Cantara
NewsyGalerieWywiadyRecenzjeKoncertyPromocjaKontakt
Polityka prywatności
© 2026 cantaramusic.pl | pawcza.codes
HomeWywiadyBooze & Glory
Booze & Glory

Booze & Glory

Wywiad14.10.2025Ewelina MarekBooze & Glory
Booze & Glory

Dorastali w latach 80., a zaczynali w londyńskich klubach, dziś uderzają z „Whiskey, Tango, Foxtrot”, szóstym już albumem, który brzmi jak osobisty manifest. Bo choć siwych włosów więcej, jedno się nie zmienia: PUNKS NOT DEAD. Zapraszamy do lektury wywiadu z wokalistą i liderem grupy Booze & Glory - Markiem RSK.

E: „We are too old to change and grow up. Boys will be boys.”

M: To powiedzenie jest trochę slangowe, używane w Anglii od lat. W wolnym tłumaczeniu – my, chłopaki, niby się starzejemy, ale w środku tak naprawdę nadal jesteśmy tymi samymi dzieciakami. Popełniamy te same błędy i nie za bardzo uczymy się na nich. Tylko włosów mniej, albo więcej siwych. Sam numer jest o dorastaniu w latach 80., w moim Sosnowcu. W świecie bez perspektyw, bez szans. Kiedy miałem dwadzieścia pare lat, chciałem zobaczyć Zachód i wyjechałem do Londynu. Miałem pojechać na chwilę, która przedłużyła się o czternaście lat. To piosenka o tamtej szarej Polsce i o marzeniu, żeby się z niej wyrwać.

E: Jak ten wyjazd zmienił twoje spojrzenie na życie?

M: Kompletnie. Pojechałem "na chwilę", a po sześciu miesiącach pisałem do domu, że już nigdy nie wrócę. Londyn mnie wtedy totalnie pochłonął – miasto, muzyka, energia. W Anglii nauczyłem się życia. Myślałem, że zostanę tam na zawsze. Jednak po latach zbiegło się kilka rzeczy i ostatecznie zdecydowaliśmy się wrócić z żoną do Polski.

E: To tam wybuchła chęć punkowego grania?

M: Zanim wyjechałem, grałem w kilku zespołach, ale to dopiero Londyn umożliwił mi rozwinąć tą prawdziwą muzyczną pasję. Tam muzyka była wszędzie i codziennie koncerty zespołów, na które w Polsce czekało się latami. Co ciekawe, przez pierwsze lata na emigracji kompletnie przestałem grać. Dopiero kiedy życie się ustabilizowało – praca, dom, codzienność – zaczęło mi tego grania brakować. Zebraliśmy kilku znajomych i umówiliśmy się na próbę. Wyszło z tego coś większego, niż ktokolwiek się spodziewał. Nagraliśmy kilka utworów, wysłaliśmy demo do klubów i jednej wytwórni, tylko po to, żeby zagrać jakieś koncerty. A wytwórnia zaproponowała wydanie płyty! Zagraliśmy pierwszy koncert w Londynie, drugi już był w Szwecji. Wszystko potoczyło się błyskawicznie.

E: Czyli sukces przyszedł trochę niespodziewanie.

M: Tak, choć „sukces” to może zbyt duże słowo. Street punk, który gramy ma dosyć daleko do jakiś dużych komercyjnych sukcesów. Ale krok po kroku zaczęliśmy dostawać coraz ciekawsze propozycje koncertowe – nawet z Azji, obu Ameryk czy Australii. 2014–2016 to były intensywne lata: regularna praca od poniedziałku do piątku, a w weekendy – loty na koncerty - często na drugi koniec świata. W końcu doszliśmy do ściany - albo gramy na serio, albo przestajemy, bo życie stało się za bardzo intensywne. Wybraliśmy muzykę. Sprzedaliśmy z żoną dom jednocześnie pozbywając się dużego kredytu i wróciliśmy do Polski, żeby w pełni zająć się zespołem.

E: A jednak – granie na całym świecie, trasy po Azji – to brzmi jak sukces.

No wiesz, zależy jak na to patrzeć. Znam zespoły, którym się nie chce latać na koncerty 20 godzin i wolą zagrać 5ty koncert w roku w swoim mieście. My jednak lubimy podróżować, bo jest tyle miejsc do zobaczenia. Jak przylatujemy na koncerty do Meksyku, gdzie każdy zna każde słowo naszych piosenek to jest to uczucie, którego nie da się opisać. Poziom adrenaliny sięga zenitu - to jak wejście na K2 albo skok na bungee!

E: Nie boicie się wyjść poza ramy punkowego gatunku?

M: Absolutnie nie. W naszej muzyce słychać różne inspiracje, bo każdy z nas pochodzi z innego muzycznego świata. Nie chcę pisać siódmej płyty o piwie i meczach – to już było. Dlatego czasem eksperymentujemy, gramy też na metalowych festiwalach jak Hellfest czy ogólnorockowych, jak Pol’and’Rock. Dwa lata temu zagraliśmy na metalowym festiwalu Metal Frenzy między dwoma ultra metalowymi zespołami. Na początku ludzie nie wiedzieli, co się dzieje, a po trzech numerach już śpiewali z nami. Metalowcy są zaskakująco otwarci. Paradoksalnie, to środowisko punkowe czasem bywa bardziej hermetyczne.

E: Wróćmy jeszcze do najnowszej płyty. Na okładce płyty widzimy chłopca – zbuntowanego, rozczarowanego. To symbol tego wewnętrznego dziecka, które w was wciąż siedzi?

M: Trochę tak. Ten chłopiec jest biedny i zagubiony, ale też wściekły. Płyta ma kilka takich momentów, które odnoszą się do tego, co dzieje się dzisiaj na świecie i jak bardzo ten świat jest niesprawiedliwy.

E: Sam jej tytuł „Whiskey Tango Foxtrot” brzmi dosyć niewinnie, a w rzeczywistości to skrót wyciągnięty z wojskowego slangu - WTF czyli What The Fuck.

M: Dokładnie. Chcieliśmy uniknąć dosłownego tytułu, bo już zbyt wiele zespołów użyło frazy „What The Fuck”. Wersja fonetyczna nie jest aż tak oczywista. Poza tym wychowałem się na filmach i grach wojennych z lat 80.. Tam ten alfabet wojskowy często się pojawiał, więc to też sentymentalny ukłon w stronę tamtych czasów. Whisky, tango, foxtrot - alkohol i taniec – na pierwszy rzut oka idealnie pasują do nazwy naszego zespołu, ale tak jak mòwisz ten tytuł ma zupełnie inne znaczenie.

E: Na tę płytę czekaliśmy sześć lat. Całkiem sporo.

M: Tak, choć trzeba odjąć prawie trzy lata pandemii. COVID mocno nas zatrzymał, zresztą całą scenę muzyczną. Poprzedni album wyszedł pod koniec 2019 roku, mieliśmy jeździć z nim trzy lata, a udało się zagrać jedną trasę. Potem świat się zatrzymał. Ogłaszaliśmy koncerty, potem je odwoływaliśmy. W pewnym momencie przestaliśmy planować cokolwiek. Ale może dzięki temu ta nowa płyta ma w sobie więcej refleksji i chyba trochę więcej goryczy.

E: Album jest dojrzały w tekstach, momentami trudny, porusza bardzo osobiste emocje. To chyba rodzaj przełomu w muzyce punk rockowej.

M: Powiem szczerze, że jestem zazwyczaj bardzo krytyczny wobec siebie, jeśli chodzi o teksty. Angielski oczywiście nie jest moim pierwszym językiem. Napisanie prostego tekstu po angielsku nie jest problemem, ale stworzenie czegoś bardziej ambitnego to już zupełnie inna sprawa. Oczywiście mamy też piosenki totalnie rozrywkowo-imprezowe, to też nie jest tak, że w każdym numerze płaczemy nad losami tego parszywego świata. Chciałem, żeby teksty nie brzmiały „dziecinnie”, więc pisałem je długo, kilkukrotnie poprawiałem, konsultowałem ze znajomymi Anglikami, którzy czasem coś doradzali, też w ostatecznych szlifach pomagał mi nasz basista Hervé, który co prawda jest Francuzem, ale uczy angielskiego, czasem ja coś zmieniałem itd. Ostatecznie jestem zadowolony z efektu. A czy te teksty są przełomowe? Nie wiem. Nie mnie oceniać. Recenzje są bardzo dobre, co mnie pozytywnie zaskoczyło, bo poprzednia płyta miała te recenzje mieszane. Tym razem zarówno fani, jak i kilka gazet niekoniecznie związanych z naszą muzyką, na przykład niemiecki Metal Hammer, zrecenzowali płytę bardzo pozytywnie. Może więc te sześć lat oczekiwania było warte tego, co zrobiliśmy.

E: Słychać, że płyta jest przemyślana, dopracowana. Nie bez znaczenia jest, że wydaliście ją w Polsce we współpracy z Mystic Production.

M: Co bardzo mnie cieszy, bo zależy mi dzisiaj bardzo na polskim rynku. Wcześniej, kiedy skupialiśmy się na scenie angielskiej, przyjeżdżaliśmy do Polski raczej raz w roku. Teraz mieszkam w Polsce od 2017 roku i chcę, żeby nasza muzyka miała tu swoje miejsce i była łatwo dostępna. Bardzo lubimy tu też grać koncerty.

E: Z Booze & Glory podróżujecie po całym świecie. Macie trochę czasu na poznanie prawdziwego życia miejscowych?

M: To zależy, jak bardzo napięta jest trasa. Czasami nie ma opcji, bo przyjeżdżamy późno, od razu próba, gramy i zaraz następny przystanek. Ale jeśli tylko się da, to zwiedzamy. W Japonii np. koniecznie chcieliśmy zobaczyć świątynię w Kyoto, w Australii szukaliśmy kangurów (śmiech), w Vegas przegraliśmy trochę w kasynie, a trasy w Indonezji zazwyczaj kończymy na Bali i zostajemy tam na wakacje. Staramy się korzystać z tego, co się da, bo nie wiadomo, kiedy znowu będzie okazja. Ale też bywało ciężko – najbardziej intensywna trasa przed covidem to było 30 koncertów w 32 dni. Nie było już siły nigdzie wychodzić, bo trzeba było zostawić resztę energii na scenę.

E: Pewnie trasy wyglądają nieco inaczej, kiedy na pierwszym miejscu jest rodzina.

M: Zdecydowanie. Dzisiaj staramy się układać je tak, żeby można było wrócić na 2–3 dni do domu, zobaczyć dzieciaki, małżonki/dziewczyny. Ja mam 3-letnią córkę, gitarzysta ma 3-letniego syna, basista dwóch starszych chłopaków. Więc to już zupełnie inny etap naszego życia. Poza tym obiady u Mamy są bezcenne!

E: W tym roku zagraliście na festiwalu Rock na Bagnie i na Jarocinie. Jak plany festiwalowe na przyszły rok?

E: Już mamy potwierdzone dwa w Polsce i kilka w innych krajach, ale nie mogę jeszcze niczego zdradzić. Festiwali jest teraz masa, a my chcemy grać też czasem poza punkową sceną – pokazywać się różnym ludziom, którzy normalnie może by nie przyszli na punkowy koncert.

M: Można spodziewać się bogatego seta z nowego albumu?

E: Przede wszystkim, ale wiadomo, stare kawałki też muszą być, bo ludzie na nie czekają. Więc musimy zawsze tego seta koncertowego trochę balansować pomiędzy starym "booze" i nowym "glory" (uśmiech).

E: Obok Booze & Glory działasz jeszcze w projekcie muzycznie jamajskim.

M: Tak, gram w The Gamblers. Mam bardzo szerokie zainteresowania muzyczne – od reggae, przez punk rock, po różne inne style typu northern soul czy nawet hard core. Ale zawsze w obrębie tzw undergroundu, kompletnie nie znam się na muzyce mainstreamowej. Ostatnio się ze mnie śmiali, bo nie wiedziałem kto to jest Post Malone! Myślałem, że to jakiś koszykarz. Reggae było moją pasją już w młodości, więc w zeszłym roku zebraliśmy znajomych i zagraliśmy kilka koncertów w Niemczech, Polsce i Czechach. To zupełnie inne granie – brak przesterowanych gitar, wczesne reggae lat 60. Mega zajawa!

E: W jednym z wywiadów podsłuchałam, że jednym z Twoich ulubionych zespołów jest The Clash. Wyczuwam inspirację.

M: Faktycznie The Clash to u mnie ścisła czołòwka. Z punk rockiem swoją przygodę zaczynałem co prawda od Exploited i Pistols ale to właśnie do The Clash mam większy sentyment. Ten zespół nigdy się nie nudzi. Oni nie bali się eksperymentować i robili prawdziwy punk rock zarówno muzycznie i tekstowo.

E: Na koniec niewinne pytanie. Dla kogo bardziej jest ten album? Dla młodych, gniewnych czy dla starszych fanów, którzy patrzą na życie już z nieco innej perspektywy?

M: Mam nadzieję, że dla wszystkich - i młodych, którym pokazujemy, że świat wcale nie jest taki kolorowy jak widać na instagramie, ale i dla tych starszych - może już czasem nie uważających się za ortodoksyjnych punkowców, ale w ich żyłach ciągle płynie ta sama rebeliancka krew ludzi, którzy nigdy nie uwierzyli w to co im wmawia telewizja i kolejna władza i którzy zawsze żyli po swojemu. Tak jak my. Każdy znajdzie coś dla siebie. Chciałbym tylko, żeby punk rock nie umarł razem z naszym pokoleniem. Żeby dzieciaki też miały swoją scenę i swój bunt. Może kiedyś jak moja córka dorośnie stanie na środku ulicy z wielkim czerwonym irokezem i uniesionym środkowym palcem i powie: "dzięki tato, nigdy nie dam się złamać!"

BOOZE & GLORY:

12.12.2025 - Warszawa, Hydrozagadka

13.12.2025 - Wrocław, Stary Klasztor

14.12.2025 - Bielsko Biała, Rude Boy

Powiązane materiały

Powiązane materiały

BOOZE & GLORY zapowiada premierę "Whiskey Tango Foxtrot"
News23.05.2025

BOOZE & GLORY zapowiada premierę "Whiskey Tango Foxtrot"

12 września ukaże się nowy album polsko-międzynarodowej gwiazdy street-punka BOOZE & GLORY zatytułowany "Whiskey Tango Foxtrot".