FAUN

Trzy lata pracy na nowym albumem, sześć głosów do uzgodnienia, czary bez klątw i koncerty pod ziemią. FAUN nie tylko snuje baśnie, ale pisze własną legendę. Z Alexem Schulzem rozmawialiśmy o nadchodzącej płycie „HEX”, magii dźwięków, szalejących fanach w Polsce i tym, jak wygląda backstage, zanim zespół zamieni scenę w rytualne ognisko.
EM: Tytuł „HEX” niesie mroczne przesłanie. Można go przetłumaczyć jako "klątwę".
AS: Nie do końca. Dla nas HEX oznacza raczej czarownice i czary – ale w innym ujęciu. Nie chodzi o złe wiedźmy z bajek, tylko o kobiety związane z naturą, które leczą, znają się na ziołach, pomagają ludziom. Nie śpiewamy o rzucaniu klątw.
EM: Takie rzucenie jasnego światła na czarownice owiane raczej złą sławą.
AS: W skrócie – o to właśnie chodzi.
EM: Można więc wywnioskować, że czarodziejski album wnosi kolejny niesamowity pierwiastek do waszej twórczości. Czy na tej płycie znajdzie się coś naprawdę wyjątkowego? Coś, czego fani nie słyszeli na waszych poprzednich wydawnictwach?
AS: Zawsze. Każdy album FAUN ma swój temat przewodni. Pojawią się też nowe instrumenty. Tym razem na przykład lira, której wcześniej nie używaliśmy. Oczywiście historie, które opowiadamy, również są nowe. Zmieniamy też podejście do kompozycji. Niektóre utwory łączą różne gatunki, inne mają bardziej nowoczesne brzmienie niż te z przeszłości. Ale to wszystko jest sztuką, która się zmienia. Jednak cokolwiek z tego wychodzi, zawsze brzmi jak FAUN. Nowe single brzmią jak nasza muzyka i jednocześnie zapowiadają kierunek, w jakim FAUN pójdzie w 2025 roku. Co ważne, wydajemy limitowaną edycję „HEX” na kolorowym winylu, z 60-stronicowym e-bookiem. Zawiera on opisy utworów, inspiracje, kontekst. To piękny przedmiot i świetnie wygląda na półce. Trzeba się spieszyć – ta edycja jest naprawdę limitowana.
EM: Wspomniałeś o lirze. Instrumenty FAUNa wyglądają jak z filmów historycznych. Ciekawe czy umiejętność ich okiełznania wymaga edukacji muzycznej.
AS: Muzyki folkowej najlepiej uczyć się ze słuchu. Ona nie do końca nadaje się do zapisywania w nutach i tym podobnych. Większość melodii, które znamy i których się nauczyliśmy, przyswoiliśmy właśnie słuchowo. Oczywiście, mamy w zespole osoby, które potrafią czytać nuty. Chodzi jednak przede wszystkim o przekazywanie emocji. A do tego nuty nie są potrzebne, one tak naprawdę nie pomagają, jeśli chcesz przekazać emocje. Jasne, każdy z nas miał w przeszłości kontakt z innymi muzykami – uczestniczyliśmy w muzycznych warsztatach. Ale nie przypominam sobie, żeby którykolwiek z nas miał regularne, cotygodniowe lekcje z nauczycielem przez lata. Nie jestem pewien, czy ktokolwiek z nas tak miał. Bo jeśli jesteś zaangażowany i potrafisz się samodzielnie analizować, możesz zajść naprawdę daleko. Pomaga na przykład nagrywanie siebie. Możesz wtedy wrócić do nagrania z poprzedniego dnia i posłuchać: „O, to było fajne”, albo: „Hm, nad tym muszę jeszcze popracować, nie podoba mi się intonacja albo rytm”. I próbujesz zrobić to lepiej. Wtedy z biegiem lat idziesz do przodu.
EM: Między innymi właśnie dzięki różnorodnym instrumentom Wasze utwory brzmią jak podróż przez dawne tradycje, odległe krainy i zapomniane języki. Gdzie zazwyczaj zaczyna się ta podróż? Od researchu, inspiracji, a może od iskry – pojedynczego dźwięku lub historii?
AS: Właściwie wszystko, co wymieniłaś. Czasem to temat, w który chcemy się głębiej zanurzyć – wtedy zaczynamy research, czytamy książki i różne materiały. A czasem to po prostu dźwięk, który gdzieś usłyszysz. Albo progresja akordów, harmonia, rytm. Coś, co cię nagle inspiruje. To piękne, że wszyscy mamy silną więź z naturą. Często każdy z nas osobno idzie do lasu, na długi spacer, żeby oczyścić umysł w tym chaotycznym i stresującym świecie. I to też potrafi być inspiracją. Bo co przychodzi ci do głowy po kilku godzinach samotnej wędrówki?
EM: Od lat udowadniacie, że średniowieczne instrumenty mogą brzmieć równie potężnie jak nowoczesne gitary czy syntezatory. Czy uważacie się za ambasadorów gatunków pagan folk, dark wave, neo-medieval?
AS: Cóż, w tej scenie muzycznej – średniowiecznej, folkowej, wikingowej – myślę, że większość osób ją śledzących zna nazwę FAUN. Ale to, co czyni FAUNa wyjątkowym, to połączenie tych brzmień z elektroniką. I to faktycznie jest coś unikalnego. Z tym się zgadzam. Choć to wciąż tylko niewielki podgatunek.
EM: To nadal jednak nie wszystko. Klimatyczną muzykę uzupełniacie niesamowitymi strojami – wyglądają jakby były żywcem wyjęte ze średniowiecza.
AS: Czasem tworzymy je sami własnoręcznie. Ale oczywiście dużo też się rozglądamy. Jeśli zauważymy jakiegoś kreatywnego artystę z ciekawym stylem, to od razu mamy myśl: „Hej, widzieliście to? To mogłoby się świetnie sprawdzić”. Potem po prostu kontaktujemy się z tym artystą. I czasem udaje się nawiązać współpracę – pomagają nam, projektują coś specjalnie dla nas. Na przykład: „Zrobię po jednym elemencie stroju dla każdego członka zespołu – możecie ich używać w klipach, na zdjęciach, a może też na scenie”.
EM: A więc nie tylko muzyka przebija przez Wasz artyzm, ale i sztuka projektowania, wizji…
AS: Trochę tak. Ale mamy też bardzo konkretną wizję tego, jak chcemy wyglądać. I oczywiście nie ma takich rzeczy w zwykłych sklepach. To często są unikatowe elementy. Istnieje tylko jeden egzemplarz. Tworzony specjalnie dla nas.
EM: Co was napędza do tworzenia po tylu latach?
AS: Kiedy masz w sobie pomysł, musisz go wyrazić. To naturalna potrzeba człowieka. Wiemy, że jeśli pracujemy razem, powstaje coś pięknego – bo każdy z nas wnosi coś od siebie. Na końcu jesteśmy dumni z tego, co stworzyliśmy. I to wystarcza. Fani mówią, że Faun ich porusza, że dzięki nam sami stają się kreatywni, że nasza muzyka pomaga im przetrwać trudne chwile. To piękne i wzruszające.
EM: Jesteście na scenie od 1999 roku. To niemal trzy dekady! Ciekawe jak zmienił się odbiór waszej muzyki przez publiczność przez te 26 lat?
AS: Kiedyś odbiorcy nie wiedzieli, czego się spodziewać, to było coś nowego. Teraz często widzimy, że nasi fani czują się jak w domu. Rozmawiają ze sobą przed koncertem, nawiązują kontakt – bo wiedzą, że są wśród „swoich”. To piękne.
EM: Od którego albumu polecilibyście zacząć komuś, kto nigdy nie słyszał FAUN?
AS: Dla mnie pierwszym albumem, w który naprawdę się zagłębiłem, był „Eden”. Ale na początek może warto sięgnąć po naszą najnowszą płytę, bo jest to najświeższa wersja zespołu, a przez ostatnie lata wiele się u nas zmieniło. FAUN ma bardzo długą historię. Jeśli posłuchasz dwóch pierwszych albumów, to – choć są inne – wciąż brzmią znajomo. Nasza muzyka jest jak dobre wino, które z wiekiem nabiera głębi.
EM: Nowy album FAUNa „HEX”, ukaże się 5 września. Nad płytą zespół pracował całe trzy lata…
AS: Każdy z nas ma pomysły, inspiracje. Zaczynamy od szkiców utworów, potem każdy dokłada coś od siebie. Pracujemy nad każdym kawałkiem tak długo, aż wszyscy będą zadowoleni. Dopiero wtedy zaczynamy nagrywanie, miks, produkcję. Każda piosenka musi przejść przez sześć serc.
EM: O nagraniach studyjnych już nieco wiemy. Kusi, żeby zapytać o koncerty. Graliście w całej Europie. Gdzie publiczność reagowała najbardziej intensywnie?
EM: Pamiętam, że publiczność w Rumunii… a może to była Słowenia? – naprawdę szalała na koncercie. Graliśmy tam w grudniu i to było naprawdę świetne doświadczenie. Ale szczerze mówiąc, w każdym kraju, w którym występujemy, publiczność jest na swój sposób cudowna. Oczywiście, koncert w Holandii wygląda inaczej niż w Grecji – to kwestia odległości, mentalności, innego sposobu wyrażania emocji i tego, jak wygląda u nich imprezowanie. Jednak trudno wskazać jedno miejsce. Wszędzie uwielbiamy spędzać koncertowe wieczory z naszą publicznością.
EM: A nietypowe miejsca? Graliście kiedyś w kościele, zamku, ruinach...?
AS: W 2024 roku graliśmy trasę Balladenreise – coś w rodzaju "Podróży Ballad" i wszystkie koncerty, poza jednym w teatrze, odbyły się właśnie w kościołach. To świetnie działa – ogromna przestrzeń, niesamowity pogłos, mnóstwo detali, a do tego można wyczarować prawdziwą magię światłem. Stare zamki czy ruiny też doskonale się sprawdzają, to idealne miejsca na koncerty Faun. A jeśli chodzi o nietypowe przestrzenie, kilka lat temu graliśmy w jaskini. Głęboko pod ziemią. Bardzo ciekawe doświadczenie.
EM: Jak wygląda wasz backstage przed koncertem – bardziej rytuał czy impreza?
AS: Wszyscy jesteśmy wtedy skupieni. Trzeba się rozgrzać, przebrać i tak dalej. Ale finalnie – jesteśmy skoncentrowani, ale w dobrym nastroju. Mamy swój rytuał przed każdym koncertem. Daje nam on mnóstwo radości, bo naprawdę lubimy to robić razem, jako zespół. To część naszej wspólnej podróży. I nawet jeśli warunki nie są idealne albo coś się komplikuje, od momentu tego rytuału wszyscy wchodzimy w tryb: idziemy po swoje.
EM: Po koncercie też aura spokoju? Czy wkracza duch rock’n’rolla?
AS: To zależy, bo na przykład podczas ostatniej trasy graliśmy koncerty trwające prawie dwie godziny. I to jest naprawdę wyczerpujące. Po takim koncercie jesteś kompletnie wykończony, bo musisz być skupiony przez każdą minutę. Nie ma przerw, nie ma luzu. To naprawdę długi set jak na nasze warunki. Oczywiście, zazwyczaj jesteśmy w dobrym nastroju, bo koncert był udany. Wtedy rozmawiamy o tym, co było super, co nas zaskoczyło: „Widziałeś to?”, „Słyszałeś tamto?”. Publiczność czasem przynosi prezenty albo coś miłego... To naprawdę sympatyczne.
EM: W 2025 zagracie w Krakowie i Warszawie. Masz jakieś osobiste wspomnienie z wcześniejszych wizyt w Polsce?
AS: Tak, pamiętam, że kiedyś pracowałem z Wardruną i graliśmy właśnie w tych miastach. Pamiętam mgliście pochmurne, szare dni, to było naprawdę piękne. Spacerować ulicami, oglądać stare budynki spowite mgłą, z których czasem widać tylko połowę... To miało swój niepowtarzalny, gotycki klimat.
EM: Jaka jest polska publiczność na koncertach FAUNa? Bardziej gotycko-mistyczna, czy raczej rock’n’rollowa?
AS: Powiedziałbym, że to ta druga opcja. Pamiętam, że na festiwalu fantastyki Pyrkon w 2024 roku publiczność była totalnie rozgrzana. O matko! To miał być koncert z miejscami siedzącymi, ale ludzie wstali, zaczęli tańczyć, podchodzili pod scenę – zrobiła się wielka impreza. Bawiłem się wtedy świetnie.
EM: Na trasie HEX wspierają was dwa zespoły: szwedzki Ye Banished Privateers i angielsko-szkocki Janice Burns & Jon Doran . Jaką energię wniesie ta współpraca? Czy pojawią się wspólne występy?
AS: Zawsze, kiedy planujemy koncerty i cały koncept trasy, mamy też pomysły, co możemy dać publiczności, żeby wieczór był naprawdę wyjątkowy. To oczywiście zaczyna się już od supportów, które zapraszamy na trasę. Mamy dwa zespoły supportujące ,oba ze Szwecji, bo szwedzka muzyka ludowa miała na nas jako muzyków ogromny wpływ. Oczywiście dbamy też o stronę wizualną koncertów – światła, dekoracje sceniczne i całą oprawę. Ta trasa HEX to wyjątkowa okazja, by to zobaczyć – to specjalna produkcja przygotowana tylko na nią. Staramy się też czasem zaprosić muzyków z supportu ponownie na scenę, kiedy gra FAUN – żeby stworzyć unikalny moment, który wydarza się tylko tu i teraz, tylko dla tej konkretnej publiczności.
EM: Na koniec pytanie dotykające fantazji - gdybyście mogli zaprosić na scenę jedną postać historyczną – kto by to był?
AS: Byłoby świetnie móc zaprosić na scenę kogoś z przeszłości – osobę, która naprawdę zajmowała się czarami, uzdrawianiem, pracą z naturą i usłyszeć jej własną perspektywę, prosto z tamtych czasów. To byłoby naprawdę fascynujące, nie czytać o niej z książek napisanych przez kogoś innego, setki lat później, ale porozmawiać bezpośrednio i poznać tę wiedzę z pierwszej ręki.
WORLD HEX TOUR 2025 – Faun + Ye Banished Privateers + Janice Burns & Jon Doran
28.09.2025 / Kraków, Klub Studio
29.09.2025 / Warszawa, Progresja
BILETY: Przedsprzedaż biletów rozpocznie się w piątek, 17 stycznia o godzinie 10:00 na



