Amber Run

Brytyjska grupa Amber Run ponownie przyjedzie do Polski, by 17 kwietnia zagrać w warszawskim klubie Oczki. Klawiszowiec zespołu Henry Wyeth, chętnie opowiedział mi o początkach funkcjonowania grupy, zdradził też kilka niuansów dotyczących ostatniej płyty „How To Be A Human”, a także podzielił się wspomnieniami z pierwszej wizyty w naszym kraju w 2017 roku.
Brytyjska grupa Amber Run ponownie przyjedzie do Polski, by 17 kwietnia zagrać w warszawskim klubie Oczki. Klawiszowiec zespołu Henry Wyeth, chętnie opowiedział mi o początkach funkcjonowania grupy, zdradził też kilka niuansów dotyczących ostatniej płyty „How To Be A Human”, a także podzielił się wspomnianiami z pierwszej wizyty w naszym kraju w 2017 roku.
MM: Chodziliście razem do szkoły i założyliście zespół w Nottingham. Jestem ciekawy, jak wyglądała tamtejsza scena, kiedy zaczynaliście w 2012 roku?
HW: Scena była niesamowita. Nie wybrałem Nottinghamu jako mojego uniwersytetu z powodu sceny muzycznej (śmiech). Ale kiedy zaczęliśmy działać z zespołem, wsiąknęliśmy w nią i to nie tylko dlatego, że było tak wiele zespołów, które mogłeś wtedy zobaczyć. Joe (Keogh, wokalista Amber Run – przyp. MM) i ja pracowaliśmy w barze nazywanym Rescue Rooms. Odbywały się w nim wieczory akustyczne, gdzie występowało mnóstwo lokalnych muzyków i studentów. Na pewno wiesz, że ze sceny Nottingham wywodzą się także obecnie duże zespoły: London Grammar i Dog is Dead. Ogromnym wsparciem dla nas wszystkich był Dean Jackson z BBC, który promował nas. Gdy wydaliśmy nasz pierwszy singiel „Noah”, nie mieliśmy dużych oczekiwań. Przynieśliśmy go Deanowi, a on się bardzo się ucieszył, bo dzięki temu dowiedział się o lokalnej muzyce i talentach muzycznych w Nottingham. Prawie wszyscy tego słuchali. Byliśmy bardzo szczęśliwi.
MM: Mówisz, że pracowaliście z Joe w Rescue Rooms. Rozumiem, że graliście tam, gdy nie akurat nie pracowaliście?
HW: (śmiech) Niezupełnie. Zdarzało się, że stałem za barem, a potem szedłem po około godzinie i grałem 3-4 piosenki, po czym wracałem za bar. Joe robił tak samo, gdy miał swoją zmianę, gdy akurat był wieczór akustyczny, więc też wykorzystywał tę okazję (śmiech). Dało się to pogodzić i co ważniejsze – nieźle nam szło. Pracowaliśmy tam jeszcze zanim weszliśmy do studia, by nagrać pierwszą płytę.
MM: Skoro to były wieczory akustyczne, to grałeś wówczas na klawiszach?
HW: Czasami. Jeśli dany utwór był bardzo klawiszowy, to czasami graliśmy go. Ale w większości zabieraliśmy akustyczną gitarę i śpiewaliśmy przy jednym mikrofonie.
MM: W 2015 roku pojawił się Wasz debiut „5 AM”, dwa lata później „For A Moment, I Was Lost”, a w 2019 „Philophobia”. Natomiast ponad dwa lata temu wydaliście „How To Be Human”. I o ten ostatni album chciałem Cię zapytać. Wiem, że rzuciliście studia w większości na kierunkach humanistycznych, by skupić się na zespole, natomiast wydaje mi się, że ta płyta jest waszym ‘studium człowieka’.
HW: Bardzo trafnie to ująłeś, podoba mi się. Powinieneś być tu, kiedy zaczęliśmy promocję (śmiech). Kiedy realizowaliśmy ten album, nigdy nie myśleliśmy, że tworzymy jakiś ‘podręcznik’. To nie jest płyta o tym, jak powinieneś żyć, czy o tym, jak możesz być dobrym człowiekiem. To bardziej refleksja wszystkich naszych błędów, wszystkich naszych radości i wszystkich naszych sukcesów. One tworzą w ciebie i to, kim jesteś. I to jest to, co to oznacza bycie człowiekiem. I bardzo podoba mi się ta idea, że to jest nasze ‘studium człowieka’.
MM: Kiedy słucham waszych płyt, znajduje tu elementy stylu Radiohead, Coldplay, czy innych indie rockowych bandów. Na „How To Be Human” znajdują się dwa interludia: „Flowers” i “Lovers”. Czy one są jakoś ze sobą powiązane?
HW: Nie są. Wynikają one z faktu, że zawsze kochaliśmy albumy, które są pełnymi konceptami. Oczywiście nie musi być jak w Pink Floyd. Nie musi być tak intensywny, ale na przykład nasz pierwszy album podoba mi się, ponieważ został stworzony do słuchania od początku do końca. Te interludia mają inną rolę – oddzielają stronę A i stronę B płyty. Zdaję sobie sprawę, że w przypadku CD, czy streamingów to nie jest odczuwalne. Mamy wiele takich pomysłów, które wydają się dobre z naszej strony, z naszej perspektywy i które staramy się realizować w różnych momentach. Te interludia są jednym z nich.
MM: W wersji deluxe płyty znalazły się akustyczne wersje części piosenek z płyty. Powrót do korzeni?
HW: Myślę, że tak. Jedną z rzeczy, która zawsze stanowi wyzwanie, jest to, w jaki sposób piosenka może brzmieć. Joe nazywa to różnymi kostiumami, więc do tej samej piosenki możemy wybrać różnego rodzaju kostiumy i wtedy wygląda to inaczej w każdym razem. To jest coś, co zawsze kochaliśmy robić. Możemy wybierać różne wersje piosenek. Jeśli komuś nie podoba się pierwsza, to może wybrać drugą i odwrotnie.
MM: Następnym ‘kostiumem’ dla tych piosenek mogą być ich elektroniczne remiksy.
HW: Tak, tak. Robiliśmy tak już w przeszłości. Nie wiem tylko, gdzie są te remiksy, bo chyba nigdy ich nie wydaliśmy... Mieliśmy pięciu czy sześciu różnych dj-ów, którzy zremiksowali nasze piosenki. Myślę, że będziemy musieli tak zrobić przy najbliższym wydawnictwie.
MM: A czy jest aktualnie w zespole jest perkusista?
HW: Tak i nie. Nasz perkusista Felix Archer odszedł z zespołu po pierwszym albumie. I od tamtej pory pracujemy z Glynem Danielsem. On jest muzykiem sesyjnym, jest częścią zespołu, ale nie pełnoprawną. Ma rodzinę, więc nie może być aktywny 24 godziny na dobę dla zespołu. Dlatego jest muzykiem, który jeździ z nami w trasy. Poza tym współpracuje w ten sposób też z kilkoma innymi artystami. Umówiliśmy się, że płacimy mu za jego dyspozycyjność na trasach i to wszystko – bez jakichś napinek, czy niepotrzebnych nieporozumień.
MM: Wydajecie albumy w dość równych odstępach czasu. „How To Be Human” wyszedł 2 lata temu. Myślicie już o nowej płycie?
HW: Planujemy wypuścić coś nowego jeszcze w tym roku. Jeśli jesteś fanem Amber Run, nie trzeba się martwić, że już nie robimy muzyki (śmiech).
MM: Widziałem, że udostępniliście „I Found” nagrane z London Contemporary Voices w ramach Mahogany Sessions. To jedyne nagranie tego typu?
HW: To stara piosenka, ale nagrana właśnie z LCV. Nagranie liczy 10 lat i wcześniej było dostępne tylko na YouTube. Udostępniliśmy je w ramach podziękowania dla naszych fanów za tyle lat wsparcia. Nagraliśmy w ramach podobnej sesji także „Noah”, o którym już mówiłem.
MM: 17 kwietnia wystąpicie ponownie w Polsce. Jak odbierasz występy klubowe po dużych festiwalach typu Reading?
HW: Dobre pytanie. Myślę, że najlepsza jest opcja pomiędzy. Graliśmy niesamowite gigi na wielkich festiwalach i prawie zawsze jest to bardzo trudne. Trochę jak porównanie jabłek i orzechów. To niesamowite, co czujesz, gdy stajesz przed tysiącami ludzi. Nie da się tego zreplikować, ale w tym samym czasie tracisz to swoiste poczucie połączenia z publicznością. Moje ulubione koncerty, to zwykle około tysiąca, może 800 osób, bo wtedy mogę zobaczyć reakcję około 90% ludzi w oczach (śmiech). A z Polski mamy świetne wspomnienia. Kiedy graliśmy u Was po raz pierwszy, wszyscy śpiewali wszystkie nasze numery. Przyszło więcej ludzi, niż się spodziewaliśmy i byliśmy ogromnie zaskoczeni, bo nie wiedzieliśmy, że mamy tu tylu słuchaczy. Tym bardziej więc cieszymy się na ten nadchodzący koncert w Warszawie.
FOTO: Garry Jones
AMBER RUN
17.04.2025. Warszawa, Oczki
BILETY: https://winiarybookings.pl/wydarzenie/amber-run-warszawa-2/warszawa-kwiecien-2025
