Black Pumas

WywiadMaciej MajewskiBlack Pumas
Black Pumas

Po sukcesie debiutanckiej płyty „Black Pumas” w kierunku Erica Burtona i Adriana Quesada posypały się nie tylko propozycje artystyczne, ale przede wszystkim wzrosła presja, by kolejne wydawnictwo grupy co najmniej dorównało poprzednikowi. Efekt prac przyniósł poszerzenie spectrum stylistycznego Black Pumas. „Chronicles Of A Diamond” to płyta złożona, ale jednocześnie uduchowiona i pełna jasnych dźwięków. O jej szczegółach opowiedział mi Adrian Quesada. A już 10 listopada 2024 roku zespół wystąpi na gdańskim Inside Seaside Festival.

MM: Porównując „Chronicles Of A Diamond” z debiutancką „Black Pumas”, mam wrażenie, że otworzyliście się bardziej na brzmienia soulowe i gospel, które ustąpiły nieco psychodelii. Z czego to wynika?

AQ: Hm, nie rozmawialiśmy za bardzo z Erikiem na temat założeń tej płyty. Osobiście straciłem perspektywę na to, co obecnie nazywane jest psychodelią, a co nie. Rzeczy, które nagrywam jedni nazywają psychodelicznymi, a mnie one wydają się dość… zwykłe. Mam kumpla w Austin, który zadał mi podobne pytanie, a ja nie byłem w stanie odpowiedzieć, po czym on stwierdził, że psychodelia, to muzyka, którą dobrze słucha się pod wpływem narkotyków (śmiech). Ale chyba wiem, co masz na myśli – chórki, które słychać w wielu utworach na „Chronicles Of A Diamond”, mają właśnie taki duchowy wydźwięk. Różnica leży też w tym, że tuż po wydaniu „Black Pumas” nie graliśmy zbyt wiele na żywo. Natomiast „Chronicles Of A Diamond” powstało już po kilku latach intensywnych koncertów, więc wydaje mi się, że ta płyta jest odbiciem naszej energii koncertowej i zgrania, które dzięki temu uzyskaliśmy. A kiedy włączysz w to energię publiczności, która naprawdę potrafi unieść, to te elementy ‘uniesienia’ na płycie też można usłyszeć. Poza tym to także nasze wpływy – Eric wychował się w pobliżu kościoła, a i ja też słuchałem wielu funkowo-gospelowych płyt z lat 70.

MM: Domyślam się, że nagrania z wytwórni Motown również były dla was istotne?

AQ: O tak. Motown był szczytową wytwórnią, która odniosła wielki sukces. Ich wpływ na całe pokolenia muzyków jest niepodważalny. I też czerpiemy z inspirację z płyt, które wydawali, ale nie tylko. Dla mnie równie ważną wytwórnią jest Stax z Memphis. Nie odniosła takiego sukcesu jak Motown, ale wydawała równie ważne, jeśli nie lepsze płyty w swoim czasie. Duch południa, który się z nich przebija, jest niezwykły.

MM: To pytanie powinienem pewnie skierować do Erica, ale zadam je Tobie – masz swoją interpretację tytułu „Chronicles Of A Diamond”?

AQ: Owszem. Dla mnie samo słowo ‘chronicles’ odnosi się do wszystkich doświadczeń, jakie nas spotkały po wydaniu „Black Pumas”. To opowieść i ma charakter rozdziałów książki. Natomiast ‘diamond’ kojarzy mi się z tworzeniem pod presją. Po wydaniu „Black Pumas”, jej świetnym odbiorze i nominacjach do Grammy, wzrosło cieśnienie na naszą nową muzykę. I w takim też stanie tworzyliśmy nową płytę. Natomiast z tematem tekstów faktycznie musiałbyś się zwrócić do Erica. Ja nie chcę się w to mieszać (śmiech). Wiem natomiast, że to, co pisze ma mnóstwo różnych znaczeń. Tak było chociażby z „Colors”, do którego ludzie dopisywali mnóstwo różnych interpretacji i to jest wspaniałe w jego tekstach. Jednak po konkretne tropy odsyłam do niego (śmiech).

MM: O tą presję też chciałem Cię zapytać – sami ją sobie narzuciliście, czy przyszła z zewnątrz?

AQ: Jedno i drugie. Były dni, kiedy sami ją na siebie narzucaliśmy, spinając się w studiu, by móc stworzyć jak najlepsze rzeczy, a z drugiej strony – dotykało nas to, co działo się wokół zespołu. W przypadku „Black Pumas” nie było żadnej presji. Nagrywaliśmy po prostu to, co nam się podobało i czego sami chcielibyśmy słuchać. W przypadku „Chronicles Of A Diamond” też próbowaliśmy przyjąć takie podejście, aczkolwiek nie było to łatwe. A to, czy płyta spodoba się ludziom, nie jest już zależne od nas. Na to, jaki będzie jej odbiór składa się mnóstwo czynników – działania naszej wytwórni, promocja w radiu itd. Na koniec dnia najważniejsze jest, że czujemy się dumni z tego, co nagraliśmy.

MM: „Chronicles Of A Diamond” zdaje się mieć dwa poziomy – ten merytoryczny, który wynika z tekstów oraz muzyczny, który pełni tutaj funkcję uniwersalną, ale i swoistej maszyny czasu, bo przenosi nas w klimaty muzyczne sprzed dekad. Zgodzisz się ze mną?

AQ: Tak, choć staramy się nie odwoływać w naszej twórczości do muzyki sprzed lat. Używamy jedynie podobnych narzędzi. Wiem, że jest wiele zespołów, które próbują wskrzesić brzmienie z przeszłości. Lubię taką muzykę i też sporo jej słucham, ale nasze zamierzenia są i były inne. Naszym celem nie jest sprawienie, by nasza muzyka brzmiała staro. Oczywiście, pewnie znajdziesz w naszej twórczości odnośniki do nagrań popełnionych przed laty przez innych, natomiast dalecy jesteśmy od tworzenia takich referencji świadomie. Mogę policzyć je na palcach jednej ręki – tu coś z Curtisa Mayfielda, tam coś z Williama DeVaughna. Sam łapię się na tym, że gram i brzmi to jak solówka George’a Harrisona, a jestem wielkim fanem jego twórczości, nie tylko z The Beatles. Nie uciekniemy od tego.

MM: Black Pumas to pełnoprawny zespół. Czemu więc we wszystkich materiałach promocyjnych pojawiacie się tylko Ty i Eric?

AQ: Ponieważ to my dwaj napisaliśmy i wyprodukowaliśmy całą muzykę na obu płytach Black Pumas. Pierwszą nagrywaliśmy z wieloma różnymi muzykami, którzy niekoniecznie stworzyli zespół. Natomiast druga została nagrana w większości z muzykami, z którymi gramy koncerty, ale również z tymi, którzy pojawili się tylko na sesje nagraniowe. Poza tym na „Chronicles Of A Diamond” nie wszystko zostało nagrane na setkę, tak jak to było w przypadku „Black Pumas”. To zupełnie inna produkcja. Bardziej złożona. Tu coś dodawaliśmy, tam coś zmienialiśmy.

MM: Ruszacie w trasę koncertową. Przyjedziecie też do Europy?

AQ: Bardzo byśmy chcieli. To się okaże w przyszłym roku. Jesteśmy otwarci na propozycje, więc czekamy na rozwój wydarzeń.

MM: Dziękuję za wywiad.