Gilla Band

Gitarzysta Allan Duggan z dublińskiej grupy Gilla Band udzielił wywiadu naszemu wysłannikowi Maciejowi Majewskiemu.
Po zmianie nazwy z Girl Band na Gilla Band, zespół z Dublinu nieustannie poszerza pole swoich muzycznych eksperymentów. Na najnowszej płycie „Most Normal” głośny, transowy klimat miesza się z techno i post-punkiem. Nie ma szans, by zostawić słuchacza obojętnym. O tym, co kryje się za tym materiałem, jak postrzegają współczesną falę post-punka i o możliwości koncertu w Polsce, opowiedział mi gitarzysta, a zarazem menedżer grupy Alan Duggan.
MM: Podobno jednym z głównych powodów powstania „Most Normal” była pandemia. Mieliście więcej czasu na nagrania i mogliście poeksperymentować z różnymi brzmieniami. Prace zaczęliście jednak zdaje się nieco wcześniej?
AD: Tak, tuż przed wybuchem pandemii rozmawialiśmy, że chcielibyśmy uczynić Gilla Band zespołem samowystarczalnym. Zainspirowaliśmy się Beastie Boys na etapie „Check You Head”. Oni wybudowali sobie studio, żeby móc zarejestrować tamten album. My mamy miejsce, w którym gramy próby i tworzymy muzykę. Wynajmujemy je, ale możemy w nim przesiadywać, ile chcemy 7 dni w tygodniu, 24 godziny na dobę. Zaczęliśmy więc je wyposażać. Kupiliśmy porządny sprzęt rejestrujący, porządne wzmacniacze i odsłuchy. Nasz basista Daniel (Fox – przyp. MM) jest profesjonalnym realizatorem dźwięku, więc wiedział, czego potrzebujemy. Tak więc wyposażenie naszego studia było pierwszym elementem, który wyznaczył niejako kierunek „Most Normal”. W przypadku wcześniejszych dwóch płyt, a zwłaszcza pierwszej po prostu zarejestrowaliśmy ją na żywo 1 do 1, bo wówczas mieliśmy tylko tyle utworów. A tutaj nie musieliśmy się przejmować czasem, tylko skupiliśmy się na procesie rejestracji, by stworzyć jak najlepszą płytę i uczynić ją bardziej płytą stricte studyjną. Dopiero później zaczęliśmy się zastanawiać, jak będziemy ją grali na żywo (śmiech).
MM: Widziałem już jednak, że gracie koncerty, więc chyba materiał udało się przenieść na żywo?
AD: (śmiech). Tak i nie. Są utwory z tej płyty, których na razie nie jesteśmy w stanie grać na żywo, bo jest nas po prostu za mało! Nie możemy zatrudnić dodatkowych muzyków, bo to nie miałoby sensu. Potrzebujemy popracować nad tymi kawałkami i znaleźć sposób, jak odpowiednio zagrać je na żywo, by nie brzmiały jak gówno. Na razie gramy materiał z mniej więcej połowy płyty.
MM: „Most Normal” liczy 36 minut. W którym momencie tworzenia powiedzieliście sobie: stop! Pytam, bo słychać, że te kompozycje wyrastają niejako z formy improwizowanej.
AD: Hm, nie jestem w stanie dokładnie określić takiego momentu. Bardzo polegamy na naszej intuicji. Nie jesteśmy też zespołem, który tworzy i rejestruje wszystko, co wymyśli – raczej skupiamy się na tych pomysłach, które wydają nam się interesujące. Spisujemy wszystko na kartkach, więc pod tym względem jesteśmy dość analogowym zespołem (śmiech). Czujemy, co najbardziej potrzeba danemu utworowi. Dzielimy go na odpowiednie części i zastanawiamy się, co będzie do siebie najlepiej pasowało. Nie ma sensu na przykład wydłużanie niektórych piosenek. W przypadku poprzednich płyt mieliśmy długie kompozycje, ale nie tworzyliśmy ich z myślą: nagrajmy naprawdę długie numery. I z „Most Normal” było tak samo – ta płyta nie wymaga więcej niż to, co jest na niej zawarte. Wyrzuciliśmy z niej może trzy numery, nad którymi pracowaliśmy podczas sesji nagraniowych. Sam zresztą lubię krótkie płyty. Codziennie wychodzę z psem na spacer i wtedy staram się przesłuchać przynajmniej jeden album w całości. Jeśli trwa ponad godzinę, męczy moją głowę (śmiech).
MM: Czy to znaczy, że te 3 utwory, które nie weszły na album, są gotowe do użycia przy innej okazji.
AD: Nie, te kawałki są nieskończone. Bardzo rzadko bywa tak, że mamy zrobiony w całości utwór, a go nie wykorzystujemy. Stąd na przykład nigdy nie mieliśmy kawałków, które można było wrzucić na strony B singli. W przypadku tych trzech, o których wspomniałem, jeden z nich ma szansę znaleźć się na kolejnej płycie.
MM: „Most Normal” ma w sobie specyficzny trans. Mnie ujął dopiero za którymś przesłuchaniem całości. Wiem, że przy tworzeniu tego materiału zainspirowała was zarówno współczesna muzyka popowa, jak i ciężki, mocny hip hop. A jak to wygląda u was dzisiaj? Co obecnie najbardziej porusza was w muzyce?
AD: To wygląda różnie u poszczególnych członków zespołu. Na przykład Daniel i Dara nieustannie eksplorują taki gatunki, których zwykle nie słuchają. Ale frapuje ich grzebanie w historii danych nurtów muzycznych. Ja śledzę bieżące listy przebojów, żeby wiedzieć, jak wygląda współczesna muzyka. Uwielbiam słuchać nowych rzeczy. W przypadku „Most Normal” najbardziej zainspirowały nas współczesne produkcje hiphopowe, oparte o ciężką, mroczną elektronikę i dość dziką warstwę instrumentalną. Pod tym względem zajaraliśmy się płytą „Some Rap Songs” Earla Sweatshirta. On też nagrywa bardzo krótkie kawałki, ale sporo się w nich dzieje. Mniej słuchaliśmy tym razem np. post-punku, choć sam sięgałem często po nagrania Low. Wszyscy jednak pozostajemy otwarci na dobre, nowe pomysły i inspiracje.
MM: Gilla Band jest niejako pomostem między zespołami z czasów brytyjskiej new rock revolution i współczesnej fali post-punka, do których można zaliczyć IDLES, Fontaines D.C. i chociażby wasz zespół. Jak myślisz – skąd wzięła się ta fala gatunku, który jakby nie patrzeć - wypłynęła głównie w latach 80. ubiegłego wieku?
AD: Nie mogę wypowiadać się za scenę Wielkiej Brytanii, bo nie wywodzimy się stamtąd. Kiedy zaczynaliśmy w okolicach 2012 roku, na scenie dublińskiej, czy w ogóle irlandzkiej nie było zbyt wielu zespołów, grających naprawdę agresywną muzykę. Oczywiście, były fajne kapele jak The Redneck Manifesto, czy Giveamanakick, ale nie było ich zbyt wiele. W tamtych czasach wszyscy chcieli być indie-rockowi. Mnóstwo kapel chciało być następnymi The Strokes, czy Arctic Monkeys. Sami zresztą byliśmy w takim zespole, gdy mieliśmy 16 lat. Nazywaliśmy się Harrows i brzmieliśmy koszmarnie (śmiech). Kiedy jednak nieco dorośliśmy i zaczęliśmy działać w tym zespole, byliśmy przede wszystkim pod wpływem muzyki no wave i w ten sposób naturalnie przeszliśmy do punk rocka i post-punku. Scena nowojorska odgrywała tu dużą rolę. Artyści tacy jak James Chance, Theoretical Girls, czy DNA byli dla nas ogromną inspiracją. Jednocześnie penetrowaliśmy także scenę house i techno. Przestaliśmy zwracać uwagę na inne zespoły, które pojawiały się w tamtym czasie. A były przecież wśród nich dobre kapele jak Iceage z Danii, Savages, czy Preoccupations z Kanady, które również grały post-punka. Także to wszystko nie zaczęło się nagle jakąś jedną falą z Wielkiej Brytanii. Zespoły, które wymieniłeś powstały później, niż nasz, co było nieco dziwne, bo my graliśmy tak już dużo wcześniej, a dziś na te bandy jest dużo większy hype... Zabrzmię jak dupek, ale to my byliśmy jednym z pierwszych zespołów w tym nurcie, który zyskał zainteresowanie międzynarodowych mediów, zaczął grać trasy koncertowe poza Irlandią i na różnych dużych festiwalach. I wiemy, że byliśmy inspiracją dla innych, bo dziś regularnie nas o tym informują (śmiech).
MM: A z czego wynikała czteroletnia przerwa pomiędzy płytami „Holding Hands With Jamie” i „The Talkies”?
AD: Po wydaniu „Holding Hands With Jamie” zagraliśmy trochę koncertów, ale potem pojawiły się problemy zdrowotne w zespole, które uniemożliwiły nam jeżdżenie w trasy. Z tego tytułu zawiesiliśmy działalność na jakiś czas. Po jakichś 1,5 roku postanowiliśmy jednak przywrócić zespół do życia. Zaczęliśmy pisać nowy materiał, który wyszedł 3 lata później pt. „The Talkies”. I kiedy na nowo się rozpędziliśmy, pojawił się lockdown… Resztę już znasz (śmiech).
MM: Wspomniałeś o międzynarodowych festiwalach. W 2015 roku wystąpiliście na polskim OFF Festivalu...
AD: Tak, pamiętam go bardzo dobrze. Był zajebisty. Line up był rewelacyjny i atmosfera również. Dlatego czekam na kolejną okazję, by odwiedzić Polskę.
MM: Dziękuję za rozmowę.
