daje muzykę The Kills, a czasem nie. To jednak jest większe od każdego z nas. To niesamowite, wręcz magiczne, niezależnie od tego, jak dziwna energia za tym stoi. Przez połowę procesu twórczego czuję się jak widz – obserwuję wszystkie jego elementy i aspekty. To ekscytujące, bo często nie wiem, skąd moje piosenki się biorą. Nie mam pojęcia czemu zagrałam taką melodię i czemu tak zestawiłam słowa. To się po prostu dzieje. Nie wiem, czy ma to coś wspólnego z duchowością, o którą mnie posądzasz (śmiech).
MM: Nie cierpisz natomiast szufladkowania muzyki. Czy zatem jest coś, co zaskakuje Cię w muzyce The Kills?
AM: Tak, każda jedna piosenka! (śmiech).
MM: Skoro dotknęliśmy wyjątkowości procesu twórczego – w utworze "My Girls My Girls" zaśpiewał Compton Kidz Club Choir, przez brzmi to trochę jak pieśń gospel. Graliście już ten utwór na żywo z członkami chóru?
AM: Kilkukrotnie. Najpierw oczywiście przyszli do studia Sweetzerland w Los Angeles, w którym nagrywaliśmy. Zaśpiewali swoje partie i kompletnie nas rozwalili. Dziewczyny z Compton Kidz Club Choir brzmią absolutnie wspaniale, a mają po 16, 17 i 18 lat. Gdy zaczynały śpiewać, opadała mi szczęka. I rejestrowały wszystko za pierwszym lub drugim podejściem! Mają niesamowitą, wzniosłą moc. To dar, którego ja nie mam. Jestem zupełnie inną wokalistką, niż one. Potem graliśmy koncert w Los Angeles i dwie dziewczyny z chóru dołączyły do nas na scenie. To było cudowne doświadczenie. Natomiast w Nowym Jorku dołączyły do nas dziewczyny z jednego z tamtejszych chórów i też zabrzmiały wspaniale. Jeżeli tylko mamy możliwość, to zapraszamy chórzystki. Nie zawsze jednak możemy sobie na to pozwolić, zwłaszcza, gdy gramy trasy poza Ameryką.
MM: Domyślam, że ze względu na koszty…
AM: Prawdę mówiąc, nie stać nas nawet na to, byśmy we dwójkę z Jamiem jeździli w trasy (śmiech). Zawsze musimy się wspierać kimś z zewnątrz.
MM: Widziałem wasz zeszłoroczny koncert na YouTube w ramach Arte Concert Festival i wydał mi się dość dekadencki. Scena wyglądała jak wybieg dla modelek. 8 maja zagracie koncert w Warszawie. Scena będzie wyglądała tak samo?
AM: Nie! Nie mieliśmy nic wspólnego z tamtą sceną. Ten koncert był ustawiony pod występ telewizyjny. Scena była okropna – ledwie się na niej mieściłam, bo miała około pół metra. Co chwilę bałam się, że niej spadnę. Do tego była podświetlana, więc nie tylko nie widziałam swoich stóp, ale i gitary! Poza tym wszędzie latały kamery – atakowały mnie z każdej strony. W tamtym momencie marzyłam o kasku (śmiech). Naprawdę cieszę się, że udało mi się przeżyć tamten koncert bez żadnego uszczerbku na zdrowiu! Na koncercie w Warszawie nie będzie takich ‘atrakcji’. Będzie normalna scena, na której będziemy w stanie się poruszać (śmiech).
MM: Słuchacie z Jamiem mnóstwa różnorodnej muzyki. Masz ulubionego artystę bądź artystkę na współczesnej scenie, która Cię porusza?
AM: Lana Del Rey. Nie widziałam jej dotąd na żywo, ale jej głos mnie rozwala. Uwielbiam też jej teksty. Poza tym ubóstwiam wszystko, co robi Nick Cave i Warren Ellis. Zawsze nie mogę doczekać się ich nowych nagrań. Podobnie jest zresztą z moimi przyjaciółmi: Jackiem Whitem, czy Queens Of The Stone Age. Śledzę na bieżąco to, co robią. Mogę oglądać ich koncerty codziennie. Ostatnio widziałam też koncert PJ Harvey, który też był niesamowity. Ale ona zawsze jest zajebista!
MM: Wiem, że kochasz czytać książki. Masz ulubioną formę literacką?
AM: Rzeczywiście czytam mnóstwo książek, ale pokażę ci, które teraz czytam, a które są wyjątkowe (Alison pokazuje do kamery okładki książek „Wandering Stars” Tommy’ego Orange’a, „Tokyo Ueno Station” Yu Muri i „Stay True” Hua Hsu). Te trzy czytam w tym tygodniu. Nie wiem jeszcze, co będę czytać dalej (śmiech).
MM: Dziękuję za wywiad.
THE KILLS - Warszawa, Stodoła, 8.5.2024.
Bilety: https://www.livenation.pl/show/1460124/the-kills/warsaw/2024-05-08/pl




