Body Count

WywiadMaciej MajewskiBody Count
Body Count

Dowodzona przez Ice’a-T formacja Body Count była gwiazdą Warm up day na tegorocznym Mystic Festival w Gdańsku, na którym de facto zaczynała letni objazd festiwalowy po Europie. Kilka godzin przed występem miałem okazję krótko porozmawiać z gitarzystą grupy, a zarazem jednym z jej założycieli – Erniem C. oraz basistą Vincentem Pricem. Obaj panowie w doskonałych humorach, wspomnieli nie tylko o swoich metodach twórczych, zapowiedzieli nową płytę, ale także opowiedzieli o tym, co zmieniło się w grupie na przestrzeni lat.

MM: W tym roku obchodzimy 30 rocznicę wydania płyty „Born Dead”. Zauważyłem jednak, że nie gracie utworu tytułowego na tegorocznych koncertach. Dlaczego?

Ernie C: Bo nie mamy czasu! „Born Dead” graliśmy regularnie w poprzednich latach i był kluczowym kawałkiem najczęściej pod koniec setu. Podczas tej trasy gramy głównie na festiwalach, gdzie mamy ograniczony czas, więc musimy się sprężać. Set jest podzielony – trochę nowości, trochę staroci, ale nie da się wszystkiego upchnąć w godzinę. Z „Born Dead” gramy „Necessary Evil”.

MM: Widziałem was w 2018 roku w Warszawie, gdzie graliście koncert klubowy i tam nie zabrakło „Born Dead”. Natomiast zagraliście go wówczas nieco szybciej, niż w oryginale.

Ernie C: To jest ta kluczowa część setu, o której wspomniałem. Zwykle gramy go pod koniec, więc jesteśmy już porządnie nakręceni, a co za tym idzie – adrenalina w nas buzuje. Ale tak dzieje się często, nawet na próbach! Gramy nasze koncerty z dużym wykopem, więc naturalnie przyspieszamy.

VP: Dokładnie tak! Jeśli kawałek ma powiedzmy 100 bitów na minutę, to gramy go, jakby miał 120 (śmiech). Nie ma w tym wielkiej filozofii. Po prostu uwielbiamy razem grać!

MM: Gracie też nowy singiel „Psychopath” z gościnnym udziałem Joe Bada z Fit for an Autopsy. Czy to zapowiedź nowej płyty?

VP: Pewne rzeczy już się dzieją.

Ernie C: Nowy album będzie nosił tytuł „Mercilles” (w tym momencie Ernie wstaje i pokazuje koszulkę, którą ma na sobie z potencjalną okładką płyty – przyp. MM). Ten tytuł mamy już od 4 lat. Mamy zamiar wydać album przed końcem tego roku.

MM: Przypuszczam, że i na tę płytę przygotujecie jakiś cover?

VP: Po Slayerze nie ma sensu grać już innych coverów (śmiech).

Ernie C: Mamy przygotowany jeden zajebisty cover, którego ludzie niekoniecznie się po nas spodziewają, ale jestem pewien, że go pokochają. My w każdym razie go uwielbiamy.

MM: A swoją drogą, co zmieniło się w Body Count po waszej reaktywacji kilkanaście lat temu? (w tym momencie w zaimprowizowanym pomieszczeniu, w którym się znajdujemy ze ścianki spadają dwie płyty winylowe)

Ernie C: Paru członków grupy odeszło z tego świata, ale jak widzisz ich duchy nie dają nam o sobie zapomnieć (śmiech).

VP: Przede wszystkim się postarzeliśmy.

Ernie C: Ja tam czuję się po prostu bardziej doświadczony. Zespół jest dziś dużo lepszy, niż w latach 90. Mamy więcej czasu, by przysiąść i popracować nad muzyką. Skupić się na detalach i niuansach. I nic nas nie goni! A w latach 90. to był jeden wielki zapierdol.

VP: Poza tym nie przestaliśmy tworzyć. Piszemy cały czas, przerzucamy się pomysłami. I co najważniejsze – uwielbiamy spędzać czas razem. A że widzimy się przede wszystkim na trasach, to celebrujemy ten czas najlepiej, jak potrafimy.

MM: Skoro piszecie muzykę cały czas, to w którym momencie pojawia się Ice-T?

VP: Wystarczy, że powiem: „Hej Ice, mam przygotowaną piosenkę”. Daję mu ją, a on pisze do niej tekst. Oczywiście nie całą, tylko jakiś urywek, fragment, partię.

Ernie C: Dasz mu dowolny fragment muzyki, a on na pewno coś z nim zrobi. Potrafi tak zrobić nawet z nieprzystającymi do siebie kawałkami muzyki. Ice-T jest jak automat perkusyjny. Składa kawałki kompozycji pod dany bit. Kiedy zakładaliśmy zespół ponad 30 lat temu, mówił tylko: grajcie. I na bieżąco tworzył kolejne teksty

MM: Freestyle’uje?

Ernie C: Nie musi. Jest bardzo poukładanym kolesiem. Dokładnie wie, czego chce i czego potrzebuje. Nie traci czasu na pierdoły. Kiedy zbierze się pewna liczba kawałków, wchodzimy do studia i je nagrywamy. Tak robiliśmy od zawsze, tylko teraz mamy więcej czasu, by nad tym popracować.

VP: Każdy z nas ma swoje studio, w którym próbuje swoje pomysły, co też nie jest bez znaczenia. Kiedy nagrywamy, wszystko już jest dokładnie przygotowane.

MM: Jimi Hendrix nadal pozostaje Twoją inspiracją?

Ernie C: Jimi ustalił ścieżkę dla każdego gitarzysty na tej planecie! Nie ma bata, żebyś grał na gitarze i nie zetknął się jego twórczością. Natomiast zauważyłem, że kolejne pokolenie gitarzystów jest już zafascynowane Eddiem Van Halenem. Mnie też inspirował, ale nie w takim stopniu jak Hendrix. Eddie nie miał dobrych pomysłów, ale brzmiał przekozacko. Na poziomie brzmienia jest właściwie niedościgniony.

MM: A jest zatem ktoś, na kogo zwróciłeś uwagę we współczesnej muzyce w ostatnim czasie?

Ernie C: U mnie pod tym względem niewiele się zmienia. Nadal słucham tego, czego zawsze słuchałem. Korzystam z YouTube i z Amazon Music, co w zupełności mis wystarcza. Pytasz o młodych muzyków? Niespecjalnie mnie jara to, co robią dzisiaj. Wszystko już słyszałem lata wcześniej. Ale słucham też muzyki z winyli. Uwielbiam single 45, bo w nich jest prawda.

VP: U mnie rządzi Apple Music. Słucham różnych rzeczy, ale czy one jakoś mnie poruszają? Nie bardzo. Tak jak Ernie, jestem raczej oldschoolowcem.

Powiązane materiały