Ho99o9

Nowojorski duet Ho99o9 ponownie zawitał do Polski, tym razem w ramach promocji wydanej w ubiegłym roku płyty „Tomorrow We Escape”. Rozmowa z theOGM-em i Yeti Bonesem była okazją do prześledzenia ich drogi artystycznej, hiphopowych wpływów, punkrockowej rewolty, czy wreszcie zmiany otoczenia. To wszystko i jeszcze więcej panowie ujawnili w poniższej rozmowie.
MM: Wśród waszych inspiracji oprócz surowego nowojorskiego hip hopu w stylu Wu-Tang Clan i DMX-a, wymieniacie także Bone Thugs-N-Harmony z Cleveland. Co w ich twórczości was poruszyło?
theOGM: Uwielbiamy melodie, uwielbiamy piosenki, które nawiązują do innych stylów muzycznych. Nie wszystko musi być jak bang, bang – wiesz, strzelasz rymem i nic za tym nie stoi. Więc to zasadnicza różnica.
YB: Bone Thugs-N-Harmony to awangardowe brzmienie w hip hopie. Ta muzyka miała swoje cechy, które ją spopularyzowały, a Bone Thugs wnieśli zupełnie nowy flow - harmonizowali się. Było to zupełnie inne od wszystkiego. W latach 90. łatwo można było stwierdzić, który raper jest z której części Stanów. Czy to był Wschód, czy Zachód, Południe, Floryda lub Teksas - każdy miał swój własny styl. Bone Thugs byli pod tym względem wyjątkowi, bo gdyby nie zawartość tekstowa, nie byłoby tak łatwo określić, skąd są. I do tego klip do „Crossroads”, który 30 lat temu latał wszędzie w telewizji…
MM: …nie zapominając o ich sposobie rapowania. Nawijali tak, jakby strzelali z karabinu maszynowego. Próbowałem kiedyś znaleźć najszybszy wers w ich twórczości i chyba pierwsza zwrotka z „Handle The Vibe”, którą rapuje Krayzie Bone taka jest. To kawałek z „The Art Of War”.
theOGM: Mamy ten album na winylach. Zawsze mi się wydawało, że między nim a Bizzym jest jakaś nakrętka.
YB: Ale jak posłuchasz tekstów, to zobaczysz, że oni się raczej uzupełniają. To jest szalone!
MM: Znam historię, gdy cięższa muzyka pojawiła się w waszej przestrzeni za sprawą teledysków Korn, Linkin Park, Papa Roach, czy Slipknot. Później natrafiliście na Bad Brains. Mówiliście, że słuchanie takiej muzyki, będąc czarnym, sprawiało, że ludzie postrzegali was dziwnie. A przecież w Bad Brains wszyscy byli czarnoskórzy.
theOGM: I to czyniło ich cool! Dla nas to było dziwne jeszcze zanim odkryliśmy Bad Brains. A gdy dowiedziałem się, że są w zasadzie pionierami, pokochałem ich twórczość jeszcze bardziej.
YB: Ja też z wiekiem zacząłem rozumieć więcej muzyki. Moje horyzonty muzyczne poszerzały się. Byłem fanem Bone Thugs, a czekając na klip do „Crossroads”, widziałem teledyski Papa Roach, Korn i Slipknot, ale wtedy nie zrozumiałem tego całkowicie. Nie byłem wystarczająco w to wkręcony, by powiedzieć moim ziomom, że tego słucham... To przyszło z czasem. Im byłem starszy, tym więcej tego słuchałem. I stwierdziłem, że nie ma znaczenia, że jestem czarny... Skoro podoba mi się taka muzyka, to w czym problem?
MM: Poza tym z waszego miasta pochodzi jeszcze jeden dość znany zespół, grający cięższą muzykę w skład którego wchodzą sami czarnoskórzy muzycy – Living Colour.
YB: Oczywiście, natomiast byłem bardziej zainteresowany Bad Brains, bo grali szybko i bezkompromisowo. Wdrożyli punk w moje życie. Uwielbiam jednak także Living Colour, bo jest w ich muzyce także trochę więcej funku, soulu i jazzu. Ale Bad Brains... Gdy ich słucham, czuję, że moim całym moim ciałem targa (śmiech).
MM: W pewnym momencie przenieśliście się z Nowego Jorku do Los Angeles. Czy dla was, jako chłopaków wywodzących się z nowojorskich osiedli taki krok nie był traktowany jak pewnego rodzaju zdrada?
YB: Musisz pamiętać, że pochodzimy z społeczności osób podobnych do nas, gdzie wsparcie i rodzina są podstawowymi elementami jej funkcjonowania. Przenosząc się do Los Angeles, mieliśmy wsparcie naszych przyjaciół i rodziny, którzy wiedzieli, że chcemy się rozwijać i być w tym, co robimy – jak najlepsi.
theOGM: Nie byliśmy gangusami. Działaliśmy w otoczeniu naszej rodziny i przyjaciół. W pewnym momencie jednak chcieliśmy zmienić otoczenie, by móc spróbować nowych rzeczy. Od tamtej pory zawsze pokazujemy to, gdzie jesteśmy i przede wszystkim - skąd. Ludzie wiedzą, że jesteśmy z Nowego Jorku. Przenosiny do Los Angeles to krok ku rozwojowi działalności muzycznej.
MM: Yeti, faktycznie potrafisz grać na basie i gitarze, czy wciąż jedynie obsługujesz syntezatory.
YB: (śmiech) W mojej głowie potrafię na nich grać. Fizycznie nie. Zostają więc klawisze i syntezatory. Jestem jak Quincy Jones - mam to wszystko w głowie i wiem, jak to wyrazić i przekazać komuś, kto potrafi to robić. Ale fizycznie nie gram na tych instrumentach. Jedynym instrumentem, który mam, to wokal.
MM: Wiem, co stoi za nazwą Ho99o9, a kiedy pojawił się termin Death Cult Mutant Freaks?
YB: To jest część naszego pakietu (śmiech). Każdy coś ma: A$AP Mob, Odd Future... A my jesteśmy Death Cult Mutant Freaks, dlatego, że jesteśmy outsiderami z naszej okolicy. Dokonywaliśmy innych wyborów, myśleliśmy inaczej… Zawsze byliśmy dziwaczni… I to, o czym mówiliśmy - siedzieliśmy też w innej muzyce. Poza tym lubimy X-Mena (śmiech). Bycie poza normą, poza każdym innym… Jesteśmy w swoim własnym uniwersum. Jest też „Death Cult Disciples” - nie wiem, czy słyszałeś tę piosenkę? To jest grupa, to jest gang, to jest kult.
MM: A czy elementy horroru w waszej twórczości pojawiły się pod wpływem White Zombie lub – bardziej precyzyjnie – za sprawą filmów Roba Zombiego?
theOGM: W ogóle nie. Jestem fanem jego filmów, muzyki i tego, co zrobił. Ale kiedy stworzyliśmy cokolwiek, nie myśleliśmy o nim. Myślę, że w naszym przypadku jest to połączenie trochę teatralnej formy i filmów, które oglądaliśmy w latach 90. i na początku lat 2000. W czarnej społeczności życie ma w sobie wiele z horroru, a my dodawaliśmy do tego także trochę fantazji. Ale to głównie to, że jesteśmy czarni… Życie to horror. Spójrz na to, co się dzieje teraz…
YB: Poza tym jednym z moich ulubionych zespołów jest The Misfits.
MM: Wydaliście dotąd trzy albumy, ale także kilka ep-ek i mikstape’ów. Lubicie takie formy bardziej niż longplaye?
theOGM: Doceniamy wszystkie te formy. Myślę, że to wyraz wolności artystycznej, kiedy wydajesz ep-kę i mixtape. One nie rządzą się różnymi prawami. Po prostu składasz to jak chcesz i to jest wolne. A z albumem musimy być bardziej strategiczni - szczególnie, jeśli jesteśmy partnerem wytwórni płytowej. To są różnice, ale oba podejścia są fajne.
YB: Tak, oba są fajne. To kolejna rzecz rodem z Nowego Jorku - pochodzimy ery z mixtape'ów w hip hopie – wiesz G-Unit, 50 Cent…
MM: Pamiętam, że na pewnym etapie G-Unit mieli jakąś ogromną liczbę wydanych mixtape’ów.
Obaj: Mieliśmy je wszystkie!
theOGM: Hiphopowcy z naszego kręgu zawsze wypuszczali mixtape’y przed albumem, żeby go zajawić.
MM: Kończąc zatem ten wątek – będzie trzecia część „Turf Talk”?
theOGM: Tak, to jest seria, którą chciałbym, byśmy kontynuowali. To jest taka opcja, gdzie możemy stworzyć nagrania z ludźmi, z którymi zawsze chcieliśmy pracować, ale niekoniecznie takie numery działają w strukturze albumu. Poza tym możemy w ten sposób pomóc naszym ziomkom i innym artystom. Uwielbiamy tworzyć!
MM: Na wydanej w ubiegłym roku płycie „Tomorrow We Escape” pojawiają się goście: Nova Twins, Pink Siifu i Yung Skrrt w „Incline”, czy Greg Puciato w „Tapeworm”. A czyim pomysłem było zaproszenie Chelsea Wolfe do „Immortal”?
YB: To był organiczny wybór. Prawdziwy, organiczny przepływ życia, który się połączył w tej piosence. theOGM: Wracamy do tego, o czym mówiliśmy przy Bone Thugs-N-Harmony - uwielbiamy melodię i to, jak tworzymy je w naszym muzycznym świecie. Chelsea Wolfe widzieliśmy na jednym z festiwali, na którym grała przed nami. Widzieliśmy ją na scenie i stwierdziliśmy, że jej głos jest niesamowity.
MM: I nawiedzony.
theOGM: Tak, dokładnie! (śmiech). Nie wiedzieliśmy jak do niej zagadać, ale okazało się, że jeden z naszych przyjaciół się z nią zna. Przedstawił nas sobie i potem już poszło. Natomiast nagrywaliśmy to zdalnie. Ona mieszka w Sacramento, więc podesłałem jej kilka piosenek, by miała wybór. A kiedy otrzymaliśmy jej partie wokalne… To było niesamowite… I właśnie o to chodzi - o tworzenie takich momentów. Zresztą ten numer mieliśmy już gotowy od jakiegoś czasu i nie wiedzieliśmy, jak go rozwinąć, ale wiedzieliśmy, że chcemy go mieć na albumie.
MM: Tylko ja słyszę tam sample z „Space Oddity” Davida Bowiego?
theOGM: Nie wiem, o czym mówisz (śmiech).
YB: Bez komentarza (śmiech).
MM: A jak było z „Incline”?
theOGM: To dzieło Dave’a Sitka z TV On The Radio – naszego wieloletniego przyjaciela, który zawsze podsyła nam mnóstwo muzyki. Nawet jeśli jej nie używamy, podsyła nam różne rzeczy. W przypadku „Incline” było parę osób, do których wysłaliśmy ten numer, a które ostatecznie nie odpowiedziały. Zaprosiliśmy więc Pink Siifu, który przyjechał do mojego domu. Pamiętam, że zagrałem mu coś innego, ale stwierdził, że to dla niego za ciężkie, a on musi być szczery (śmiech). Podesłałem mu więc „Incline” i do niej się dograł. Wyszło świetnie. Nova Twins zawsze podziwialiśmy. Wysłaliśmy im ścieżkę, a dosłali więcej wokali, niż się spodziewaliśmy. Wybraliśmy te, które pasowały najbardziej. A Young Skrrta nagrywaliśmy w jego studiu.
MM: Dlaczego wasze ostatnie albumy są tak krótkie? Trzydzieści kilka minut to nie tak dużo.
theOGM: Żebyś mógł sobie odpalić ponownie (śmiech). W dzisiejszych czasach uwaga ludzi jest coraz bardziej rozproszona. Wychowaliśmy się na płytach, które trwały godzinę, dzisiaj myślę, że byłaby to przesada dla słuchaczy.
YB: Te 30 minut powinno wystarczyć na cieszenie się naszą muzyką (śmiech).
