Cantara
NewsyGalerieWywiadyRecenzjeKoncertyPromocjaKontakt
Polityka prywatności
© 2026 cantaramusic.pl | pawcza.codes
HomeWywiadyBuzzcocks
Buzzcocks

Buzzcocks

Wywiad04.02.2026Maciej MajewskiBuzzcocks
Buzzcocks

Legenda punk rocka Buzzcocks wróciła z nowym albumem zatytułowanym “Attitude Adjustment”. To juz druga płyta zespołu nagrana po śmierci wokalisty Pete'a Shelleya. Grupą dowodzi dziś Steve Diggle, ktory odpowiada za główne aspekty twórcze Buzzcocks. Przede wszystkim jednak - nie zamierza odpuszczać, a już na początku marca zespół trzykrotnie zagra w Polsce. W poniższej rozmowie opowiedział nam o zróżnicowanej zawartości najnowszej płyty, a także m.in. o koncertach u boku Nirvany i Pearl Jam.

MM: Zastanawia mnie tytuł płyty „Attitude Adjustment”, bo nie sądzę, żeby Buzzcocks musieli się kiedykolwiek do czegoś dostosowywać. Jak zatem należy go rozumieć?

SD: W ten sposób, że na płycie są różnego rodzaju piosenki. Pierwsze brzmią tak, jakbyś się spodziewał po Buzzcocks, ale potem jest kilka różnych zmian. Jest jedna utrzymana w stylu Motown, czy też ballada na końcu. Myślałem więc przede wszystkim muzycznie o „Attitude Adjustment”. Nie jest to tak ekstremalne, jak się spodziewałem, ale taka była pierwotna idea. Poza tym z takim składem to była także zabawa. Nie ma Pete'a (Shelleya, jednego z założycieli zespołu, który zmarł w 2018 r. – przyp. MM) i innych członków, którzy zakładali ten zespół… Kiedy tworzyłem ten album, nie zdawałem sobie sprawy, o czym on tak naprawdę jest. To tak jak malarz, który zaczyna malować i nagle powstaje obraz. I zdaję sobie sprawę, że ta płyta jest całkiem społeczna, prawie jak nowa powieść Charlesa Dickensa, czy coś takiego. Zaczyna się od „Queen Of The Scene”, która jest o tych wszystkich reality shows. O ludziach biorących udział w tych wszystkich Big Brotherach i innych programach, w których o coś walczą i tak dalej. Oni wszyscy są trochę szaleni i dlatego ta piosenka też taka jest. Potem jest „Heavy Streets”o tym, że masz telefon i nagle ktoś ci go kradnie, a przy okazji czasem i zabija… To się dzieje wszędzie, prawda? W Londynie około 600 razy tygodniowo są kradzione telefony… Uznałem to za temat do podjęcia. Nie brakuje też tych wszystkich rzeczy związanych z wojną w „All Gone To War”… Ukraina, Rosja, Gaza oraz Nigeria, gdzie giną niewinni ludzie… A na końcu płyty jest „The Greatest Of Them All” o dziewczynie, która mieszkała pod drzwiami, bo była bezdomna i w końcu umarła pod tymi drzwiami. Śpiewam jednak, że jest najwspanialsza z wszystkich i żeby się nie martwiła, bo w końcu się z tego wydostanie. Rozgadałem się za bardzo…

MM: Nie, bardzo dziękuję. Spróbuję się do tego odnieść. Wspomniałeś o Motown, która powstała pod koniec lat 50-tych. Czy muzyka wywodząca się z tej wytwórni była w jakimś stopniu ścieżką dźwiękową Twojego dzieciństwa?

SD: Tak, to zaczęło się w międzyczasie. Znałem takie rzeczy jak Little Richard z lat 50-tych, a potem w latach 60-tych usłyszałem Chucka Berry’ego oraz oczywiście Elvisa. Reszta to już muzyka z okresu Swingującego Londynu - The Beatles, The Rolling Stones, The Kinks, The Who, czy Bob Dylan, więc dorastałem z tym wszystkim. No, a potem mieliśmy rzeczy z lat 70-tych - The Stooges, i MC5. A Motown to dla mnie przede wszystkim soul. W ogóle przez ostatnie 20 lat, kiedy graliśmy w Detroit (miasto, w którym założono wytwórnię Motown – przyp. MM), zawsze chciałem odwiedzić muzeum Motown. Natomiast nasze koncerty zawsze wypadały w tym mieście w niedzielę lub w poniedziałek, więc muzeum było zamknięte! (śmiech). I dopiero niedawno udało mi się je wreszcie odwiedzić, bo graliśmy w inny dzień (śmiech). Wspaniałe miejsce! Kiedy stamtąd wyszedłem, miałem w głowie muzykę z Motown. Próbowałem więc zrobić rzecz trochę awangardową i połączyć zgrzytliwe brzmienia Buzzcocks z rytmiką gitar Motown. Po prostu pozwoliliśmy, żeby te dźwięki i gitary poszły swoimi torami. Potem dołożyłem jeszcze dużo reverbu, co słychać dość wyraźnie.

MM: Opowiedziałeś o dziewczynie z „The Greatest Of Them All”, a kim jest ta z „Tear Of A Golden Girl”?

SD: To też jest kompletna historia. Widziałem w wiadomościach albo przeczytałem kilka lat temu o dziewczynie, która była bardzo bogata i mieszkała w wielkim domu, w którym jeden z pokojów był przeznaczony tylko do przygotowywania cracku i ćpania go. Pomyślałem, że to ironia, że są ludzie, którzy mają miliony, mieszkają w tych wielkich posiadłościach i mają w nich pokoje do ćpania… Ona oczywiście umarła, a ja pomyślałem, że jest jakiś rodzaj moralnego, czy dziwnego przekonania, że masz wszystko, ale tak naprawdę nie masz niczego, bo w tym całym przepychu znajdujesz przestrzeń, aby się z tego wyrwać.

MM: A „Poetic Machine Gun”?

SD: W świecie słów nie ma dużo komunikacji. Mam na myśli to, że rządy na całym świecie i w ogóle ludzie komunikują się przez Internet, komentują w straszny sposób innych. Ta piosenka działa na wielu poziomach. Dotyczy związków, polityków, ludzie współpracujących ze sobą. W dzisiejszych czasach, jeżeli ludzie się nie zgadzają z Tobą, to chcą Cię odstrzelić, a nie próbować zrozumieć.

MM: Chciałem Cię też zapytać o to dwuczęściowe interludium „One Of The Universe”. Do czego się odnosi, bowiem tytuł brzmi dość narcystycznie?

SD: Na pewno nie traktuje o mnie – tego możesz być pewien (śmiech). Pomyślałem, że wezmę fragmenty piosenki pod takim tytułem, którą początkowo mieliśmy i podzielę ją na dwie mniejsze. Miniaturowe wręcz. Zauważ, że pierwsza część przygotowuje na „All Gone To War”, a druga występuje po niej. A odnosi się do tego, że każdy z nas jest jedyny w swoim rodzaju w całym wszechświecie. Nie jest to więc narcystyczne, tylko przypomina o czymś wyjątkowym – o nas samych.

MM: Czemu w „Jesus At The Wheel” powtarzasz te słowa w kółko jak mantrę?

SD: Uznałem, że skoro mamy piosenkę o bezdomnych, o reality shows, czy o wojnie, to trzeba też wspomnieć o religii. Często myślę o chrześcijaństwie i o moralności chrześcijańskiej, która upada pod wpływem tego, co dzieje się w kościele. Natomiast ta powtarzana fraza kojarzy mi się z tymi wszystkimi mówcami z Hyde Parku, gdzie codziennie możesz usłyszeć od nich o tym, że koniec świata jest blisko i tak dalej.

MM: Dobrze, odłóżmy temat „Attitude Adjustment” na bok. Jak zmieniła się dynamika w zespole po śmieci Pete’a? Napisałeś po jego odejściu płytę „Sonics In The Soul”. Pozostajesz jedynym członkiem w składzie, który pamięta początki Buzzcocks.

SD: Podobała mi się praca nad „Sonics In The Soul”. Była trochę inna, niż ta płyta. Zmarł Pete, przyszła pandemia, a ja zastanawiałem się, co robić dalej. Zwłaszcza, że mieliśmy czas, bo nie można było koncertować. Nie chciałem robić czegoś w stylu składanki najlepszych hitów. Uznałem, że musimy się trzymać swojego kursu. Pete pracował do ostatniej chwili, nawet kiedy był osłabiony. I masz rację – po jego śmierci zmieniła się dynamika w zespole. Wcześniej pisaliśmy piosenki razem, przewalaliśmy się pomysłami. W przypadku „Sonics In The Soul” chciałem to zrobić inaczej. Nie można nagrywać w kółko tego samego. Każdy album powinien zawsze być niespodzianką. Kiedy znasz formułę... Nie chcę nagrywać płyt, gdzie masz dwie piosenki wyróżniające się, a reszta jest taka sama, jak zwykle. Chciałem tego uniknąć, zarówno w przypadku „Sonics In The Soul”, jak i właśnie „Attitude Adjustment”. To musi być jak książka. Nie możesz przeczytać tylko pierwszej strony i na tej podstawie ocenić książkę - musisz przeczytać ją w całości. I podobnie jest z płytami. Tak jak w starych czasach, kiedy słuchałem albumu w latach 70-tych, to było jak pełen stół jedzenia, a nie tylko kilka kęsów.

MM: W działalności Buzzcocks było kilka przerw. Znam powody tych z końca lat 70-tych i z początku lat 90-tych. Ale była też przerwa pomiędzy 2006 i 2014 rokiem. W tym okresie nie nagrywaliście, tudzież nie wydawaliście żadnych płyt. Z czego to wynikało?

SD: Zrobiliśmy wtedy wiele trasa koncertowych na całym świecie. Objazd całości zajmował nawet 3 lata. Kolejny powodem było to, że Pete był zbyt leniwy, by napisać coś nowego. Mam gdzieś kasety z początku lat dwutysięcznych z demówkami piosenek Buzzcocks. Co roku mówiłem, że musimy coś nagrać. A Pete się wypierał, twierdząc, że nie ma nic nowego.

Graliśmy więc głównie koncerty, choć dziś wiem, że powinniśmy wtedy także nagrywać dla higieny zespołu. Z „Attitude Adjustment” było tak, że wróciliśmy z trasy w listopadzie, w styczniu zacząłem pisać, w lutym weszliśmy do studia, by wszystko nagrać, a dzień później pojechaliśmy w sześciotygodniową trasę do Stanów. Potem tylko dopieszczaliśmy ten materiał. I tak samo powinniśmy działać na początku lat 2000.

MM: Skoro mowa o koncertach – graliście jedną z ostatnich tras Nirvany w 1994 roku i potem w 2003 roku pojechaliście w trasę z Pearl Jam. Jak je zapamiętałeś?

SD: Graliśmy w Bostonie, promując „Trade Test Transmissions” (czwartą płytę Buzzcocks, wydaną w 1993 r. – przyp. MM), a na scenie mieliśmy telewizory, na których wyświetlaliśmy kolaże filmów i obrazów. Każdej nocy brałem statyw na mikrofon i niszczyłem sześć ekranów. Rozwaliłem ich setki (śmiech). A trzeba to było robić umiejętnie, tak by wywołać dym. Raz nawet poraził mnie prąd i prawie umarłem. Bywało tak, że rozbijałem szkło kineskopu i nic się nie działo… I właśnie w Bostonie zrobiłem taki rozpiedziel, poszedł dym, a ja zszedłem ze sceny i powiedziano mi, że członkowie Nirvany są tutaj. Wówczas byli oczywiście po wydaniu „Nevermind” i szykowali „In Utero”. Kurt Cobain powiedział, że uwielbia to, jak niszczę te telewizory. Zakumplowaliśmy się z nim, z Chrisem Novoselicem, Davem Grohlem i Patem Smearem. Zaproponowali nam wspólną trasę. Musieli tylko dokończyć album i nagrać coś dla telewizji (dwa koncerty dla MTV, w tym słynny koncert „MTV Unplugged” – przyp. MM). Pojechaliśmy więc z nimi dopiero w 1994 r. na ostatnią trasę, po zakończeniu której niedługo później Kurt się zastrzelił. Siedzieliśmy w ich tourbusie i wymienialiśmy doświadczenia. Kurt uwielbiał mój wokal, a ja przyznałem się, że palę 20 papierosów dziennie, by go uzyskać. W każdym razie trasa dobiegła końca, Nirvana miała zagrać w telewizji włoskiej i mieliśmy się spotkać później w Londynie.

MM: Nigdy później tam nie dotarli – w Rzymie Kurt przedawkował heroinę.

SB: I prosto stamtąd polecieli do Stanów, a niedługo później Kurt popełnił samobójstwo… Dla mnie to było surrealistyczne doświadczenie, bo trąbili o tym we wszystkich wiadomościach, a ja przecież spędziłem z nim ostatnie 2 tygodnie! To był wspaniały gość. Bardzo lubił Buzzcocks.

MM: A jak było z Pearl Jam?

SD: Podczas jednej z tras po Stanach poznałem Eddiego Veddera. Balowałem wtedy w pokojach hotelowych z przyjaciółmi. Ktoś nas poznał ze sobą. Potem z nim również się włóczyłem, chodziliśmy po sklepach z gitarami. Eddie wpadał na nasze koncerty… A potem po latach to on i Pearl Jam nas zaprosili na trasę. To było w 2003 roku. Oni też okazali się wielkimi fanami Buzzcocks. Mamy świadomość, że dla wielu zespołów byliśmy inspiracją. R.E.M, U2… Nawet Slash chwalił się jammowaniem z nami członkom Motley Crue (śmiech).

MM: W marcu zagracie trzykrotnie w Polsce.

SD: Tak i będziemy mieszali stare z nowym. „Attitude Adjustment” jest jeszcze dość świeży, więc nie będziemy grali zbyt wielu nowych numerów. Ale klasyki nie zabraknie!

BUZZCOCKS - 50th Anniversary

1.03.2026 / Kraków, Kwadrat

2.03.2026 / Warszawa, Proxima

4.03.2026 / Szczecin, Kosmos

Punkty sprzedaży: www.winiarybookings.pl, Going, Empik Bilety, Eventim, Ebilet, Ticketmaster

Powiązane materiały

Powiązane materiały

Buzzcocks - Attitude Adjustment
Recenzja09.02.2026

Buzzcocks - Attitude Adjustment

11 płyta pionierów punk rocka przynosi mieszankę przebojowych melodii oraz celnych społecznych obserwacji.

Buzzcocks na urodzinowych koncertach w Polsce
News10.09.2025

Buzzcocks na urodzinowych koncertach w Polsce

Legenda punk rocka i ojcowie chrzestni manchesterskiej sceny, Buzzcocks, w przyszłym roku będą obchodzić 50-lecie działalności i z tej okazji kultową grupę zobaczymy na 3 koncertach w Polsce: 1 marca w krakowskim klubie Kwadrat, dzień później w warszawskiej Proximie oraz 4 marca w klubie Kosmos w Szczecinie.

Pete Shelley nie żyje
News07.12.2018

Pete Shelley nie żyje

W wieku 63 lat zmarł Pete Shelley - wokalista, gitarzysta, kompozytor i współzałożyciel czołowej brytyjskiej grupy punkrockowej Buzzcocks.

Buzzcocks - B90 - Gdańsk
Koncert19.06.2013

Buzzcocks - B90 - Gdańsk

Gdańsk, B90Buzzcocks, ,