BIG|BRAVE

Po świetnie przyjętym koncercie w ubiegłym roku, kanadyjskie trio BIG|BRAVE, lubujące się w eksperymentach zwłaszcza w obrębie muzyki metalowej, ponownie odwiedzi nasz kraj. Wokalistka i gitarzystka Robin Wattie, gitarzysta Mathieu Ball i perkusistka Tasy Hudson będą promowali u nas wydaną w lutym płytę „nature morte”. Miałem przyjemność porozmawiać z Mathieu, który opowiedział mi o nie tylko o „nature morte”, ale i o aspektach wizualnych w muzyce zespołu, a także o dość nieoczywistej współpracy z The Body.
MM: Widziałem wasz koncert w ubiegłym roku w Warszawie. Po jego zakończeniu podszedłem do Robin, by jej podziękować. Wyraziła wdzięczność, a jednocześnie była nieco zmieszana. Mam wrażenie, że traktujecie muzykę Big|Brave nie tylko jako platformę do wyrażania emocji i uczuć, ale i jako swoistą zbroję, ochronę przed światem zewnętrznym.
MB: O, myślę, że zdecydowanie – zwłaszcza Robin. To nie tyle ochrona, ile forma radzenia sobie ze światem zewnętrznym i jego różnymi aspektami. Nie chodzi tylko o doświadczenia przeszłe, ale i bieżące, z którymi się wszyscy mierzymy, zwłaszcza w obrębie zespołu. Za pomocą muzyki tworzymy świat, w którym sami chcielibyśmy żyć. Tak więc traktujemy ją bardziej jako narzędzie w konfrontacji z rzeczywistością.
MM: Wiem, że jesteście bardzo uczuleni na kwestie rasizmu i nietolerancji. W Polsce odbywa się teraz narodowa dyskusja na temat tego, jak nasi rodzice, a także wcześniejsze pokolenia traktowały i pozwalały, by traktowano nas tak, a nie inaczej, gdy byliśmy dziećmi. W jakiś sposób łączy mi się to z fragmentem tekstu: The onrushing turbid tide of the fervor of your ire/(these) successions of your kin (is a) creed cultured by clan z utworu “the one who bornes a weary load”
MB: Można to tak potraktować, choć myślę, że nie dotyczy to tylko kwestii międzypokoleniowej. Jesteśmy przeczuleni na rasizm i nietolerancję, ponieważ wychodzimy z założenia, że wszystkim należą się, a raczej – powinny należeć się równe szanse, niezależnie od koloru skóry, pochodzenia, czy płci. Dotknąłeś kwestii pokoleniowej. Wydaje mi się, że każde kolejne pokolenia zmagają się ze swoimi problemami, które w gruncie rzeczy można przypisać także kolejnym. Kiedyś kwestie rasowe były znacznie surowiej traktowane, ale zobacz, co dzieje się teraz. Ludzie przecież codziennie dają kolejne dowody swojej hipokryzji w tym względzie. Rasizmu nie da się wyplenić tak po prostu. Jedno pokolenie nie wyzbędzie się go w pełni. Dlatego kluczem jest edukacja, a przede wszystkim otwartość na odmienność.
MM: W tym samym utworze padają słowa: Because i have this kind of form, it happened to be/Because i have this kind of body, it happened to be me. Odbieram je jako bardzo otwartą deklarację.
MB: Owszem, ale sądzę, że Robin miała na myśli nie tylko siebie i może to dotyczyć każdego. Jej teksty są odbierane i interpretowane w bardzo zróżnicowany sposób. Myślę, że jako autorka pozwala wejść w swoje buty, ale to dlatego, że ma świadomość, że jej przemyślenia, czy doświadczenia nie są tylko jej. Wielu ludzi przechodzi lub przechodziło coś podobnego, więc mogą odnaleźć się w jej narracji.
MM: Inny utwór na płycie nosi tytuł “my hope renders me a fool”. Jakie nadzieje jako ludzie i jako członkowie BIG|Brave macie dzisiaj?
MB: Hm, to złożona kwestia… Myślę, że jako zespół chcielibyśmy grać i nagrywać tak długo, jak tylko to możliwe. A z każdym rokiem działalność takiej kapeli jak nasza, stawia coraz więcej trudności i przeszkód. To paradoksalna sytuacja, bo mamy przywilej grać w różnych miejscach na całym świecie, a z drugiej strony – cały czas jest w tym wszystkim mnóstwo niepewności. Wiemy przecież, że pandemia się nie skończyła i wciąż z tyłu głowy siedzi nam, że lockown może wrócić… Zobacz, co ta sytuacja z nami zrobiła. Niby zaraz jedziemy w trasę, a nie wiemy, czy nagle nie zostanie przerwana, albo czy nie wydarzy się jeszcze coś innego. To taka niezdrowa czujność, którą wywołała cała ta sytuacja z Covidem.
MM: Z kolei w utworze “a parable of the trusting” słychać jakieś dziwne metaliczne dźwięki w tle. Co to za brzmienia?
MB: To loop, który stworzyłem, używając… motoru. Udało mi się wygenerować właśnie taki metaliczny, industrialny dźwięk. Nagrałem go i uznałem, że idealnie pasuje do napięcia, jakie panuje w tym utworze. Często stosujemy takie zabiegi, by wyrazić i podbić atmosferę utworu i jego tekstu.
MM: Jesteś także autorem okładki „nature morte”. Słyszałem, że stopiłeś sztuczne kwiaty, które na niej widać, bo nie udało Ci się uzyskać pożądanego efektu z żywymi.
MB: To nie tak. Od początku te kwiaty miały być stopione. Kiedy pojawił się tytuł płyty, Robin zaczęła pisać teksty, które w jakiś sposób do niego nawiązują. Ja zaś wpadłem na pomysł, że nie ma dosadniejszego sposobu na interpretacje tego tytułu, jak właśnie stopione, plastikowe kwiaty. Natomiast prawdą jest, że zrobiłem sporo podejść i musiałem tych kwiatów stopić pewną liczbę, by zdjęcie się udało. Robiłem to przez kilka dni. Początkowo chciałem je nawet położyć na stole, natomiast w miarę kolejnych prób, pojawiły się nowe pomysły. Zwykle tak jest, że gdy nad czymś pracujemy, pojawia się przynajmniej kilka nowych rozwiązań. W przypadku okładki „nature morte” też nie wiedziałem, jak to finalnie będzie wyglądało. Dla mnie to jest sensem całego procesu twórczego – robisz jedną rzecz, która prowadzi cię do innej, otwierają się kolejne furtki, możliwości i powstaje coś, czego zupełnie się nie spodziewałeś.
MM: Robin twierdzi, że ta płyta traktuje także o degradacji natury. Jak zatem Twoje próby stworzenia okładki, które wiązały się z topieniem plastiku, mają się do ochrony środowiska?
MB: Miałem otwarte okna i maskę na twarzy, gdy to robiłem. Nie chciałem ryzykować – na co dzień wdychamy wystarczająco dużo syfu. Ale wiem, co masz na myśli. Palę plastik, by stworzyć obraz, który ma trafić na okładkę płyty, zatytułowanej „martwa natura”… To trochę pojebane, ale wydaje mi się, że to cena, jaką musiałem zapłacić za jej tworzenie. Na szczęście nie nadymiłem za bardzo i mam nadzieję, że nie wyemitowałem zbyt dużo toksyn do atmosfery.
MM: Pytam o to także w tym kontekście, że jesteś nie tylko muzykiem, ale i właśnie artystą-grafikiem. Pytanie może wydać się zbyt oczywiste, ale czy przy tworzeniu muzyki też myślisz obrazami?
MB: Dotykasz sedna, ponieważ wszyscy w BIG|BRAVE mamy silnie rozwinięty zmysł wizualny (Robin jest m.in. tatuatorką – przyp. MM). Często najpierw widzimy naszą muzykę, a dopiero potem ją słyszymy. Nie myślę o gitarze jako o maszynce do riffów tylko bardziej jak o pędzlu, którym maluje kolejne przestrzenie dźwiękowe. Może to dlatego nasza muzyka jest raczej wolna i ma w sobie pewną atmosferyczność. Zależy nam bardziej na tworzeniu nastrojów, a nie rockowych kawałków.
MM: Odbieram “nature morte” jako pewien rytuał oczyszczenia, a z drugiej strony - jako pewną muzyczną uroczystość, może nawet celebrację.
MB: Bardzo ciekawe określenie. Dla nas to wciąż poruszanie się w sferach dość abstrakcyjnych oraz minimalistycznych. Nie musimy skupiać się na konstrukcjach stricte piosenkowych typu zwrotka-refren. Dlatego nasza muzyka może pełnić funkcję tła, a może też dotykać i wywoływać emocje znacznie silniejsze. Wszystko zależy od podejścia.
MM: Chciałem Cię jeszcze zapytać o płytę „Leaving None But Small Birds”, którą nagraliście z The Body, a która jest zbiorem waszych interpretacji tradycyjnych pieśni z rejonów Appalachów, Kanady i Wielkiej Brytanii. To dość niecodzienne doświadczenie dla obu zespołów.
MB: Zgadzam się. Pewnie najprościej by było, gdybyśmy z The Body nagrali po prostu ciężką muzycznie płytę. Tymczasem pomysł na „Leaving None But Small Birds” wyszedł od Lee (Buforda, bębniarza The Body – przyp. MM), ponieważ dużo rozmawialiśmy o muzyce folkowej i country. Pomysł wydał się ciekawy, chociaż nikt z obu zespołów nigdy nie pisał utworów w takich stylach. Cieszę się jednak, że to zrobiliśmy, bo było to nie tylko wyzwaniem, ale i ciekawym doświadczeniem. Robin zaśpiewała liryki, które najbardziej jej odpowiadały i dotykały dość uniwersalnych, ludzkich tematów. Niektóre z tych tekstów liczą ponad 100 lat. Myślę, że dobrze zrobiło to i nam i The Body, ponieważ dotąd oba zespoły były postrzegane jako te grające ciężką muzykę, a tu zaprezentowaliśmy się od zupełnie innej strony.
MM: W kwietniu zagracie ponownie w Warszawie, a także w Poznaniu. Pamiętasz poprzedni koncert, o którym wspomniałem na początku?
MB: Tak, pamiętam, że była to mała sala, ale przyszło sporo ludzi. Byliśmy kilka dni po Roadburn, na którym grało nam się zajebiście. I zdaje się, że na fali tego entuzjazmu, zagraliśmy w Warszawie (śmiech).
MM: Dziękuję za rozmowę.
19/04 - Warszawa, VooDoo Club
20/04 - Poznań, Dom Tramwajarza
Bilety na www.winiarybookings.pl

