Animations

Po kilku zmianach w składzie, wywodząca się z Jaworzna formacja Animations wróciła z nową płytą. „Contemporary Guide To Modern Living” to pierwszy concept album w dorobku grupy, o czym szeroko opowiedział mi jej gitarzysta, Kuba Dębski.
MM: Od czasu poprzedniej płyty Animations zaszły zmiany w składzie zespołu. Czym były podyktowane?
KD: To bardzo proste! Dopadło nas życie po prostu. Problemy prywatne, komplikacje logistyczne etc. Skończyło się na tym, że w 2017 roku Kuba Galwas zastąpił Pawła Larysza na bębnach, a Tomek Konopka (klawiszowiec) postanowił opuścić skład w 2018 roku. Nie ukrywamy jednak, że czujemy się zupełnie dobrze jako kwartet i mamy wrażenie, że jesteśmy wszyscy w życiowej formie scenicznej.
MM: Pracę nad „Contemporary Guide To Modern Living” zaczęliście już w nowym składzie?
KD: Tak. Paweł odszedł akurat niewiele po wydaniu „Without The Sun”. Gdy Kuba dołączył do zespołu, od razu zabraliśmy się do pracy nad nowymi numerami. Tomek jeszcze miał swój wkład w jeden z kawałków, które znalazły się na CGTML. Jego krótką partię fortepianu można usłyszeć w „Digital Royalty”.
MM: Co było powodem zrobienia z tego albumu konceptu?
KD: Nie podchodziliśmy do tworzenia płyty z takim założeniem. Dopiero gdy zaczęliśmy pisać teksty, a całość spięliśmy szatą graficzną, uznaliśmy, że faktycznie coś w tym jest i można album traktować jako concept album. Zaznaczę jednak, że to nie jest coś w stylu „Operation: Mindcrime” od Queensryche - nie ma tu bohatera, nie ma w oczywisty sposób poprowadzonej narracji. Tytuł płyty jeszcze bardziej podkreśla całość jako zbiór utworów oscylujących wokół jednego tematu.
MM: Czym jest dla Was życie w świecie coraz bardziej zdominowanym przez technologię?
KD: Codziennością. Mamy 2023 rok, nie damy rady oddzielić technologii od, nazwijmy to umownie "normalnego życia". Staramy się jedynie zachować zdrowy balans między jednym, a drugim. Zwłaszcza, że jesteśmy też rodzicami i musimy sprytnie prowadzić nasze latorośle przez te dwa światy. To czasem niestety nie jest takie proste.
MM: To się jakoś szczególnie przełożyło na część muzyczną tej płyty?
KD: Warstwę tekstową na pewno. Poza tym dopadło nas to w bolesny sposób, że nie jesteśmy już dwudziestolatkami i na pewno nic nie będzie takie jak kiedyś. Nie ukrywam, że w kilku fragmentach tekstów na płycie jest odrobinę goryczy. No cóż - takie życie.
MM: Pytam, bo muzycznie słyszę tu mieszankę djentu, Dream Theater i Korna
KD: Słuszne spostrzeżenie. Dream Theater był moim ulubionym zespołem przez blisko 15 lat, Korna mieliliśmy wszyscy na kasetach jeszcze w latach 90tych, a djent? No, djent jest po prostu fajny (śmiech).
MM: Płyta wiedzie przez różne współczesne bolączki i nie kończy się dość pozytywnie…
KD: Mówisz oczywiście o „Modern Suicide”. No tak, to dość mocny tytuł. Ale nie chodziło nam tutaj o koniec życia w takim ostatecznym sensie. Bardziej staraliśmy się skupić na tym, jak bardzo często ludzie żyją tylko po to, żeby przeżyć - z dnia na dzień, z roku na rok - nie mając nic poza zwykłą codziennością. Do tego dochodzi cancel culture i mamy cały obraz tego, jak można wyeliminować człowieka jednocześnie zostawiając go przy życiu.
MM: Widzisz jakieś na to jakieś rozwiązanie?
KD: Nie sądzę, żebym był w jakiejkolwiek pozycji, która pozwoliłaby mi sugerować jakiekolwiek rady, a co dopiero rozwiązania sytuacji, w której świat się znalazł. Chyba niech każdy z nas robi to, co do niego należy.
MM: Płyta wyszła na prawie wszystkich nośnikach fizycznych. Myśleliście, by wydać ją także na kasecie?
KD: Wiemy, że kasety faktycznie przeżywają swego rodzaju renesans, ale nie, nie myśleliśmy o kasetach. Naszym największym marzeniem było mieć winyl i to się na szczęście udało.
MM: Będzie można was usłyszeć na żywo w najbliższym czasie?
KD: Na razie nie mamy planów koncertowych, ale wiosną postaramy się pograć ile się tylko da. Trzymajcie kciuki, żeby się udało.


