Drowning Pool

Gitarzysta Drowning Pool, C.J. Pierce to nakręcony gaduła, zafiksowany na punkcie swojego zespołu. Mimo wielu perturbacji, jakie przeszli przez niemalże 3 dekady istnienia, tryska energią i humorem. Przed sierpniowymi koncertami w Warszawie oraz Krakowie opowiedział mi kilka ciekawostek z historii grupy, trudnego czasu pandemicznego oraz najbliższych muzycznych planach.
MM: Założyliście Drowning Pool w 1996 r. po przenosinach z Dallas do Nowego Orleanu i graliście jako trio przez trzy lata, prawda?
CJ: Zgadza się. Mike (Luce, perkusista – przyp. MM), Stevie (Benton, basista – przyp. MM) i ja byliśmy przyjaciółmi od szkoły. Działaliśmy sporo jako trio. Pojedyncze współprace z piosenkarzami też się zdarzyły. Byliśmy młodzi, mieliśmy po 20 lat. Zagraliśmy łącznie około 8 koncertów jako trio.
MM: W jakim stylu graliście zanim dołączył do was Dave Williams?
CJ: Całe spectrum metalu. Urodziłem się w Nowym Jorku, więc od najmłodszych lat siedziałem w jazzie i bluesie, a potem w death metalu. Drowning Pool jest dla mnie połączeniem wielu rzeczy, ale serce zawsze miałem po stronie metalu. Uwielbiam jednak to, że poszerzamy nasze spectrum muzyczne. Próbujemy różnych styli w naszej muzyce. To, co graliśmy na początku, było bardzo bujające. Wcześniej ludzie nazywali to groove metal. Było to bardziej funkowe.
MM: Bardziej w stylu Living Colour czy Pantery?
CJ: Living Colour i Pantery (śmiech). Przeniosłem się z Nowego Jorku do Dallas, a w tamtym czasie siedziałem w punku. Obaj z Mikem lubimy metal i dlatego w tym kierunku poszła nasza muzyka.
MM: Pamiętam czas gdy wyszedł „Sinner” i pojawił się klip do „Bodies”. Chwilę później graliście na Ozzfest. Od kogo przyszło zaproszenie?
CJ: Wszystkie zaproszenia były od Sharon (Osbourne, żony Ozzy’ego Osbourna, pomysłodawczyni festiwalu Ozzfest – przyp MM). Byliśmy nowym zespołem, więc graliśmy bardzo wcześnie np. w Chicago graliśmy jako pierwsi tuż po otwarciu bram. Kiedy zaczynaliśmy, fani dopiero dobiegali pod scenę. Mam zdjęcia z tego koncertu, ale nie mam niestety żadnego filmu. A szkoda, bo niesamowicie to wyglądało. Ludzie nas już kojarzyli, bo „Bodies” pojawiło się kilka tygodni wcześniej. Byliśmy bardzo szczęśliwi, mogąc zagrać na Ozzfest, a dzięki temu, że graliśmy tak wcześnie, mogliśmy spokojnie zobaczyć na żywo pozostałe koncerty. W każdym razie występy na Ozzfest dużo nam dały. W następnych dwóch tygodniach „Sinner” zyskał status złotej płyty, a za kolejne dwa osiągnął platynę. Jestem bardzo szczęśliwy i cieszę się, że „Bodies” wciąż jest słuchane. Poza tym uwielbiam grać ten numer na żywo.
MM: Czytałem różne recenzje „Sinner” i pamiętam, że jeden z recenzentów napisał, że macie pecha, ponieważ wasz zespół wypłynął tuż po Disturbed.
CJ: Taa, to istny pech (śmiech). Cała nasza kariera to wzloty i upadki, a z takimi porównaniami spotykamy się cały czas. Trzeba być elastycznym. Słyszałem już tyle bzdur na nasz temat, że w ogóle mnie to nie rusza. Uwielbiam muzykę. Uwielbiam wyrażenie siebie w muzyce i pisanie tego, co czuję. Uwielbiam spotkania z fanami na koncertach. Uwielbiam to wszystko, co dzieje się wokół zespołu, bo to oznacza, że żyjemy i jesteśmy potrzebni. Czy to oznacza, że Drowning Pool ma pecha? Nie sądzę.
MM: Nie chcę pytać Cię o przeszłość i o śmierć Dave'a, ale chciałbym zapytać pozostałych wokalistów i o Ryana McCombsa, który wrócił do zespołu 2 lata temu. Rozumiem, że dzieli czas między Drowning Pool i Soil?
CJ: Tak. Jesteśmy przyjaciółmi. Soil reaktywował sie, gdy Ryan z nami zaczął śpiewać. Pojechali na sześciomiesięczną trasę w ramach której przyjechali przez Dallas. Wszyscy byliśmy na tym koncercie. Soil ma swój vibe i styl muzyki, który kocham. A my mamy swój. Wracając do pozostałych wokalistów - Jason Jones miał bardzo mocny, silny głos. Z kolei Jasen Moreno śpiewał bardzo wysoko. Poszerzył znacznie możliwości muzyczne Drowning Pool. A Ryan ma ogromny głos! Znowu bawimy się świetnie.
MM: Myślisz, że to ostatni wokalista w Drowning Pool?
CJ: Zdecydowanie. Wszystko wygląda świetnie. Wszyscy piszemy muzykę cały czas, ale jeśli coś się wydarzy, to wrócimy do składu trzyosobowego. W sumie zarówno Mike i Stevie też potrafią śpiewać, więc jakoś wybrniemy (śmiech).
MM: Przez całą waszą karierę wydawaliście kolejne płyty co 3 lata, ale pomiędzy „Hallelujah” i „Strike A Nerve” była sześcioletnia przerwa...
CJ: „Strike A Nerve” był gotowy w 2020 roku, ale przyszła pandemia... Najpierw chcieliśmy wydać to samodzielnie, ale ostatecznie album ukazał się w barwach Universal, a to też był długi proces biznesowy. Potrzebowaliśmy czasu, by to się wydarzyło. W konsekwencji wszystko zajęło 6 lat.
MM: Jak przeżyłeś okres pandemii?
CJ: Ja i Mike zaczęliśmy w tym czasie pracować jako elektrycy w szkole. To było bardzo ciekawe. Trwało to 2-3 lata. Uwielbiam taką pracę, bo to coś innego. Coś, co ma własną przestrzeń i jest swoistym rzemiosłem. Ale cały okres pandemii był ciężki dla nas wszystkich i dla całego świata.
MM: Słuchałem nowego singla „Madness And The Revolution”. To zapowiedź nowego albumu?
CJ: Na razie zbieramy pomysły. Ja już zacząłem pracę nad nowym albumem. Ryan wróci w następnym tygodniu i zrobimy kilka kolejnych kawałków. Mamy dużo materiału na stole. Czas byśmy się za niego zabrali. Chciałbym się tym zająć latem między koncertami.
MM: Kilka tygodni temu graliście w Polsce z P.O.D. i Godsmack. I znowu przyjedziecie – tym razem 3 sierpnia do Warszawy oraz 4 sierpnia do Krakowa razem z Liliac. Zagracie ten sam zestaw utworów, który wybrzmiał na niedawnym koncercie w Gliwicach?
CJ: Nie, mieszamy setlistę każdym razem. Na każdą trasę mamy przygotowujemy inny set, ale dużo też zależy od wibracji miejsca, w którym gramy. Możemy w każdej chwili coś zmienić, albo dorzucić jakiś niespodziewany numer. Wszystko pod tym względem jest możliwe.
DROWNING POOL + LILIAC + SERPENTS
03.08.2025 / Warszawa, Proxima
04.08.2025 / Kraków, Hype Park
Punkty sprzedaży: www.winiarybookings.pl, Going, Empik Bilety, Ebilet, Eventim, Ticketmaster
