Dead Poet Society

WywiadMaciej MajewskiDead Poet Society
Dead Poet Society

Amerykańska grupa Dead Poet Society przyjechała do Polski, by promować swój drugi album “Fission”. 14 sierpnia zespół wystąpił na deskach stołecznego klubu “Proxima”. Przed koncertem wokalista Jack Underkofler opowiedział mi o długiej drodze grupy - od pierwszych poczynań w Bostonie, aż po kolejne, dość intensywne działania wydawnicze w Los Angeles, gdzie grupa obecnie stacjonuje.

MM: Poznaliście się w Berklee College of Music w Bostonie. To prawda, że zyskaliście tam przydomek ‘najgorszego zespołu w całym koledżu’?

JU: Tak, to wzięło się z mema. Pojawił się jeszcze zanim dołączyłem do zespołu. W Berklee była taka nieporadna dziewczyna, która nazywała się Kate Cameron i ktoś zrobił mema, pisząc, że Dead Poet Society to najgorsze, co zdarzyło się w Berklee od czasu Kate Cameron. W tamtym czasie jeden z moich przyjaciół bębnił w zespole. Pokazałem mu tego mema, sugerując, by opuścił zespół (śmiech). I tak się stało… A 6 miesięcy później sam do nich dołączyłem (śmiech).

MM: Mieliście w Berklee wspólne zajęcia z pozostałymi członkami zespołu?

JU: Częściowo. Spotykaliśmy się na zajęciach z historii sztuki. Tam też zacieśnialiśmy więzi.

MM: Istniejecie od 11 lat, natomiast wasza pierwsza płyta ukazała się w 2021 roku. Dlaczego dopiero wtedy?

JU: Ponieważ niewiele osób wiedziało o naszym istnieniu. Powoli budowaliśmy naszą rozpoznawalność. Przyjęliśmy założenie, że nie ma sensu rzucać się od razu na głęboką wodę. A poświęcanie ponad roku na nagranie płyty, o której nikt nie ma pojęcia, mijało się z celem. Dlatego stwierdziliśmy, że lepiej będzie pisać, nagrywać po jednej piosence na miesiąc. Dzięki temu więcej osób może nas poznać, a ci, którzy już nas znają, na bieżąco będą otrzymywali nowe numery. To przyniosło skutek. Im więcej mieliśmy utworów, tym częściej się pojawiły - także na ep-kach “Haviland”, a potem na “Weapons”. Myślę, że to dobre rozwiązanie, bo wyzbyło nas presji o konieczności wydania pełnoprawnego albumu.

MM: Z wydaniem płyty czekaliście zatem do czasu podpisania kontraktu z wytwórnią?

JH: W zasadzie tak. Wcześniej uznaliśmy, że słucha nas już wystarczająco dużo osób, by dać im coś więcej. Przeszliśmy też cały proces z kilkoma wytwórniami, które zajarały się naszą muzyką, obiecywały kontrakt, a potem przez kilka miesięcy nie odzywały się do nas. Dopiero Spinefarm Records dotrzymało słowa. Nagraliśmy płytę, a oni się nią zachwycili.

MM: Album “-!-” ukazał się w okresie pandemii. Nie obawialiście się ryzyka z wydawaniem płyty w tym czasie?

JH: Myślę, że nie miało to znaczenia, bo płyta wyszła w marcu 2021 roku, a już dwa miesiące później ruszyliśmy w trasę. Wcześniej było to niemożliwe, bo z powodu lockdowanu wszystkie nasze zabukowane koncerty nie doszły do skutku. Sam okres pandemii jedynie przyspieszył wydanie płyty, bo mieliśmy ją już gotową wcześniej.

MM: “-!-” to płyta znacznie cięższa, niż najnowsza “Fission”.

JH: To wynika z naturalnego rozwoju artystycznego. Przed nagrywaniem “-!-” byliśmy jeszcze młodsi (śmiech). A jak jesteś młody, to jesteś narwany… Poza tym to nuda nagrywać dwie takie same lub podobne do siebie płyty. Piszemy dla siebie i dla własnych upodobań. Być może kolejny album będzie jeszcze cięższy od tego, co do tej pory nagraliśmy? Zobaczymy.

MM: “Fission” dotyka zdaje się zakończonego związku?

JH: Zgadza się. Akurat przechodziłem przez doświadczenia związane z zakończeniem mojego związku i częściowo znalazło to odzwierciedlenie w tekstach na płycie.

MM: W jednej z informacji prasowych na temat waszego zespołu jest napisane, że waszym celem jest tworzenie muzyki z czegoś uszkodzonego, czy złamanego.

JH: To też chodzi o teksty. Pojawia się w nich dużo wątków jakiegoś zepsucia, złamania. Nie da się przejść przez życie bez takich doświadczeń, ale tylko od ciebie zależy, jak sobie z nimi poradzisz. Nas byle co nie powstrzymuje. Albo inaczej - nie załamuje na tyle, by się z tym nie mierzyć.

MM: Rozumiem, że na kolejny album Dead Poet Society trzeba będzie trochę poczekać?

JH: Szczerze mówiąc, nie wiem. Piszemy muzykę, kiedy tylko mamy wolną chwilę. Jest w nas jakiś strach przed tym, by nie przestawać. By nie tracić kontaktu ze słuchaczami i podtrzymywać z nimi więź. Ciężko nam pod tym względem odpuścić. Nie doszliśmy jeszcze do takiego momentu, by zwolnić (śmiech). Zresztą powiem Ci, że wolałbym byśmy wrócili do trybu wydawania piosenki po piosence. Płyta powoduje jakąś presję, o której mówiłem wcześniej.

MM: Domyślam się, że wszyscy słuchacie różnych gatunków muzyki. A czy jest jakiś artysta, zespół, którego twórczość przemawia do wszystkich członków zespołu?

JH: Hmm… Myślę, że gdybyśmy chcieli wywołać jakieś uczucie nostalgii, to byłyby to stare nagrania Green Day. Sam słucham raczej nowofalowego punka i hardcore’u, rzeczy typu Turnstile itd.

Powiązane materiały