Fair Weather Friends

WywiadMaciej MajewskiMaciej Bywalec/Michał Maślak
Fair Weather Friends

Długogrający debiut Fair Weather Friends „Hurricane Days” ukazał się 5 lat temu. Od tego czasu grupa uraczyła słuchaczy zaledwie kilkoma nowymi kompozycjami. Okazuje się jednak, że ten okres był bardzo pracowity, a formacja szukała, myślała i wbrew pozorom – cały czas nagrywała nową muzykę. Dziś możemy już obcować z drugim albumem grupy „Carte Blanche”, który ukazał się kilka tygodni temu. O specyficznym procesie twórczym i tym, co działo się w zespole, opowiedzieli mi perkusista Maciej Bywalec i wokalista Michał Maślak.

MM: Wydając „Carte Blanche”, przerwaliście okres 5 lat przerwy wydawniczej. Z czego ona wynikała?

MM: Na papierze te 5 lat przerwy wydawniczej wygląda to strasznie. Ale w 2016 roku wrzuciliśmy do sieci kilka numerów w postaci ep-ki „Hello Sunday”.

MB: To były numery, które napisaliśmy jeszcze z myślą o kolejnej płycie. Zrobiliśmy ich więcej, ale ponieważ całość nas nie zadowalała, to wybraliśmy te 5 najlepszych i z je wypuściliśmy. Potem zaczęliśmy nagrywać kolejny album, z którego zostały 3 kawałki. Następnie spontanicznie pojechaliśmy do studia i nagraliśmy kolejny album, po czym wyrzuciliśmy go do śmieci (śmiech). Tak więc przez ten czas działaliśmy, robiliśmy nowe rzeczy, a trochę też poszukiwaliśmy.

MM: A świat się dookoła nas zmieniał i my za bardzo nie widzieliśmy, gdzie jest nasze miejsce. Czy jesteśmy zespołem elektro-indie popowym, czy raczej bliżej nam do rozwałki na scenie.

MB: Można to nazwać kryzysem tożsamości.

MM: I chyba ten okres nie był zmarnowanym czasem, bo nowa płyta jest bardziej przemyślana. Mocniej czuć i słychać wasze autorski sznyt. Jak długo ten materiał powstawał?

MM: Po tym jak wyrzuciliśmy dwa albumy do kosza, zostało nam kilka kompozycji. Mieliśmy studio do dyspozycji, w którym siedzieliśmy z wynajętym backlinem i całym sprzętem. I tak sobie dłubaliśmy. Raz na zasadzie jammowania, innym razem ktoś siedział przy konsolecie i coś robiliśmy. W ten sposób opracowaliśmy 7 kompozycji. Zaczęliśmy myśleć o albumie i wtedy padł pomysł, czy utworu tytułowego – „Carte Blanche” nie zaśpiewać po polsku. Spróbowałem. Poszło to dobrze. Postanowiliśmy pójść tą drogą i nagrać więcej utworów po polsku. Wpadłem w jakiś szał twórczy i skomponowałem kilka utworów po polsku.

MB: 4 utwory powstały w 2 miesiące. Nabraliśmy przekonania do tego.

MM: Pracowaliśmy wtedy w rozjazdach i przesyłaliśmy sobie różne rzeczy siecią. Udało się.

MB: Michał siedział w studio, reszta w domach, ja w Warszawie i słaliśmy sobie próbki wokalu i wymienialiśmy opinie.

MM: Tak było z utworem „Spotkasz mnie”.

MM: Ta płyta jest bardzo sprytnie ułożona – pierwsza część jest łącznikiem z waszymi poprzednimi dokonaniami, numery są bardziej taneczne. Natomiast od utworu „Jestem” zaczyna się poważniejsza część, liryczna. To wyszło przypadkiem, czy takie było założenie?

MM: Spędziliśmy trochę czasu nad ułożeniem tej płyty. Wyrzuciliśmy też kilka numerów, które były wręcz bangerami. Nie znalazły się na niej „El Paso”, czy „Loose Control”, które gramy na koncertach. Nie dało się ich upchnąć, bo też zmieniłyby dynamikę płyty.

MB: Mieliśmy też numer eurodance’owy, stylizowany na lata 90. Ale był za bardzo przegięty, więc nie wykorzystaliśmy go (śmiech). Mieliśmy bardzo skrajnych pomysłów. Nawet stworzyliśmy próbę space rocka, którą nagraliśmy kiedyś w klubie na dyktafon. Myślę, że nie posądzałbyś nas o takie brzmienia. Był też numer w którym rapowałem (śmiech). Nas to wszystko jara, ale jednak chcieliśmy by ta płyta była jednak ukierunkowana.


MM: Zastanawiam się, w jakim kierunku to pójdzie dalej, bo na razie mam wrażenie, że zrobił się z tego taki casus Linkin Park.

MM: Lubię ich pierwsze dwie płyty.

MB: A mnie kolejne ich dokonania już się nie podobały.

MM: Widzę już pewne zalążki ciągu dalszego. U nas jest rotacja pod względem instrumentarium. Na poprzedniej płycie byłem wokalistą, który sporadycznie dotykał syntezatorów i gitary. Tutaj jestem basistą. Podebrałem ją Pawłowi (Cyzowi – przyp. MM), a on się skupił na syntezatorach. I teraz widzimy powrót do tego, co było fajne, a nie wyeksploatowane na początku, bo Mateusz Zegan jest świetnym gitarzystą. Poza tym Maciek jest nadal trochę przywiązany do perkusji, ale jak dasz mu maszynę perkusyjną, to może wcielić się nawet w MC. Myślę, że w tym kierunku będziemy szli. Wszyscy będziemy brali w tym udział, będzie wymiana ról na scenie, dużo interakcji.

MB: Po prostu chcielibyśmy dać sobie więcej swobody na scenie. Zresztą „Carte Blanche” jest płytą wysiedzianą i wysamplowaną w dużej mierze.

MM: Ale też sądzę, że ma ona wszelkie predyspozycje, żeby grać ją na żywo mocniej.

MM: Tak, na żywo te kawałki brzmią mocniej i intensywniej. Wychodzi z nich funkowość. A z drugiej strony jako wokalista czuję, że te numery śpiewam inaczej na koncertach. Nie wszystkie utwory jednak gramy na żywo, a na przykład utwór „Jestem” gramy inaczej, bardziej rozrzedzone i transowej, niż na płycie.

MM: W utworze „Blurred” słychać saksofon Kuby Łępy.

MM: Zaczęło się od tego, że chcieliśmy zagrać na żywo „Miss You” The Rolling Stones. Poprosiliśmy Kubę, fajnie to wyszło i pojechał z nami także na dwa inne koncerty. On jest zaangażowany w kilka projektów – to są poważne rzeczy. Jazzowe i nie tylko. Bardzo fajnie się rozwija.

MB: Nie gramy tego numeru na żywo na razie, ale nie mamy nic przeciwko temu, by zmieniać aranże.

MM: Natomiast „Kurs Przełamywania Fal” brzmi trochę jak odpowiedź na „Nie Ma Fal” Dawida Podsiadło.

MM: To jest utwór, którego zarys powstał w 2001 lub 2002 roku. Tytuł roboczy brzmiał „Kurs Spadania”. Napisałem to pod wpływem „Katedry” Tomasza Bagińskiego. On oczywiście został zmieniony. Wykonałem go też kiedyś z inną kapelą. Ale piosenka i melodia są zupełnie nowe.

MB: Mówisz, że to odpowiedź na numer Dawida, a mnie się ten tytuł kojarzy z Myslovitz.

MM: O, a ja siebie nigdy nie podejrzewałem o wpływy Myslovitz. Chcąc nie chcąc, nie ma zbyt wielu dobrych archetypów wokalnych w tym kraju w obszarze muzycznym, w którym się poruszamy. Myślę, że próbując, prędzej czy później dociera się do Artura Rojka, albo Krzysztofa Ostrowskiego z Cool Kids Of Death. To nie było planowane, ale wyszło naturalnie.

MM: Do potęgi własnej pozwól podnieść się śpiewasz w „Potędze”. Czy to jest metafora przeskoczenia samego siebie?
MM:
Tak. Jestem strasznie zajarany od jakiegoś czasu eko-filozofią Henryka Skolimowskiego. On mówi o umyśle uczestniczącym, o rozwoju w górę. Ta piosenka właśnie o tym traktuje – aby się samemu zmieniać, robić rzeczy, które nas rozwijają, bo to daje nowe perspektywy. Zawarłem to w metaforze matematycznej.  

MM: Co dalej się będzie działo?

MM: Jest już klip do „Shades”. Przez lata jeździliśmy z Hondą Civic z 1997 roku, która najpierw należała do Pawła, a później do Maćka. Obaj mają bardzo romantyczne wspomnienia z tym samochodem (śmiech).

MB: Postanowiliśmy dać mu życie wieczne i zrobić z nim klip. Sami to skręciliśmy i było z tym sporo zabawy i frajdy.

MM: A nie myśleliście o tym, by dać te numery do zremiksowania?

MB: Tak, chcemy to zrobić. Zwłaszcza, że sporo naszych znajomych dj-ów i producentów się o to dopomina. Na pewno coś się pojawi, zwłaszcza, że staramy się żyć blisko sceny klubowej. A potem koncerty. Na początek mini-trasa, a potem może coś większego.

MM: Dziękuję za rozmowę. 

Powiązane materiały