Happy Pills

WywiadMaciej MajewskiHappy Pills
Happy Pills

Grupa Happy Pills po kilkunastu latach niebytu, powróciła do czynnej artystycznej aktywności. Nowa płyta zespołu „Something Idefinitely Good", nagrana z Peterem J. Birchem w roli wokalisty, stanowi dowód na to, że jest to powrót jak najbardziej udany. O zmianach w składzie, nagrywaniu w studiu Abbey Road i bieżącym nastawieniu grupy wobec artystycznych wyzwań, opowiedzieli mi Mariusz Szypura i Peter J. Birch.

MM: Co spowodowało, że Happy Pills wróciło po takim czasie nieobecności?

MS: Przede wszystkim chęć grania i znowu tworzenia muzyki. Nie mamy żadnego ciśnienia - chodzi nam tylko o granie takich dźwięków, jakie chcemy w towarzystwie, w którym się świetnie rozumiemy. Uzbierało nam się trochę piosenek, w które na pełnym gazie wjechał Peter i nagle okazało się że są one sensowne, a nawet fajne (śmiech). Stwierdziliśmy, że już czas chyba coś wydać.

MM: Ale przez te wszystkie lata nie pozostawałeś poza muzyką i związanym z tym procesem twórczym?

MS: No nie - cały czas coś tam grzebałem głównie jako Silver Rocket. Robiłem głównie muzykę do filmów i gier. Ostatnie wydawnictwo Silver Rocket też w sumie było wieki temu - tak że tu też zaraz coś się pojawi. Ale z Happy Pills problem był jeszcze odległości - jestesmy rozrzuceni po kilku miastach i musiało nastąpić przekroczenie masy krytycznej, by znów coś razem robić

MM: A co się stało po wydaniu poprzedniej płyty Happy Pills "Retrosexual", że temat nie został pociągnięty dalej?

MS: Po „Retrosexual” przede wszystkim zajęliśmy się swoimi sprawami. Każdy ma swoje życie rodzinne i zawodowe - i tak trochę zasnęliśmy.... Kiedy się ponownie spotkaliśmy, jakoś nie było momentu, żeby rozpalić ogień. Po prostu drogi się rozchodziły. Ja sobie wtedy grałem też z Peterem w towarzyszacym mu zespole, The River Boat Band. I tak jakoś potem naturalnie zaczęliśmy się z Peterem dogrywać i może przez to, że byliśmy już na innym etapie albo może za długo nic się nie działo - znowu iskra przeskoczyła.

MM: No właśnie - w poprzednim składzie jeszcze była zdaje się Natalia. Skąd więc pojawił głos męski w Happy Pills?

MS: Znamy się z Peterm od chyba 10 lat. Dla mnie był świetnym, charyzmatycznym i mega muzykalnym gościem. I jakoś tak się naturalnie to wydarzyło - nagraliśmy najpierw jeden utwór na składankę „My name is Poznań” i wszyscy stwierdziliśmy, że chcemy to robić razem. Z Natalią sytuacja po prostu sama się rozeszła - bez żadnych wielkich sytuacji po prostu wygasło.

PJB: Pojawił się z Wołowa (śmiech). Gobas zadzwonił do mnie pewnego dnia i zapytał czy miałbym ochotę zaśpiewać gościnnie w jednym utworze na składankę "My Name Is Poznań". Zgodziłem się z miejsca, napisałem tekst i melodię wokalu do "Another Rainy Story" i tak się spodobało, że chłopaki zaproponowali nagranie wspólnej płyty jako HP & Peter. Z racji pandemii i obsuwy moich planów, zgodziłem się, wiedząc, że będzie na to czas, a po drodze, jak lepiej poznałem chłopaków, okazało się, że mamy doskonały przelot. Do tego doszła historia z Abbey Road i propozycja, bym został wokalistą na stałe. Po tych wszystkich akcjach, przemyślałem sprawę i poczułem się tak dobrze, że postanowiłem przyjąć tę propozycję. Uwielbiam tę ekipę!

MM: Muzyka gitarowa, wokół której twórczość Happy Pills się obraca, zmieniła się na przestrzeni czasu. Nie miałeś obawy, że to poniekąd reaktywowanie bytu artystycznego z nieco innej epoki?

MS: Mamy na to wyjebane (śmiech). Zawsze graliśmy swoją własną muzę, inspirując się rzeczami, które nas kręcą i zawsze lądowaliśmy gdzieś pośrodku wszystkiego w próżni. Ale nam to odpowiada – jasne, że słuchamy w cholerę nowej muzy, ale też wiemy, co nas ukształtowało. A ponieważ naprawdę nic nie musimy - nie żyjemy z muzyki - wydaje Happy Pills przez własny label - możemy grać, co nam się podoba, bez oglądania się na to, kto i co o nas i naszej muzie powie. Z drugiej strony - też to nie jest tak, że zasnęliśmy w latach 90., nagle się przebudziliśmy i cały czas gramy to samo. Ewoluujemy, bo cały czas wokół powstaje świetna muza i nas inspiruje.

MM: "Something Idefinitely Good" postanowiliście zrealizować w Abbey Road. Jak do tego doszło?

PJB: Wszystko dzięki Agnieszce - żonie Gobasa. Wpadła na pomysł, żeby zrobić Mariuszowi niespodziankę urodzinową na jego 50-tkę. Biedaczysko nic nie wiedział, kiedy poleciał z rodziną do Londynu na wakacje. Nawet łyknął, że Kończal i Kosio chcą pożyczyć jego gitarę i efekty do jakiegoś klipu (śmiech). Jakież było jego zdziwienie, gdy podczas zwiedzania Abbey Road z rodziną zobaczył nas i swój sprzęt na miejscu. Było blisko zawału, ale wszystko doskonale się udało. Gdy Aga poklepała go po ramieniu i powiedziała: "to miłego nagrywania!", to dopiero zaczęło do niego docierać, że to nie tylko zwiedzanie i nasza obecność, ale że nagramy tu kilka utworów (sic!). Zaplanowaliśmy dwa. Zostały nam jeszcze jednak 2 godziny, więc chwyciłem za gitarę, przedstawiłem swój pomysł, który wydawał mi się pasować do HP i miałem już do niego melodię wokalu. Chłopakom się spodobało, więc szybko to ogarnęli i zaczęli nagrywać, a ja w tym czasem udałem się do ogrodu za kantyną, w której obiady jedli m.in. The Beatles i napisałem tekst. Wróciłem po 20 minutach i zaśpiewałem. Tak powstał "Birthday Boy". Surrealistyczna sytuacja!

MS: Ja po prostu pojechałem z żoną i dziećmi świętować swoje okrągłe urodziny. Moja żona zorganizowała nam wycieczkę do Londynu. Jak już tam byliśmy, powiedziała że znajoma znajomej ma chłopaka, który pracuje w Abbey Road i jest szansa wejść oraz zrobić zdjęcia w środku. Ja się oczywiście podjarałem. Pojechaliśmy tam i okazało się, że jesteśmy na liście do wejścia. Przyszedł pan Anglik, zaczął nas oprowadzać i nagle wchodzimy do studia, a tam całe HP (śmiech). Po pierwszym szoku dowiedziałem się, że nie tylko przyjechali na urodziny, ale że mamy cały dzień w studiu na nagrania. Godzinę czekałem aż mi się ręce przestaną trząść i będę mógł zagrać (śmiech). No i tak nagraliśmy 3 utwory - dwa zaplanowane i jeden spontanicznie stworzony na miejscu. Co by nie mówić, moja żona umie w niespodzianki (śmiech).

MM: Paweł Krawczyk wyprodukował "Something Idefinitely Good". Był z Wami też w Abbey Road?

MS: Nie, Pawła niestety nie było. Do koncepcji producenta spoza zespołu dojrzeliśmy trochę później (śmiech). Kiedy już mieliśmy nagrane tracki, stwierdziliśmy że Paweł wyprodukował ten kawałek ze składanki, o której mówiliśmy wcześniej w sposób, w jaki my byśmy nigdy go nie zrobili. Tzn. nie że coś wbrew, ale mieliśmy wrażenie, że otworzył drzwi, do których nikt z zespołu nie miał klucza. Zapytałem Pawła, czy nie chciałby też całej naszej płyty zrobić i okazało się, że chętnie. I muszę przyznać, że wyprodukował to arcyświetnie.

PJB: Paweł zajął się wszystkim tak naprawdę w postprodukcji, co moim zdaniem było naprawdę trudne, bo przecież większość była już nagrana. Ogarnął to jednak, dograł swoje partie i urozmaicił całość w fantastyczny sposób. Każdy z nas miał inną wizję na to, jak powinno to brzmieć i jaki powinno mieć kształt. Cieszę się, że zaufaliśmy człowiekowi z zewnątrz, a Paweł spisał się na medal, ogarniając ten chaos. Naprawdę jestem dumny z tej płyty. Po dłuższej przerwie posłuchałem jej ostatnio w aucie z moją Klaudią i powiedziała: "Niesamowite, ale tu nie ma słabej piosenki. Takie poczucie hita za hitem". I nieskromnie powiem, że - oczywiście w pewnej skali - mam podobne odczucia. Ta płyta jest cholernie równa i naprawdę ciężko znaleźć tu słaby moment. Chyba nigdy wcześniej nie komplementowałem tak nagrania, w którym brałem udział, ale mówię to, co czuję.

MM: Trzeba przyznać, że zadbaliście nie tylko o aspekty muzyczne - "Something Idefinitely Good" jest pięknie wydane. Czyim pomysłem był ten kasetowy layout?

PJB: To zasługa Gobasa. Nie wiem, jak on na to wpadł, ale jak ktoś kupi winyla, CD, kasetę magnetofonową, czy VHS ze wszystkimi teledyskami...No właśnie. Nasz merch przy tej płycie to totalny odjazd! Można zmieniać okładki niczym kasetę w magnetofonie. I znowu chwalę swój ogródek, ale uważam, że Mariusz powinien dostać za tę okładkę Fryderyka, bo osobiście czegoś takiego wcześniej nie widziałem.

MS: Jestem od lat zawodowym designerem. Zrobiłem jakieś 100 okładek dla rożnych wykonawców. Ale z czasem chcę robić rzeczy, które są bardziej kreatywne i moje. No i ta okładka, to taki koncept, z którego jestem naprawdę dumny. Wiesz, tu nie tylko o kasety chodzi i o takie odwołanie do lat 90., ale także o cały niepokój i niepewność związane z pandemią oraz 0 nie ukrywajmy tego - także z kryzysem wieku średniego (śmiech). Chciałem zebrać te obserwacje tak naprawdę w okładce, którą każdy sobie sam zinterpretuje. Stąd te "dziwne" opisy tych pokręteł i przełączników (śmiech). Poza tym w dobie, gdzie nośniki fizyczne nie są już tak pożądane, znowu chcemy robić coś pod włos i właśnie taką oprawę płyty, żeby chciało się ją kupić fizycznie 😉

MM: Gracie już koncerty. Głównie z programem z płyty, czy odwołań do przeszłości też nie brakuje?

MS: Gramy zdecydowanie nową płytę, aczkolwiek mamy w zanadrzu kilka odwołań na wszelki wypadek. Ale zdecydowanie teraz nas interesujegranie nowej płyty.

MM: Tytułem puenty: wiem, że nie macie ciśnienia w przypadku tej płyty, ale czy macie jakiekolwiek oczekiwania w związku z jej wydaniem i przywróceniem czynnej aktywności zespołu?

MS: Ja chcę pograć parę fajnych koncertów i wykorzystać czas, że znowu mamy iskrę na nagranie następnych piosenek - najlepiej skomponowanych tak spontanicznie jak „Birthday Boy” (śmiech)

PJB: Uwielbiam to, że w tym zespole nikt nie ma żadnego ciśnienia i chcę się tego trzymać, bo niestety z moim solowym Peterem nie do końca tak potrafię (śmiech). A dzieją się wokół nas same zajebiste rzeczy i o to chodzi. Chyba faktycznie powiedzenie "miej wyjebane, a będzie ci dane" pasuje do nas idealnie (śmiech). W listopadzie lecimy na trasę do Japonii. Na pewno zagramy jeszcze jakieś koncerty. Może połączymy siły z jakąś zaprzyjaźnioną kapelą i machniemy traskę? To jest to! Czego chcieć więcej?

MM: Dziękuję za rozmowę.

Powiązane materiały