Die Krupps

Niemiecka legenda industrialu Die Krupps świętuje właśnie 45-lecie jubileuszową trasą, w ramach której na początku września dwukrotnie wystąpi w Polsce. Wraz z założycielem grupy, Jürgenem Englerem prześledziliśmy najważniejsze momenty w karierze zespołu – także te mniej przyjemne, jak również poruszyliśmy wątki bieżące nie tylko w obrębie Die Krupps, ale i producenckiej działalności mojego rozmówcy.
MM: Die Krupps obchodzą 45-lecie. Czy ze swojej perspektywy jako twórcy zespołu, potrafisz wskazać najważniejsze punkty zwrotne w jego historii?
JE: To bardzo dobre pytanie, ponieważ mieliśmy wiele różnych etapów w istnieniu zespołu. Kiedy wypuściliśmy nasz debiut, czy „Stahlwerksymphonie” (w 1981 r. – przyp. MM) spotkał się on z dużym zainteresowaniem w Wielkiej Brytanii. To naprawdę pomogło w przebiciu się naszego zespołu w Europie. „Stahlwerksymphonie” było płytą tygodnia w magazynie „New Musical Express”. To pomogło nam także dużo później, gdy wydaliśmy album „The Final Option”, a zwłaszcza „The Final Remixes” (w 1994 r. – przyp. MM). Obie te płyty przedstawiły nas nowej publiczności - najpierw tej, która fascynowała się muzyką elektroniczną, a potem także rockowej i metalowej. Kolejny, dla mnie ważnym momentem, był album „The Machinists of Joy” (wydanym w 2013 r. – przyp. MM), który był pierwszą płytą studyjną po latach – takim pełnoprawnym wydawnictwem powrotnym. Zawierał bardzo ważne piosenki, które nawet w dzisiejszych czasach... Cały czas gramy "Robo Sapien” i "Nazis Auf Speed", a ludzie reagują na nie znacznie bardziej, niż na stare piosenki z lat 90-tych, czy lat 80-tych. To jest niesamowite. No i „Machineries Of Joy”, który został wydany w 1989 roku - zupełnie zapomniałem o tym. To był inne, bardzo ważne wydawnictwo. Dzięki niemu zainstnieliśmy w Ameryce. Było więc w naszej historii kilka punktów, kiedy nasza muzyka wywierała ogromny wpływ na innych. Nie da się wskazać jednego momentu przełomowego. Ja przynajmniej nie jestem w stanie tak tego zawęzić. Od początków naszej działalności, kiedy byliśmy zespołem eksperymentalnym, do bycia prawdziwym bandem industrialnym, do prawdziwego EBM, zanim nazwa EBM została wymyślona. A potem przejście do industrialnego metalu z albumem „1” i ep-ką „Metal Machine Music”, które miały wpływ na takie zespoły jak Rammstein, czy Nine Inch Nails. Więc to wszystko było bardzo ważne. A jaki Twoim zdaniem był moment zwrotny w naszej karierze?
MM: Ten, o którym wspomniałeś, kiedy przeszliście do bardziej metalowych nagrań w 1992 roku. Ale zanim do tego doszło, wydaliście cover album jako hołd dla Metallki. Co przywiodło Cię nich?
JE: Jak zapewne wiesz, prowadziłem wytwórnię, w której wydawałem muzykę metalową.
MM: Atom H?
JE: Tak. Produkowałem i wydaławałem zespoły jak Protector, Rumble Militia i Accu§er. Pracowałem z nimi w studiu. W pewnym momencie wpadłem na pomysł, by wymieszać muzykę elektroniczną z metalowymi gitarami. A jednym z moich ulubionych zespołów w tamtym czasie, oczywiście obok Slayer i Anthrax, była właśnie Metallica. W tamtym okresie byli już po wydaniu „Ride The Lightning” i „Master Of Puppets”. Myślałem, że to będzie wyzwanie. Nie możesz walczyć z brzmieniem gitar Metalliki, gdyż brzmiały potężnie. Uważałem natomiast, że ich muzyka może być interpretowana na wiele różnych sposobów - na przykład przy użyciu elektroniki. To było ciekawe, ponieważ wkrótce po wydaniu „Tribute To Metallica” w 1992 r., dostałem wiadomość faksem… Nie, to było trochę inaczej. Spotkałem się z Larsem Ulrichem na jednym z koncertów w Niemczech. To było w Oberhausen. Oni wtedy grali już wielkie koncerty. Trafiłem na afterparty i spędziłem trochę czasu z Larsem, dając mu ten album. Nie wiedział, że takie wydawnictwo się ukazało. Powiedział, że sprawdzi. Kilka tygodni później, dostałem wiadomość od Petera Paterno z managementu Metalliki. Lars i Kirk zachwycili się „Tribute To Metallica”. Powiedzieli o nas właśnie Peterowi, a on zdecydował się pomóc nam w wydaniu płyty w Stanach. To dzięki Metallice ukazała się nasza płyta na rynku amerykańskim. Rok później dołączył do nas Lee Altus (gitarzysta Exodus – przyp. MM), który przyjaźnił się z członkami Metalliki. Kiedy ponownie przejechali do Niemiec, zadzwonili do nas i powiedzieli, że mają wolny dzień i zaprosili nas do wspólnego imprezowania. Wspaniałe czasy (śmiech).
MM: Co spowodowało przerwę w działalności Die Krupps między latami 1997 a 2005? Byłeś zmęczony muzyką? Potrzebowaliście odpoczynku?
JE: Zdecydowanie potrzebowaliśmy odpoczynku. Nie mogliśmy już dłużej tego ciągnąć. Zmęczyliśmy się sobą. Kiedy jesteś zamknięty na samolocie albo w autobusie bez grama prywatności za długo, dochodzisz do punktu, w którym zaczynają się problemy. W zespole były dwie frakcje pod koniec tego okresu. Jeden grupa to ja i jeszcze jeden gość. Nie jestem imprezowiczem, który pije i zażywa narkotyki - nigdy nie byłem i nigdy nie będę. Ale były też trzy osoby w zespole, które robiły to zbyt często. Zacząłem tracić z nimi nie tylko rezon, ale i kontakt... W każdym razie doszliśmy do punktu, kiedy zaczęło nam brakować czasu dla samych siebie. Zdecydowałem się zawiesić zespół i zobaczyć, jak można funkcjonować bez niego. Dopiero w 2005 roku zdecydowałem się go reaktywować. Od tamtej pory jesteśmy już właściwie cały czas aktywni.
**MM: W tamtym czasie zawieszenia zespołu, wydałeś dwa albumy solowe. **
JE: Zgadza się.
MM: Wróćmy jeszcze na moment do metalu - jak teraz patrzysz na scenę metalową? Szukasz nowych zespołów? Czy ta scena inspiruje Cię tak samo, jak Metallica?
JE: Cóż, trochę się jej przyglądam - nie za dużo, bo jestem bardzo zajęty muzyką pod wieloma względami. Poza naszym nagraniami, działam też sporo z innymi twórcami. Skończyłem nagrywać ep-kę, która ukaże się właśnie na nadchodzącą trasę. Skończyłem rejestrować ślady do nowego albumu, który wyjdzie pod koniec tego lub na początku przyszłego roku. Jednocześnie wyjdzie cały nasz katalog wsteczny, który został na nowo zremasterowany. To zajmuje sporo czasu, a do tego pracuję w Stanach dla Cleopatra Records, więc produkuję dużo muzyki każdego miesiąca. Teraz pracuję nad albumem Rainbow Tribute, który ma wielu gości: od Dave Ellefsona znanego z Megadeth, przez Vinniego i Carmine’a Appice’ów, Dona Aireya z Deep Purple, po Vinniego Moore’a z UFO. Spore przedsięwzięcie.
MM: Chciałbym też zapytać o jeden album w waszym dorobku – „Stahlwerkrequiem”. Czemu nagrałeś go na nowo?
JE: W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że zespół Faust był jedynym prawdziwym pionierem muzyki industrialnej w Niemczech. Przyjaźnię się z nimi od wielu lat. I pomyślałem sobie, że byłoby naprawdę ciekawie znowu nagrać „Stahlwerksynfonie” właśnie z nimi. Połączenie z tymi, którzy byli na froncie eksperymentalnego podejścia muzyki, było dla mnie czymś wyjątkowym. To był bardzo ciekawy eksperyment i myślę że wyszedł świetnie. Uwielbiam robić takie rzeczy.
MM: Podczas tej jubileuszowe trasy będziecie grali setlistę przekrojową, czy pojawią się też nowe rzeczy?
JE: Tak, zdecydowanie będziemy grali 2-3 nowe piosenki z tej ep-ki, o której wspomniałem. Będziemy też grać 3 piosenki, których nie graliśmy za przynajmniej 10 lat albo może nawet 15 lat. No i oczywiście zagramy nasze najważniejsze piosenki, które ludzie kochają.
MM: Wspomniałeś o nowym albumie, który będzie wydany pewnie w przyszłym roku. Czy ma on już swój tytuł?
JE: Mam, ale nie jestem pewien, czy mogę go zdradzić (śmiech).
Foto: Grzegorz Szklarek
45th Anniversary Tour of DIE KRUPPS
2.09.2025 / Warszawa, Hybrydy
3.09.2025 / Kraków, Hype Park
BILETY:
Punkty sprzedaży: www.winiarybookings.pl, Going, Biletomat.pl, Empik Bilety, Ebilet, Eventim




