D-A-D

Duńska formacja D-A-D zaczynała jeszcze w latach 80. jako kapela country-punkowa. Po latach poszukiwań stylistycznych, grupa ukonstytuowała swój styl oparty na energetycznym hard rocku opartym o bluesa. Zespół właśnie świętuje 40-lecie okolicznościową, która objęła także Polskę. Wokalista i autor tekstów zespołu Jesper Binzer opowiedział mi o długiej drodze artystycznej D-A-D. Zaczęliśmy ją jednak od jego niecodziennej nazwy.
MM: Disney After Dark. Co sobie myśleliście?
JB: (śmiech) Nie myśleliśmy w ogóle, bo wiesz... Jesteśmy po prostu starymi punkowcami i sądziliśmy, że poruszamy się we własnej, małej bańce. Chodziliśmy na koncerty, na które przychodziło po 100 osób i w naszym mniemaniu był to duży gig. A największy koncert, jaki widzieliśmy w tamtym czasie, to był koncert The Ramones, na którym było 750 osób. To zresztą było nasze pierwsze doświadczenie z międzynarodowymi koncertami. To był limit naszego myślenia. A decydując się na nazwę Disney After Dark, wychodziliśmy z założenia, że chcemy być kapelą światową (śmiech).
MM: Trzeba mieć w sobie sporo tupetu – Disney w latach 80. był już przecież korporacją.
JB: Dokładnie. W ogóle nie kierowaliśmy się żadnym tradycyjnym marketingiem. Myśleliśmy, że będziemy działali w obrębie Kopenhagi przez krótki czas. Każdy z nas był częścią jakichś dwudziestu zespołów, w których cały czas graliśmy. Nic poważnego (śmiech).
MM: Jak zatem nic poważnego stało się 40-letnią historią?
JB: Jeśli coś robisz dzień po dniu i nie zatrzymujesz…. Szybko zdaliśmy sobie sprawę, że jesteśmy dość kreatywni. Najpierw pomyśleliśmy, że zrobimy coś innego w stylu Deutsch Amerikanische Freundschaft (niemiecki zespół synthpopowy, założony w 1978 r. – przyp. MM). Kupimy komputer, dołożymy klawisze… Nic się jednak nie wydarzyło, bo nie mogliśmy znaleźć klawiszowca, a nie wiedzieliśmy, jak grać na klawiszach (śmiech). Stwierdziliśmy, że zrobimy coś innego – nagramy cover „Ghost Rider” Suicide. I nagle, podczas nagrywania Stig (Pedersen) zrobił błąd w swojej partii basowej, lekko ją obniżając i swingując. Krzyknęliśmy: to jest country! Zróbmy country punka! Zróbmy ‘Yippee-Yay-Yay’ i bawmy z kapeluszami kowbojskimi (śmiech).
MM: Stąd wziął się Cow-Punk?
JB: Tak! I to wszystko w wyniku błędu, który sprawił nam tyle radości! Stwierdziliśmy, że zdecydowanie trzeba iść w tym kierunku (śmiech).
MM: Zestawiając wasz debiut, czyli „Call Of The Wild” i waszą ostatnią płytę – „Speed Of Darkness”, wynika, że była to długa podróż. Ale pomiędzy tym byliście przede wszystkim zespołem hardrockowym. Nie wierzę, że nie chodziły wam po głowie inne stylistyki?
JB: To był świetny czas, gdy graliśmy country punka. W pewnym momencie jednak zaczęło się robić dość dziwnie, bo na nasze koncerty zaczęli przychodzić prawdziwi country-rockowcy. Co więcej - nawet nasi krajanie uznawali nas zespół amerykański! Zaczęli wkręcać się bardziej w stronę country, niż punka, co przecież było prześmiewcze z naszej strony. Oni jednak brali to na poważnie... Nas jednak cały czas napędzała przede wszystkim energia wywodząca się z punku i to ona była budulcem naszej kreatywności, ale zaczęliśmy też szukać jej gdzie indziej. Poza tym w tamtym czasie popularny stał się hair metal i pudel metal... Zaczęliśmy się zastanawiać, co oprócz tego nas kręci muzycznie najbardziej. Uznaliśmy, że najbliżej nam do AC/DC, kierując się także kwestiami stricte pragmatycznymi. Zobacz ilu fanów mają AC/DC do dziś… Po drodze prawdziwy punk zaczął wymierać, przechodząc w post-punk…
MM: I pop-punk.
JB: No właśnie. My wywodziliśmy się z czasów The Ramones, a gdy Green Day i Sum41 zaczęli się przebijać, wiedzieliśmy, skąd to się wywodzi, więc nie mogli nas nabrać. Wiedzieliśmy, że chcemy robić coś specjalnego i że musi być to tak ciężkie, jak muzyka, której słuchaliśmy i którą kochaliśmy od dawna. Mieliśmy dużo frajdy, próbując być trochę szalonym, trochę off-topowym zespołem. Pojechaliśmy do Ameryki, ale nie odnieśliśmy tam wielkiego sukcesu... Ale teraz, patrząc na te 40 lat, czuję, że błogosławieństwo, że wciąż możemy być kreatywni, wciąż możemy grać i być dokładnie tacy, jak chcemy. Jest mi z tym dobrze.
MM: Wspomniałeś o hair metalu i pudel metalu, a czas, w którym mieliście kontrakt z Warner Brothers przypadł na końcówkę lat 80. i początek 90. Gdy pojawiła się wasza czwarta płyta „Riskin' It All”, ludzie narzekali, że do tak poważnego, hardrockowego brzmienia, śpiewaliście głupkowate teksty…
JB: Dokładnie. Prawdą jest jednak, że mniej lub bardziej świadomie robiliśmy to wszystko dla zabawy. Musieliśmy przejść przez ten etap ‘kowbojski’, by dojść do tego, co tak naprawdę gra nam w duszach i co naprawdę chcemy grać. Wielu artystów od początku dokładnie wie, co chce grać. My tacy nie byliśmy. Szukaliśmy swojej drogi. Dlatego „No Fuel Left For The Pilgrims” (trzeci album D-A-D – przyp. MM) jest hairmetalowy, dzięki któremu pokazaliśmy się szerszej publiczności. Potem był wspomniany przez Ciebie „Riskin’ It All”, a następnie zrobiliśmy kolejną woltę na „Helpyourselfish”, skręcając w stronę jeszcze cięższych brzmień. Ale na tym nie koniec, bo na „Simpatico” i „Everything Glows” zrobiliśmy miejsce nawet na pop! To nas wtedy kręciło. Każda nasza płyta była wyrazem tego, co w danym momencie chcieliśmy grać, więc niespecjalnie przejmowaliśmy się opiniami krytyki.
MM: Wydawaliście płyty w odstępach 2-3 lat, ale „DIC·NII·LAN·DAFT·ERD·ARK” i „A Prayer For The Loud” dzieli aż 8 lat przerwy. Z czego to wynikało?
JB: Po pierwsze, byliśmy zmęczeni. Każdy z nas przechodził wszelkie rodzaje emocji. Byliśmy na granicy rozpadu. Graliśmy dalej – każdego lata graliśmy na różnych festiwalach i podobało nam się. Ale nie mieliśmy w sobie wystarczająco dużo siły, by zamknąć się w sali prób i zrobić coś nowego. W tym czasie nagrałem dwie płyty solowe. Ale w zespole nic się nie działo. Na tamtym etapie byliśmy już ze sobą od 30 lat. Pytaliśmy siebie: co dalej? Co jeszcze nas ekscytuje? Dopóki wszyscy czterej nie odzyskaliśmy tej ekscytacji, było bardzo ciężko. Musieliśmy się dowiedzieć i dotrzeć do tego, co się dzieje wewnątrz każdego z nas. Poczuć znów potrzebę stworzenia czegoś przede wszystkim dla siebie.
MM: Co nią było w przypadku „A Prayer For The Loud”?
JB: Bardzo dobre pytanie. Tytuł tego albumu i tytuł piosenki pochodzi z dużo wcześniejszych czasów. Dla mnie jest to wyraz wdzięczności dla naszych słuchaczy, którzy są i byli z nami przez te wszystkie lata, gdy nagrywaliśmy te wszystkie płyty. Oni dawali nam siłę i energię, ale też pozwalali nam wychodzić ze strefy komfortu i robić rzeczy, których się po nas nie spodziewali. Kolejną kwestią były właśnie moje albumy solowe. Chłopcy z zespołu nie mogli zrozumieć, że robię coś tylko dla siebie. „A Prayer For The Loud” było trudną płytą w sensie tworzenia. Każdy z nas miał wciąż potrzebę działania, ale musieliśmy najpierw znaleźć dla niej wspólny mianownik.
MM: Domyślam się, że „Speed Of Darkness” tworzyło się wam już łatwiej?
JB: Tak, to była łatwiejsza płyta i to z wielu powodów. Po raz pierwszy w karierze D-A-D musieliśmy przyznać, że tworzenie idzie nam wolno. Musieliśmy zrozumieć, że po zrobieniu ok. 200 piosenek wcześniej, nie możemy tak po prostu szybko zrobić kolejnych 15. Musisz w to włożyć więcej wysiłku. I wiem, że brzmi to tanio i niepoważnie, ale zrobiliśmy 40minut materiału, około 10 piosenek, które nie były dobre… Tylko jedna piosenka przetrwała z tego okresu. Musieliśmy się bardziej przyłożyć… Powtarzaliśmy jak mantrę, że jeśli to będzie nasz ostatni album, jak chcemy to zrobić? Odsuwaliśmy więc jego wydanie, bo musieliśmy przebrnąć najpierw przez te złe piosenki by móc napisać lepsze. Nie było trudno je nagrać, ale było trudno przejść przez te kiepskie…
MM: Mówiłeś, że staraliście się wychodzić ze strefy komfortu. Kiedy myślę o D-A-D, mogę was porównywać do dwóch bardzo aktywnych zespołów, które są podobne stylistycznie i mają zbliżone podejście do waszego. Jednym z nich jest Turbonegro, a drugim Airbourne. Znasz je?
JB: Oczywiście! Uwielbiam Airbourne! Są naprawdę szaleni. Natomiast Turbonegro kocham! Są absolutnie niesamowici! Na żywo rozwalają mnie kompletnie. I jeszcze to ich poczucie humoru!
MM: Czy po „Speed Of Darkness” jest możliwość, byście nagrali jeszcze coś nowego, czy jest na to za wcześnie?
JB: Myślę, że jest zbyt wcześnie, abyśmy się przyzwyczaili do jakiegoś stylu, nastroju czy czegokolwiek innego. Wiem natomiast, że na szczęście będziemy próbowali. Nie będziemy nagrywali płyt, bo możemy, tylko dlatego, że chcemy. Na razie przed nami trasa i koncerty na festiwalach.
