Anti-Flag

WywiadMaciej MajewskiAnti-Flag
Anti-Flag

Amerykańska grupa punkrockowa Anti-Flag ponownie zagra w Polsce. Znany ze swoich lewicowych poglądów kwartet z Pittsburgha, zaprezentuje się w klubach Krakowa, Warszawy i Gdańska odpowiednio 12, 13 i 14 czerwca.

MM: Zanim przejdziemy do kwestii bieżących, chciałbym na moment sięgnąć do początków Anti-Flag. Czemu postanowiliście się rozpaść po pierwszym koncercie w 1988 roku?

PT: (śmiech) Kiedy jesteś bardzo młodym człowiekiem, robisz mnóstwo głupot. Tak naprawdę nigdy się nie rozpadliśmy. Justin i ja (Sane, wokalista i wokalista Anti-Flag – przyp. MM) znaliśmy się na długo przed tym, gdy postanowiliśmy założyć razem zespół. Po prostu ludzie, z którymi chcieliśmy grać, w konsekwencji nie chcieli grać z nami. Nie byli w nią zaangażowani tak bardzo jak my. Byli starsi od nas i traktowali to wyłącznie w kategoriach hobby. A my byliśmy głodni muzyki i chcieliśmy ją grać cały czas. Ten okres był dla nas po prostu momentem przejściowym. Nieustannie szukaliśmy nowych muzyków. Jeżeli trafiał się gitarzysta, to Justin przesiadał się na bas, jeśli basista – na gitarę. Ja nie miałem wyboru (śmiech). Po drodze zjechaliśmy we dwóch Stany. Dotarliśmy na Zachodnie Wybrzeże, gdzie skończyły nam się pieniądze. Wróciliśmy nieco przybici do domu i niedługo później trafiliśmy na naszego pierwszego basistę, Andy’ego Flaga (grał w Anti-Flag między 1993, a 1996 rokiem – przyp. MM). Nagraliśmy razem dwie pierwsze płyty: „Die For The Government” i “Their System Doesn't Work For You”, po czym Andy zdecydował się opuścić zespół. Na jego miejsce przyszedł Chris "No. 2" Barker, który gra z nami do dziś.

MM: Wydawało mi się, że rozpad, czy też zawieszenie działalności zespołu po pierwszym koncercie, ma w sobie coś z buntu Sex Pistols. Natomiast wiem, że z Justinem jesteście raczej fanami The Clash.

PT: O, zdecydowanie! Jeśli miałbym wybierać między tymi dwoma zespołami, to wybrałbym The Clash. Mitologia Joe Strummera (założyciela The Clash – przyp. MM) był dużo ciekawsza, niż jego prawdziwe życie. Utarło się bowiem, że był lewicującym wojownikiem, działającym w imieniu słabych i potrzebujących. Był gotów tworzyć i grać hymny ku chwale tych najbardziej zmarginalizowanych społecznie ludzi. Taka postawa jest nam bardzo bliska. Piszemy i gramy muzykę dla wszystkich popierdoleńców, dziwaków i aktywistów, bo sami tacy jesteśmy i z takimi ludźmi się identyfikujemy.

MM: Jesteście znani ze swoich czasem skrajnie lewicowych poglądów. W Polsce mamy obecnie problem z zorganizowaną lewicą, jej stabilnością poglądową i zaburzoną hierarchicznością. Jak postrzegasz to zjawisko z perspektywy właściwie globalnej?

PT: Zauważyłem, że problem ze zorganizowaną lewicą występuje obecnie głównie w tych krajach, w których dominuje rząd prawicowy, a zwłaszcza skrajnie prawicowy. Zresztą mam wrażenie, że wszystkie grupy, czy organizacje polityczne, liczące co najmniej kilkuset członków, nie są czymś dobrym. Jestem admiratorem mniejszych, a co zatem idzie – skuteczniejszych formacji. Na mniejszą skalę potrafią zdziałać więcej – zaopiekować się bezdomnymi, czy wesprzeć potrzebujących - niż te większe, gdzie liczba członków przewyższa liczbę poglądów. W nich łatwiej dochodzi do rozłamów – najczęściej z powodów… kapitalistycznych. Tak przynajmniej wygląda to Stanach. Wierzę w redystrybucję dóbr, którą uważam za bardzo dobry pomysł. A mieszkając w Stanach, widzę naocznie, że mała grupa ludzi zarządza ogromnymi dobrami i środkami, którymi mogłaby wesprzeć tych najbardziej potrzebujących. Tymczasem oni tylko poszerzają swoje majątki… Taka postawa nie służy ani jednym, ani drugim. Jest takie powiedzenie, że jeśli osoba zostaje milionerem, to dobrze dla tej osoby, a gdy miliarderem – tym gorzej dla kraju i jego gospodarki. Całkowicie się z tym zgadzam. Uważam, że ciężka praca może prowadzić do bogactwa, natomiast jeśli tym bogactwem zaczynamy kontrolować politykę, kulturę i społeczeństwo, uznaję to za porażkę. Nikt nie powinien mieć aż takiej władzy, by to robić. Jeśli spojrzysz na takie osoby jak Jeff Bezos, czy Elon Musk, którzy próbują polecieć w kosmos, odbieram to jako postawę typu: „Spierdoliliśmy życie tutaj, na Ziemi. Mamy pieniądze, więc polećmy gdzieś, gdzie jeszcze niczego nie spierdoliliśmy.” Taką tendencję obserwuje też u innych bogatych ludzi, którzy potrafią spierdolić życie w skali makro, a potem najchętniej się ulotnić, by nie można ich było pociągnąć do odpowiedzialności.

MM: Mówisz, że nie lubisz zorganizowanych grup, liczących kilkuset członków. A co z ludźmi, którzy przychodzą na wasze koncerty?

PT: (śmiech) Zapewniam Cię, że ludzie, którzy chodzą na nasze, czy w ogóle na rockowe koncerty, mają w sobie znacznie więcej luzu i pozytywnej energii, niż członkowie grup politycznych. Nie ma tam liderów i publiczność jest dużo bardziej zatomizowana poglądowo.

MM: Skoro poruszyliśmy wątek koncertów – byłem na waszym występie w Warszawie w ubiegłym roku i odebrałem go tak, jakbyście swoją uwagę i przekaz kierowali głównie do millenialsów, a nawet ludzi znacznie młodszych...

PT: Tak i nie. Wierzymy, że energia punk rocka, to przede wszystkim energia ludzi młodych. Z drugiej strony – uważam, że starsze pokolenie także musi być obecne, ponieważ ma wiedzę i doświadczenie, dzięki któremu wie, jak to wszystko działa. Jeśli masz tylko młodych ludzi, pojawia się chaos. Potrzeba równowagi. W Stanach zmagamy się z tym problemem, głównie ze względu na prawa dotyczące dostępności do alkoholu, które separują ludzi młodszych od starszych. To nie wpływa dobrze na poczucie wspólnotowości, na pobudzanie do działania, a w konsekwencji niszczy całą kulturę, bo brakuje ciągłości. Mamy więc mnóstwo młodych ludzi, którzy mają w sobie energię do działania, ale nie wiedzą, jak doprowadzić do zmiany. A po drugiej stronie są ludzie, którzy już takiej energii nie mają, ale wiedzą, co trzeba zrobić, by dokonać zmiany. Kiedy obie te grupy są od siebie odseparowane, cierpią na tym wszelkie formy aktywizmu. W Europie młodzi ludzie trzymają się także ze starszymi. Jest wymiana poglądów, rozwiązań i… energii. Uważam, że pod tym względem funkcjonujecie lepiej.

MM: Ostatni wątek polityczny: na pewno widziałeś sondaże przedwyborcze, które pokazują, że Donald Trump ma szansę, by ponownie zostać wybrany prezydentem…

PT: Tak, myślę, że ma niestety ogromne szanse, by ponownie być prezydentem Stanów Zjednoczonych. Przeraża mnie to tak samo jak przerażało mnie, gdy był prezydentem po raz pierwszy. To kryminalista, którym zresztą był przez całe życie. Wykorzystał biednych i wszystkich wokół siebie. Okropny człowiek. Natomiast w obecnej demokracji Stanów Zjednoczonych panuje tendencja, by taka postać jak Donald Trump może rządzić... A nie wymyślono niestety nic lepszego, niż demokracja… Możemy więc tylko liczyć na to, że tak się nie stanie. Żeby nie było – Joe Biden też jest do dupy. Nie uważam go za żadnego bohatera. Jak widzisz, opcje są kiepskie: po jednej stronie Trump, bo drugiej Biden…

MM: Mam trochę nietypowe pytanie: wciąż najbardziej popularnymi, okołopunkowymi zespołami w skali globalnej są The Offspring i Green Day. Czy jest możliwe, byście z nimi stworzyli jakiś wspólny ruch?

PT: Oj, nie sądzę. Oba te zespoły są w zupełnie innym miejscu, niż nasz. Graliśmy z nimi parokrotnie przy różnych okazjach i to jest zupełnie inna liga… Ale zgadzam się, że wywodzimy się z tego samego środowiska - zarówno muzycznego, jak i zaangażowanego społecznie - co oni. Zrobiliśmy za to inną rzecz, która nie wiem, czy dotarła do Polski. Razem z Fat Mikiem z NOFX zaangażowaliśmy się w inicjatywę Punkvoter, która w ramach wyborów prezydenckich w 2004 roku starała się zaangażować jak najwięcej młodych ludzi do głosowania. George W. Bush wygrał wtedy przewagą około 3000 głosów nad Alem Gorem. Fat Mike powiedział, że grali wówczas na Florydzie dla 7000 ludzi. Gdybyśmy wszyscy byli bardziej zaangażowani w tę kampanię i wcześniej zaczęli o tym mówić, być może moglibyśmy wówczas skutecznie wpłynąć na zmianę prezydentury. Uważam, że jeżeli jesteśmy zaangażowani politycznie, musimy robić, co w naszej mocy i używać wszystkich narzędzi, jakie mamy, by uświadamiać ludzi w kwestii tego, co się dzieje lub może się dziać.

MM: Zmieniając temat: w 2016 roku wydaliście płytę koncertową “Live And Acoustic In Vienna”. W ciągu ostatnich lat widziałem, jak Justin z Chrisem grają okazjonalnie akustycznie pojedyncze piosenki przy różnych okazjach. Czy jest zatem szansa na trasę akustyczną Anti-Flag?

PT: Myślę, że ciężko byłoby przełożyć w całości nasze piosenki na formę akustyczną. Dotyczy to zwłaszcza mnie, bo skoro nas widziałeś na żywo, to wiesz, że lubię przypierdolić w bębny (śmiech). Pewnie mógłbym zagrać akustycznie, natomiast moje podejście to grać szybko i mocno. Poza tym nie piszemy piosenek na instrumentach akustycznych. Zresztą granie akustyczne kojarzy mi się ze starszymi ludźmi, którzy nie mają już siły grać szybko i mocno (śmiech).

MM: 12, 13 i 14 czerwca ponownie zagracie w Polsce. Często nas odwiedzacie ostatnimi czasy.

PT: Tak, zagramy ponownie. Gramy tam, gdzie są nasi fani, nasi słuchacze. Mamy nową płytę „Lies They Tell Our Children” (trzynasty album zespołu, wydany w styczniu br. – przyp.MM) i to jego będziemy promować na tych koncertach.

MM: W tym roku przypada także 35 rocznica powstania Anti-Flag.

PT: To zależy, jak na to patrzeć, czy liczyć. Jeśliby uwzględnić wspólne granie moje i Justina, to jest to już pewnie ze 40 lat. Wszystko zależy od daty, którą obierzesz.

MM: Dziękuję za rozmowę.

Foto: Josh Massie

12.06. Kraków, Kwadrat

13.06. Warszawa, Hydrozagadka

14.06. Gdańsk, Drizzly Grizzly

BILETY na www.winiarybookings.pl

Powiązane materiały