Dark Angel

Dark Angel wracają do Polski tym razem na dwa koncerty klubowe, podczas których zagrają w całości kultowy album „Darkness Descends”. A to nie wszystko, bo po 34 latach zespół wydaje nowy album! O procesie powstawania drugiej płyty zespołu, współpracy z grupą Death oraz najnowszym wydawnictwie, opowiedział mi perkusista grupy, Gene Hoglan.
MM: Na koncertach w Polsce zagracie w całości „Darkness Descends”. Kiedy słucham tego albumu, a zwłaszcza jego początku, to odnoszę wrażenie, że grasz, jakbyś miał dodatkową parę rąk.
GH: (śmiech) Chyba wiem, co masz na myśli.
MM: Powiedziałeś, że gdyby ten album został wydany w innym miesiącu, ludzie patrzyliby w inny sposób na Dark Angel.
GH: Taką opinię słyszałem przez te wszystkie lata, zwłaszcza od ludzi z wytwórni płytowych. „Darkness Descends” wyszło miesiąc po „Reign In Blood” Slayer. Pamiętam, że ludzie zajmujący się promocją powiedzieli, że gdyby ten album ukazał się dwa miesiące wcześniej, to Dark Angel byłby znacznie bardziej popularny... Cokolwiek by nie było, działało na naszą korzyść i w konsekwencji okazało się w porządku dla nas wszystkich. Niektórzy muzycy, którzy odkryli „Darkness Descends”, mowią, że jest bardzo blisko „Reign In Blood”. A przecież mówimy o absolutnie klasycznym, prawdopodobnie najlepszym albumie thrashowym wszech czasów! Rok 1986 był wspaniały dla thrashu. Wyszły przecież także „Master Of Puppets” Metalliki, „Peace Sells…” Megadeth, świetny “Game Over” Nuclear Assault, “Pleasure To Kill” Kreator, czy “Eternal Devastation” Destruction. Pojawiło się dużo naprawdę świetnych albumów w roku 1986, więc jesteśmy wdzięczni, że jesteśmy częścią tego ikonicznego roku.
MM: Mówiłeś, że ludzie porównują wasz album do „Reign In Blood”. Tymczasem muzycznie jest on bardziej skomplikowany.
GH: Całowicie się z Tobą zgadzam. Nie zaczęliśmy pisać specjalnie skomplikowanych rytmów. – one się po prostu pojawiły. Różnica między „Darkness Descends” i „We Have Arrived” (debiut Dark Angel, wydany w 1985 r. – przyp. MM) leży w produkcji. Na „We Have Arrived” była dość prosta rytmika, która na płycie została zmienione przez Jima, a ja podążyłem jego tropem i wtedy pojawiła się ta złożoność, która trochę umknęła samej w produkcji. Natomiast nie wyobrażam sobie, jak Slayer mogli by sobie poradzić z bardziej szalonymi rytmami.
MM: Może Rick Rubin im to odradził?
GH: A może wręcz zasugerował - trzymajcie się prostoty. My nie mieliśmy tego rodzaju dylematu. Pisaliśmy, to co czuliśmy i jak mogliśmy najlepiej. „Darkness Descends” to moja pierwsza płyta. Miałem wtedy 18 lat i to był pierwszy raz, kiedy naprawdę zajmowałem się tworzeniem piosenek. Więc, gdy chodziło o pisanie partii bębnów czy gitar, próbowałem dać z siebie wszystko, na co było mnie stać. A wówczas było na tym polu sporo utalentowwanych bębniarzy - Dave Lombardo, Charlie Benante, Gar Samuelson i Lars Ulrich. Każdy z nich był świetny i każdy z nich grał w unikalny sposób, zostawiając swój własny ślad, znak firmowy. Zacząłem więc się zastanawiać, co mogę zrobić, żeby grać na takim poziomie jak oni. Oni nagrali swoje pierwsze płyty jeszcze zanim ja to zrobiłem. Chciałem znaleźć własną ścieżkę, własne patenty na granie. Możesz wiele rzeczy osiągnąć za pomocą gry na podwójnej stopie…
MM: To słychać…
GH: (śmiech) Ale starałem się też poprawić swoją pracę rąk, dzięki czemu zacząłem pisać piosenki w nieco innym stylu, niż zespoły, które wymieniłem.
MM: Pamiętasz jak przebiegał proces pisania tego materiału?
GH: Pewnie! Pierwsze dwie nowe piosenki, które zostały napisane na ten album, a które dały mi nową widok na Dark Angel, to „Parishing Flames” i „Burning Of Sodom”. Wszyscy, którzy je słyszeli, uważali, że są okrutne i brutalne. Nie wiem, czemu nie weszły na „We Have Arrived”. Nie było mnie wtedy jeszcze w zespole, choć napisałem nawet jeden tekst na tę płytę. Powiedzieli: ”Hej, mamy nową piosenkę, potrzebujemy do niej tekstu na nią. Może chciałbyś napisać go dla nas?” To było łatwe. Chodzi o „No Tomorrow”. Natomiast, gdy usłyszałem wspomniane „Parishing Flames” i „Burning Of Sodom”, pojechałem do Jima Durkina i powiedziałem, że powinienem je zagrać na bębnach (śmiech). Z kolei intro do „Darkness Descends” stworzyliśmy bazując na jammowaniu wokół groove’u z jednej z piosenek Metal Church. Jim wiedział, że piszę riffy, zanim się dostałem do Dark Angel. Widział mój wcześniejszy zespół War God, w którym była też Michelle Meldrum i paru kolesi z Slayer Crew. Był zadowolony, że pisałem riffy, więc zaproponował, byśmy popracowali razem. Okazało się, że świetnie nam się razem tworzy i pisze. Miałem partnera do pisania muzyki! To był jeden z powodów, dla którego Jim chciał, żebym był w zespole. Wyznawaliśmy tę samą filozofię wobec tego, gdzie Dark Angel powinien zmierzać artystycznie, a więc w stronę znacznie cięższą, szybszą, bardziej intensywną i brutalną. Pamiętam, jak pisaliśmy „Black Prophecies” - ukończyliśmy ją na dwa dni przed wejściem do studia. Pamiętam, że to było 14 listopada 1986 roku, bo wtedy zaczęliśmy nagrywanie. Pierwszego dnia wbiłem sześć piosenek, a drugiego właśnie „Black Prophecies”, przy czym był to trzeci raz, kiedy zagrałem tę kawałek! Nagraliśmy go za pierwszym podejściem. Potem przeszliśmy do „War Pigs”, ponieważ w tamtym czasie Black Sabbath miał fatalną passę w świecie muzycznym i metalowym. Jak można nie kochać Black Sabbath?!
MM: Zwłaszcza teraz… (rozmawialiśmy 2 dni koncercie Back To The Beginning, podczas którego pożegnalne koncerty zagrali Ozzy Osbourne i Black Sabbath – przyp. MM)
GH: No właśnie! Dlatego chcieliśmy nagrać naszą wersję „War Pigs”. A miłość do Sabbath wszyscy teraz wyznają!
MM: Oglądałeś koncert Back To The Beginning?
GH: Nie oglądałem. Wysłałem jedynie sms-a do Billa Warda (perkusisty Black Sabbath – przyp. MM), z którym się kumplujemy, życząc mu świetnego koncertu. Co to musiał być za świetny dzień i niesamowite wydarzenie!
MM: Czemu więc wasza wersja „War Pigs” nie znalazła się na „Darkness Descends?
GH: Ponieważ kiedy Eric (Meyer, gitarzysta Dark Angel – przyp. MM) miał nagrywać gitary, dostałem telefon, że wbijając bębny do „War Pigs”, pominąłem jedną zwrotkę, przez co podkład był za krótki! A to były czasy na wiele lat przed Pro-Toolsem, więc nie dało się nic z tym zrobić. A musisz wiedzieć, że wbijałem ślady bębnów bez podkładów gitarowych ani jakichkolwiek śladów..
MM: Prawdopodobnie słyszałeś to już wiele razy wcześniej - „Darkness Descends” brzmi jak album w jakiś sposób zapowiadający death metal. A mówię o tym, ponieważ zagrałeś na moim osobistym deathmetalowym albumie wszechczasów, czyli „Individual Thought Patterns” Death.
GH: Bardzo miło to słyszeć!
MM: Chciałem Cię zapytać o pracę z Chuckiem Shuldinerem. „Individual Thought Patterns” jest jak filozoficzna deklaracja na temat esencji życia, istnienia i śmierci. Jak wyglądała wizja tego albumu według Chucka?
GH: Z lirycznego punktu widzenia nie dyskutowaliśmy o tym zbyt wiele. Tym niemniej muzycznie było to drastycznie inne od tego, czego się spodziewałem, zwłaszcza po „Human” (wydany w 1991 r. czwarty album Death – przyp. MM). Chuck powiedział: „Wszystko to, co napisałem na „Human”, a zwłaszcza na „Scream Bloody Gore” (debiutancka płyta Death – przyp. MM), a to był 1983 r., więc to było 7-8 lat temu, a ja miałem 17, 18, 19 lat, nie ma już takiego znaczenia. Nie jestem już tym samym człowiekiem teraz, w wieku 25 lat. Moje spojrzenie na muzykę zmienia się, a tekstowo się rozwijam”. Jego myśli podążały w nieco bardziej złożone rejony. Musisz jednak wiedzieć, że nieważne, co było w tekstach ze „Scream Bloody Gore”, on zawsze zawierał w nich swoje przemyślenia. I to można zauważyć także na kolejnych płytach. To widać na przykład w „Living Monstrosity” (utwór otwierający „Spiritual Healing”, trzecią płytę Death, wydaną w 1990 r. – przyp. MM), w której zaczął umieszczać swoje przemyślenia filozoficzne i swoje spojrzenie na życie w ogóle. To było coś więcej, niż komiksowe gore, krew i horrory itd. Zaczął po prostu pisać to, co czuł. To było coś, z czym zawsze się identyfikowałem w Dark Angel. Nieważne co - zawsze próbowałem pisać od tego, co czułem. Mieliśmy podobne koncepcje. Kiedy zaczął pisać „Individual Thought Patterns”, zaczął się zmieniać z nastolatka w mężczyznę, a jego patrzenie na wiele spraw zrobiło się bardziej dojrzałe. Poza tym trzymał rękę na pulsie. Szybko wszedł w Internet, a nawet kiedy robiliśmy „Symbolic” (szósty album Death – przyp. MM), Internet wciąż był nowy. Jego ówczesna dziewczyna Kim, wkręciła nas obu w ten świat. Była w to mocno zaangażowana i zastanawiała się, jak można zintegrować fanów w fan-klub. Dzięki niej, mieliśmy live chaty na MSN. To było w latach 94-95. Chuck był jedną z pierwszych osób, która miała wątpliwości dotyczące społecznej funkcji Internetu. Mówił: „Będziesz widział wiele nienawiści jednej strony na drugą stronie. Będziesz widział ludzi, którzy do siebie przychodzą, nie by się połączyć, ale spierać.” Pamiętam, jak opowiadał mi, że przeczytał artykuł, że w Anglii kamery stawiane są na każdej ulicy, w każdym miejscu. I powiedział, że to jest jak Big Brother. Miał rację!
MM: A jak to wyglądało z perspektywy muzycznej?
GH: Podrzucił mi do skrzynki małą kasetę. Określałem ją jako ‘uroczą kasetę z riffami’ (śmiech). Wszyscy wtedy mieli czterościeżkowce. Ci, którzy byli trochę wyżej, mieli maszyny ośmiościeżkowe. Tę kasetę dostałem w listopadzie 1992 roku. Chuck i ja rozmawialiśmy o tym, co możemy z tym zrobić. Nagrał wszystko na kasetę przy pomocy Ghettoblastera (popularny radiomagnetofon w latach 80. i 90. – przyp. MM). Nagrał jedną gitarę, potem drugą itd. Było słychać przeklikiwania, gdy wciskał record (śmiech). Wszystkie riffy były zagrane bardzo wysoko na górze gryfu. Powiedziałem mu, że kiedy zaczniemy pracę, najpierw wyciągniemy kilka gitar i pokaże mi każdy riff, żebym mógł to sobie poukładać pod kątem perkusji. Wszystkie te momenty pulsowania, każdy mały dźwięk… Wszystko! I to wszystko było napisane bardzo wysoko. Spytałem go w pewnym momencie, czy nie myślał, by je obniżyć, a on odpowiedział, że na to nie wpadł! (śmiech). Nauczyłem go grać je niżej i dzięki temu mogliśmy zacząć iść dalej, bo nie mieliśmy zbyt dużo czasu. Nagrywanie było zaplanowane w styczniu 1993 r., więc mieliśmy około trzech tygodni, żeby zrobić to wszystko jak należy. Pamiętam Scotta Burnsa (producenta „Individual Thought Patterns” - przyp. MM), który powiedział, żebym nagrał jak najwięcej śladów do „Jealousy”, bo nie każdy rytm działa do tego riffu. Pamiętam, że powiedział, że dla jakiegoś rytmu, to nie działa. Chuck dał mi kompletnie wolną rękę przy układaniu partii bębnów. Mogłem grać kompletne fusion, byle nie powielać tego, co było na wcześniejszych płytach Death!
MM: Wydajecie z Dark Angel piąta płytę, zatytułowaną „Extinction Level Event”.
GH: I będzie brzmiała jak nic innego, co nagraliśmy do tej pory. Ten album ma sporą energię i mnóstwo agresji. Próbowaliśmy zrobić to tak, jak gdyby Dark Angel nie zrobił sobie 34 lat przerwy między płytami. Na pewno spytasz, czemu to tyle trwało? Ponieważ wreszcie znalazłem na to czas! A od lat regularnie jestem namawiany przez promotorów koncertowych, by wreszcie nagrać nowy album. No i będzie (śmiech). Popełniłem jedynie jeden błąd, zapowiadając ten album dużo wcześniej i potem wszyscy mnie o to pytali (śmiech).
MM: Jak to jest grać w zespole z własną żoną?
GH: Zajebiście! Laura Christine jest moim koleżanką z zespołu, zanim jest moją żoną. Fakt, że jest w tej zespole, nie ma nic wspólnego ze mną - to był wybór Jim Durkina. Bez mojej wiedzy poszedł do reszty zespołu i powiedział, że będzie musiał go opuścić i czy chcą, by Laura dołączyła w jego miejsce. I wszyscy się zgodzili! Nie musiałem nic robić, więc to jest świetne. Ona rewelacyjnie gra, więc jesteśmy podekscytowani, że jest z nami. I wiesz, fakt, że jest moją żoną nie ma tu nic do rzeczy… Jesteśmy wszyscy szczęśliwi i ją kochamy.
DARK ANGEL
4.08.2025 / Wrocław, Zaklęte Rewiry
5.08.2025 / Warszawa, Proxima

