Branford Marsalis

Branford Marsalis and Friends to nowy folkowy projekt znakomitego jazzowego saksofonisty. Oparty na współpracy z tradycyjnymi muzykami węgierskimi, łączy w sobie wrażliwość, edukację i kulturę poprzez połączenie muzyczną symbiozę instrumentalistów z dwóch odległych kręgów muzycznych. Jakiś czas temu zespół zagrał koncert premierowy w Budapeszcie, który dał pojęcie o tym, z jaką materią mieli do czynienia. O fascynacji tradycyjną muzyką z różnych zakątków świata, podejściu, jakie zaproponowali muzycy jazzowi w tym projekcie, stosunku do harmonii we współczesnym jazzie, a także o funkcji muzyki w filmie oraz współpracy ze Stingiem, Branford Marsalis opowiedział mi w poniższej rozmowie.
MM: Pierwotnym celem projektu Branford Marsalis and Friends było stworzenie przez muzyków jazzowych muzyki w oparciu o tradycyjne pieśni węgierskie. Szybko jednak zdałeś sobie sprawę, że to muzycy w Twoim zespole muszą się dostosować do formuły i realiów węgierskiej muzyki. Jak zatem jako amerykańscy muzycy znaleźliście sposób na odnalezienie się pośród węgierskich harmonii i melodii?
BM: W skalach zachodniej muzyki występuje tylko 12 nut, co jest bardzo ograniczające. To, czego nauczyła mnie muzyka i jej słuchanie, to fakt, że to kultury tworzą brzmienia. Dla mnie jako dla muzyka o wiele ciekawsze jest zrozumienie i włączenie dźwięków muzyki węgierskiej, polskiej, rumuńskiej do tego, co gram, bo gdy grasz jazz, dodanie do niego nowych elementów, pochodzących spoza kręgu kulturowego, w którym się obracasz, nie tylko go wzbogaca, ale i czyni coś zupełnie nowego. A wzięcie tych tradycyjnych utworów, zmiana układu akordów, czy zagranie w nich długiego sola, mijało się z celem. Spędziłem więc 1,5 roku na słuchaniu tych pieśni, nagrań i różnych muzyków węgierskich. Po tym czasie zaczęły mi się układać w głowie poszczególne akordy, harmonie i części. Uznałem, że jestem gotowy, więc zacząłem na ich bazie pisać pierwsze kompozycje w tym duchu. A że niektóre tradycyjne pieśni bardzo mi się podobały, również zdecydowałem się je włączyć do programu. Odkrywanie muzyki w ten sposób sprawia, że sam staję się lepszym muzykiem. Wszyscy w zespole byli nakręceni na granie w ten sposób. Joey (Calderazzo, pianista – przyp. MM), Justin (Faulkner, perkusista – przyp. MM), Eric (Revis, basista – przyp. MM) też musieli nauczyć się grać zupełnie nowe rzeczy. Poza tym muzycy węgierscy okazali się fantastyczni i bardzo pomocni.
MM: Europejska muzyka tradycyjna, zwłaszcza ta z Europy Wschodniej, nie jest dla Ciebie zupełnie nowym źródłem wpływów. Pamiętam, że podczas nagrywania płyty “ID” Anny Marii Jopek w 2007 roku, zgłębiałeś harmonie polskich pieśni tradycyjnych. Potem ta wiedza przydała Ci się, gdy nagrywaliście wspólnie płytę “Ulotne” w 2018 roku. A co znalazłeś w węgierskich pieśniach tradycyjnych?
BM: Wszystkie kultury mają pieśni traktujące o narodzinach, szczęściu, żalu, czy śmierci. Jako człowiek wywodzący się z kultury intelektualnie skolonizowanej przez Anglików, zwracam uwagę na tekst. To on jest wyrazem emocji. Dopiero gdy zacząłem poznawać muzykę z Europy Wschodniej, Afryki, czy Bliskiego Wschodu, zdałem sobie sprawę… Muzyka klasyczna ma to przecież od zawsze! Tworzy emocje o takim samym natężeniu co tekst! A tradycyjna muzyka z różnych regionów świata używa przy tym określonych instrumentów, by wyrazić ból, tęsknotę, radość, czy szczęście. To całe mnóstwo bogactwa dźwięków! Tymczasem w jazzie odstawiliśmy to na bok, skupiając się na harmonii. A jedną ze słabości, jaką dziedziczy harmonia jest brak emocji. Jest sama harmonia… Umiejętności w graniu akordów i to wszystko. Jeśli więc chcesz napisać piosenkę o śmierci i zagrać ją wyłącznie w oparciu o harmonię, nie dasz rady. A słuchanie muzyki, która dźwiękowo ma emocjonalny wpływ na mnie, uczy mnie, jak tworzyć emocjonalny efekt podczas grania.
MM: Nie grasz w tym zespole zbyt dużo. Jesteś w dużej mierze dyrygentem, prawda?
BM: Zgadza się. Głównie dlatego, że gdy tradycyjna kompozycja przechodzi w swingujący jazz i musi potem wrócić do tematu tradycyjnego, muzycy z Węgier mówią, że ciężko im uchwycić ten moment przejścia i zaczynają się gubić. W takich momentach zamieniam się na moment w swego rodzaju dyrygenta i zwracam im na to uwagę na te konkretne momenty przejścia. A kiedy nie muszę tego robić, po prostu usuwam się na bok. Przecież nie będę stał na scenie i głupio wymachiwał ręką, tylko dam im tworzyć muzykę (śmiech). Tu zresztą sytuacja była o tyle wyjątkowa, że przed koncertem mieliśmy tylko dwie próby, podczas których musieliśmy dopracować aranżacje, by mieć pewność, że wszystko zabrzmi odpowiednio.
MM: A czy jest jeszcze jakaś europejska folkowa, tradycyjna muzyka, której dotąd nie odkryłeś?
BM: Jestem o tym przekonany. Muzyki tradycyjnej w Europie jest całe mnóstwo. Pamiętam, jak obserwowałem jedną z orkiestr w Polsce, grająca właśnie tradycyjne pieśni. Dla muzyków z Twojego kraju granie ich było takie proste… A muzycy z Zachodu męczą się z tym ogromnie. Jeden z moich studentów pokazał mi nagranie na You Tube tradycyjnych muzyków indyjskich, śpiewających w jakichś kosmicznych skalach. Zapytał mnie, jak oni to robią. Odpowiedziałem mu, że dla nich to żadna sztuka, a dla nas ogromne wyzwanie. Oni mają to w naturze. Uczą się tego nie poprzez liczenie rytmu, ale przez naturalnie granie i dostosowywanie się do tamtejszych skal. Dlatego są w tym tak wiarygodni. To dla mnie zawsze największe wyzwanie – jak zabrzmieć naturalnie w takiej muzyce. Nie interesuje mnie granie tego poprawnie, tylko naturalnie, a to ogromna różnica.
MM: Parę dni temu zagrałeś z koncert z Mateuszem Smoczyńskim pod nazwą „2PiX” na saksofon, skrzypce i orkiestrę, zainspirowany serialem „Miasteczko Twin Peaks” Davida Lyncha. Do tego programu dodałeś też „Fantasię” brazylijskiego kompozytora Hectora Villi-Lobosa na saksofon, trzy waltornie i orkiestrę smyczkową. Skąd pomysł na zagranie tego utworu?
BM: To jedna z najlepszych kompozycji, jaka kiedykolwiek powstała w XX wieku z myślą o saksofonie sopranowym. Grałem go jako dzieciak, ale wtedy nie wychodziło mi to dobrze. Początkowo miałem zagrać fragment muzyki Johna Williamsa, ale uznałem, że nie łączy się on zbyt dobrze z tym, co proponuje Mateusz. „Fantasia” wydała mi się odpowiednia. I choć nie grałem jej od ponad 30 lat, to tym razem wyszła mi znacznie lepiej (śmiech).
MM: Wspomniałeś Johna Williamsa. Sam stworzyłeś ścieżki dźwiękowe do filmów “Mo' Better Blues”, “Rustin” czy “Ma Raine’s Black Bottom”. Przypuszczam, że takie nagrania, to z jednej strony okazje do opowiedzenia własnych historii za pomocą muzyki, a z drugiej – muzyczna interpretacja opowieści zawartej w filmie?
BM: Rzeczywistość muzyki filmowej jest taka, że jeżeli ludzie ją słyszą, to znaczy, że zawiodłeś… Kiedy byłem w szkole średniej, na ekrany kin weszły „Szczęki”. Wszyscy opowiadali o tym filmie, zwracali uwagę, że ludzie wariowali, gdy rekin się pojawiał. To wszystko wynikało ich zdaniem z obrazów, które widzieli na ekranie. Tymczasem mój nauczyciel, Dr Browe stwierdził, że przeraża ich nie widok zbliżającego się rekina, ale dźwięki oparte na dwóch nutach basowych, które towarzyszyły tej scenie! Spytałem go: Jak to możliwe?. Oni nie są muzykami – odpowiedział. I rzeczywiście, pytałem większość moich znajomych, którzy nie parali się muzyką, jak przeczuwali, że rekin nadpłynie i zaatakuje, a oni nie potrafili odpowiedzieć, skąd to przeczucie. Reagowali na muzykę, nie słysząc jej! I taka jest prawda. Ludzie, którzy idą do kina lub odtwarzają filmy z platform streamingowych – oglądają albo słuchają filmów, ale nigdy nie robią tego jednocześnie! Dlatego uważam, że filmy są lepsze, kiedy ludzie nie zauważają muzyki im towarzyszącej. Muzyka w filmie jest drugo-, a nawet trzeciorzędna. To jest forma stricte wizualna, więc rządzi w niej przede wszystkim obraz.
MM: Czy Marsalis Jams jeszcze się odbywają?
BM: Już nie. Kiedy je robiliśmy, wychodziły świetnie, ale już ich nie prowadzę.
MM: Przypuszczam, że Twoja współpraca ze Stingiem również się nie zakończyła, bo paru lat regularnie pojawiasz się na jego płytach?
BM: Tak, to stało się trochę przypadkiem. Przy okazji którejś z tych płyt, chyba tej reggae („44/876”, nagranej wspólnie z Shaggym i wydanej w 2018 r. – przyp. MM). zadzwoniłem do niego, bo wiedziałem, że akurat jest w Nowym Jorku. Zapytałem, co porabia, bo chciałem się z nim tylko zobaczyć, a on odparł: przyjdź do studia i weź saksofon. Reszta jest historią (śmiech).
MM: Powiedziałeś jakiś czas temu, że w jazzie brakuje już ikon, geniuszy, prawdziwych mistrzów i jednocześnie elokwentnych muzyków - jak Miles Davis, czy John Coltrane. Nadal uważasz, że młode pokolenia muzyków potrzebują takich postaci?
BM: Jak najbardziej. Zawsze powtarzam moim studentom, że w zawodzie takim, jak na przykład architekt, nikt nie zostanie najlepszy w swojej dziedzinie, jeżeli zignoruje ponad 2000 lat tego, co w jej obrębie stworzono i zacznie bazować na tym, co stworzono powiedzmy od roku 1950. Innymi słowy – nie może zacząć niemalże od zera i z muzyką jest dokładnie tak samo. A dziś stara się pozbawić współczesną muzykę właśnie tego odniesienia, nie tyle do tradycji, ile do twórczości tych, którzy nadawali jej różne kierunki. Jest całe mnóstwo muzyków, którzy nazywają się muzykami jazzowymi, a gdy ich słucham, okazuje się, że nie znają w ogóle jazzu. Nie znają frazowania, czy tematów. Biorą jedynie utwory z lat 40. i wokół nich harmonizują.
MM: Jazz jest biologią. Czynnością właściwie fizjologiczną. Zgadzasz się z tym?
BM: Na samym końcu tak. Wrócę jeszcze do harmonii - ona nie zaszkodzi, jeśli nie traktujesz jej jako rozwiązania. A pomiędzy tym jest sama muzykalność i komunikacja z publicznością. Obecnie muzycy jazzowi komunikują się głównie między sobą, a przecież grają dla innych!
MM: Branford Marsalis and Friends zostanie wydany na płycie?
BM: Mam taką nadzieję, bo koncert z Budapesztu został nagrany. Nie umiem jednak powiedzieć kiedy, bo to nie moja działka.
MACIEJ MAJEWSKI Foto: Eric Ryan Anderson
Branford Marsalis & Friends w Polsce:
21.10.2024, godz. 20:00 – Wrocław, Narodowe Forum Muzyki.
22.10.2024, godz. 20:00 – Warszawa, Teatr Muzyczny ROMA.
23.10.2024, godz. 20:00 – Poznań, MTP Poznań Congress Center.
27.10.2024, godz. 19:00 – Katowice, Narodowa Orkiestra Symfoniczna Polskiego Radia - NOSPR.
