Ghostpoet
Obaro Ejimiwe, kryjący się pod pseudonimem Ghostpoet, to jeden z najbardziej intrygujących artystów brytyjskiej sceny. 18 lutego wystąpił w warszawskim klubie „Niebo”, promując wydając w ubiegłym roku czwarty album „Dark Days + Canapés”. Przed koncertem opowiedział nam o swoim podejściu do sztuki, jej aspektach wizualnych oraz o tym, czy uważa się artystę triphopowego.
MM: „Dark Days + Canapés” – jak powinniśmy rozumieć ten tytuł?
Ghostpoet: „Canapés” to słowo francuskie. Nie znałem wcześniej jego znaczenia. Oznacza kanapę, ale w języku angielskim określa również wymyślne przysmaki. W tytule płyty oznacza to dwie strony tej samej monety. Żyjemy w mrocznych czasach, a w tym samym czasie istnieją ludzie, którzy objadają się tymi przysmakami. Oni nie są naznaczeni wpływem tych ciężkich czasów, w których egzystuje reszta. Dotyczą one głównie ludzi z niższych warstw społecznych. Sprowadza się to do głębokiego podziału na biednych i bogatych, ale także na celebrytów i zwykłych szaraczków.
MM: Pracowałeś przy tej płycie z Leo Abrahamsem, który jest znany ze swoich dokonań z Brianen Eno and Jonem Hopkinsem. Jak do tego doszło?
Ghostpoet: Przymierzając się do nagrania płyty, zacząłem się zastanawiać, z kim chciałbym ją zrobić. Potrzebowałem producenta, który mnie zmotywuje i popchnie moją twórczość do przodu, a jednocześnie kogoś, kto potrafi sobie radzić z gitarowym brzmieniem. Zaproponowano kilka osób i wśród nich był Leo. Spotkaliśmy się i od razu coś zaskoczyło między nami. To była świetna współpraca.
MM: W moim odczuciu ten album ma ciemniejszy i dużo cięższy klimat, niż „Shedding Skin”, ale także znacznie brudniejsze brzmienie.
Ghostpoet: O, to ciekawe, co mówisz. Rzeczywiście „Shedding Skin” miało nieco bardziej wypolerowane brzmienie. Natomiast w przypadku „Dark Days + Canapés” takie było nasze zamierzenie. To tak jak z fotografiami i filtrami, które na nie nakładamy na przykład na Instagramie. Ze względu na tematykę tekstów jaką poruszam, chciałem jednocześnie, żeby ta płyta oddawała ducha czasów, w których żyjemy. Stąd też takie przyłożenie się do kwestii jej brzmienia i nadania mu odpowiedniego charakteru… Udzielałem dziś innego wywiadu i ktoś powiedział, że ze względu na taką warstwę muzyczną, pewnie łatwiej było mi pisać o takich, a nie innych sprawach. Tymczasem to wyszło podświadomie, że muzyka pokrywa się z tematyką tekstów. To, co czujemy, wpływa na to, jak się na ten temat wypowiadamy. I w tym wypadku świadomie podeszliśmy do tego na etapie miksów, kiedy to obniżyliśmy mój wokal, dodaliśmy więcej brudu i rozpostarliśmy taką ciemną mgłę nad tym materiałem.
MM: Twoi rodzice pochodzą z Dominiki na Karaibach i z Nigerii. Czy ich pochodzenie ma dla Ciebie jakieś znaczenie i wpływa na Twoją twórczość?
Ghostpoet: Nie ma na mnie żadnego wpływu. Jestem stuprocentowym Brytyjczykiem. To po prostu ich miejsca urodzin.
MM: Wiem, że bardzo ważnym aspektem jest dla Ciebie także strona wizulana. Skąd czerpiesz inspiracje w tej dziedzinie? Chodzisz do muzeów albo na jakieś multimedialne wydarzenia?
Ghostpoet: Odwiedzam głównie galerie. Uwielbiam fotografię. Interesuję się także grafiką i jestem w nią bardzo wkręcony. Poza tym poprzez swoje kanały w social mediach, śledzę grafików, designerów, fotografów i różnych artystów wizualnych. Nawet tutaj, gdzie teraz jesteśmy (rozmawialiśmy w „Piekle Nad Niebem”, znajdującym się nad klubem „Niebo” w Warszawie – przyp. MM) jest bardzo ciekawy dizajn. Zawsze przyglądam się różnym krajobrazom. Dzięki podróżom doświadczam często zaskakujących widoków. Strona wizualna to po prostu kolejne twórcze pole, na którym mogę być aktywny. To zresztą uzupełnienie muzyki. Jeśli się nie przyłożę się do obu tych elementów, wtedy moje zamierzenia artystyczne nie zostaną zrealizowane w pełni. Jaki sens ma bycie artystą, jeśli nie dbasz o wszystkie dziedziny swojej sztuki? Dlatego też przywiązuje dużą wagę do wszystkich aspektów mojej twórczości.
MM: Obaj dorastaliśmy w latach dziewięćdziesiątych. Cechą tamtego okresu było tworzenie różnych muzycznych mash up’ów. Jednym z nich jest trip hop, który wyraźnie słychać w Twojej twórczości. Słuchałeś takiej muzyki jako dzieciak?
Ghostpoet: Nie, jako dzieciak w ogóle nie interesowałem się taką muzyką. Dotarłem do niej i odkryłem ją dość późno. Zresztą dopiero przy okazji wydania „Dark Days + Canapés” ludzie uznali, że to triphop. Rozumiem to. Łatwiej im jest przypisywać coś do czegoś, co już znają. Kategoryzować to. Natomiast ja zupełnie nie postrzegam siebie jako artysty triphopowego. Czuję się po prostu artystą tworzącym muzykę, choć lubię triphop. Przypuszczam, że Twoje pytanie nawiązuje również do mojej współpracy z Massive Attack. To było wspaniałe doświadczenie. Musisz jednak wiedzieć, że członkowie zespołów określanych mianem triphopowych, nie znoszą tego terminu. Nie będę tu rzucał nazwiskami, ale ich kompletnie nie interesują łatki, gatunki, style. Zajmują się po prostu tworzeniem muzyki.
MM: Wiem, że Leonard Cohen jest jedną z Twoich największych inspiracji. Kto jeszcze?
Ghostpoet: On jest moją muzyczną miłością. Poza tym inspirują mnie Badly Drawn Boy, Captain Beefheart, PJ Harvey, Radiohead, TV On The Radio, Aphex Twin… Mógłbym tak wymieniać bez końca. Uwielbiam po prostu interesującą muzykę. Taką, która ma znaczenie.
MM: A które emocje są Ci bliższe? Te silne, ekstremalne, czy raczej te delikatniejsze?
Ghostpoet: Wszystkie, które wymieniłeś, bowiem wszystkie one czynią mnie kompletną istotą ludzką. Potrzeba nam całego spectrum emocji. Jeśli którejś z nich by mi zabrakło, wtedy miałbym problemy ze sobą. Najważniejsza dla mnie jest jednak możliwość ich wyrażania. Staram się je przekuwać w coś twórczego.
MM: Dziekuję za wywiad.




