EABS

EABS nagrali jedną z najciekawszych i najlepszych płyt tego roku. „Slavic Spirits” to dźwiękowa opowieść o naszych duchach przeszłości, niepokojach i melancholii. Rozmowa autorami „Slavic Spirits” z Sebastianem Jóźwiakiem i Markiem Pędziwiatrem ma jednak znacznie szerszą tematykę. Poniżej jej zapis.
MM: Mówicie, że „Slavic Spirits”, że to przejście od ciemności do jasności, a mnie się wydaje, że to jest długi spacer o brzasku.
SJ: Konceptualnie ciemność jest metaforą czasów, w których żyjemy. A żyjemy w mrocznych czasach… Widzimy, co się dzieje w przestrzeni publicznej. Uważam, że trzeba wyjść z tego mroku, przepracować pewne rzeczy i – trochę jak u psychoterapeuty po długim procesie terapii – możesz iść dalej ze swoim bagażem doświadczeń
MM: Czy w takim razie dla Was też ta płyta była w jakimś stopniu psychoterapią?
MP: W pewnym sensie tak.
SJ: Ja przechodziłem psychoterapię, więc wiedziałem, na czym polega ten proces. Można to sobie opowiedzieć w ten sposób. Zanim jednak sam na nią poszedłem, interesowałem się psychoterapią polskiego społeczeństwa. Zagłębiałem się w teksty psychologów, terapeutów, socjologów, którzy piszą o Polsce, by dowiedzieć się, skąd bierze się ta nasza melancholia. A melancholia to też proces żałoby. Mam wrażenie, że w tej nowoczesności, której jesteśmy, nie możemy sobie poradzić z wieloma aspektami rzeczywistości, dlatego, że nie mamy odrobionej lekcji z przeszłości. A ona nas nawiedza nieustannie. Te demony wciąż powracają. I to są właśnie tytułowe „Slavic Spirits”. W procesie psychoterapii trzeba się z nim zmierzyć, by go pokonać albo pogodzić.
MM: „Slavic Spirits” powinna zatem trafić do tych, którzy nami rządzą. Pytanie tylko, czy są ją w stanie zrozumieć?
MP: Ale ona trafiła do nich! Głównie poprzez media, które zarządzają i są ich tubą propagandową.
SJ: To są media, z którymi kompletnie jest nam nie po drodze. Ale dostajemy od nich najwyższe noty, przy czym wydaje mi się, że powinniśmy dostać najniższe, skoro nasza płyta jest rzekomo antypolska. Tymczasem nasze intencje były dokładnie odwrotne. Być może ci, którzy jej słuchają i są w procesie melancholii, nie widzą tego, co ta płyta niesie.
MM: Zmierzyłem się z tym materiałem na żywo i muszę przyznać, że jestem zaskoczony, bo o ile płyta jest dość surowa i szorstka, tak na koncercie wszystko brzmiało ciepło i przyjemnie.
SJ: Myślę, że ten materiał można odbierać na różne sposoby. Widziałeś nas w letnim, plenerowym koncercie, a tymczasem ja marzyłem, żeby „Slavic Spirits” wyszło jesienią, w okolicach Dziadów… Myślę, że wtedy zupełnie inaczej ta płyta na żywo będzie szła w rejony nieco cięższe, a może i groźniejsze.
MP: Ta muzyka nigdy nie będzie taka sama o każdej porze roku. Inaczej się ją odbiera latem, kiedy ludzie mają generalnie lepsze samopoczucie, a inaczej będzie zimą – taką prawdziwą, mroźną, kiedy zmagamy się z cięższym nastrojem. To wszystko znajduje odbicie w naszym graniu. Nie musimy sztucznie wchodzić w rolę i dostosowywać się do tego, co jest na płycie w skali jeden do jednego.
MM: Marku, wspomniałeś, w którymś z wywiadów, że bliska jest Ci symbioza z naturą, że masz niedaleko do lasu. Przypuszczam, że to wpłynęło w jakimś stopniu na ten materiał?
MP: Tworząc „Leszego”, czyli utwór o bogu lasu, musiałem się mimowolnie do tego lasu przenieść. Chodziłem po lesie, byliśmy parę razy na Ślęży, która jest bardzo zalesiona i to też znalazło swoje odzwierciedlenie na płycie. Czuliśmy potęgę tych lasów. Natomiast nie było tak, że siedziałem w lesie i tam tworzyłem. Mieszkam przy Parku Południowym we Wrocławiu i w nim drzewa są niesamowite. W pewien sposób są zdeformowane, może chore. Mają takie bąble i są tak pięknie wyrzeźbione… Gdzieś w środku poczułem, że to są duchy obywateli niemieckich, którzy przecież zasiedlali te tereny. Mam wrażenie, że są one zaklęte w tych drzewach, zwłaszcza, że są wypukłe i przypominają rzeźby. Sądzę, że te drzewa mają jakąś pamięć.
SJ: Duchy Breslau cały czas straszą, bo jeśli przejdziesz się po Parku Zachodnim we Wrocławiu, to możesz trafić na nagrobki niemieckie, które są wmurowane np. w wejście do strumienia albo na schody. To samo jest, gdy ogląda się stare kamienice we Wrocławiu, z których wystają jakieś niemieckie napisy. Ta pamięć jest taka ‘duchologiczna’.
MM: Płyta ma 44 minuty. Abstrahując od symboliki, zakładam, że materiału mieliście więcej?
MP: Było sporo ‘take’ów’. Kompozycje były zamknięte w tym sensie, że wiedzieliśmy, ile ich będzie. Utwory improwizowane takie jak „Ciemność” też stały się zamkniętymi całościami. Omówiliśmy sobie filozoficzną stronę tej ciemności i to po prostu zagraliśmy.
SJ: Ale każde z podejść „Ciemności” było inne. Mamy też jednak utwór „Mosty”, który na płytę nie wszedł, a który gramy na żywo.
MM: Szykujecie coś nowego w najbliższym czasie?
SJ: Będzie projekt Błoto, który jest kwartetem złożonym z zawodników EABS oraz szykuje się materiał Zima Stulecia, a to z kolei duet Marka z Marcinem Rakiem, więc ostatecznie też satelita macierzystego projektu.
MP: Oraz mój solowy projekt Latarnik
MM: Dziękuję za rozmowę.
Foto: Ola Bodnaruś



