Jarocy

Jarocy to projekt założony przez wirtuoza gitary – Jarka Nyckowskiego. Grupa niedawno wydała swój debiutancki album „Divided”, będący mariażem metalu, numetalu, djentu i rocka. O złożonej formule grupy i jej muzyce porozmawiałem z jej założycielem.
MM: „Divided” to debiut Jarocego. Graliście już jednak razem zdaje się w innych konfiguracjach?
JN: Z perkusistą Łukaszem Tomczakiem graliśmy razem w grupie The Nameless, z którą w 2010 roku wydaliśmy płytę „Unnamed Reflections”. To była podobna formuła, bo dużo muzyki było jego i mojej. W przypadku „Divided” jest 80% moich pomysłów, a 20% Łukasza. Zależało mi jednak, żeby zagrał na tej płycie. Jeśli chodzi o "Jankesa" (Łukasza Usydusa, basistę – przyp. MM), to tworzyliśmy razem wcześniej pod szyldem Soul Skeleton. Niestety nie zawsze rozpoznawalność idzie w parze z jakością muzyki i dlatego o grupie nie słyszało zbyt wiele osób. Łukasz jest jednak moim bliskim kolegą, więc poprosiłem go, by zagrał na tej płycie. Natomiast z wokalistą Grześkiem Kosowskim wcześniej nie współpracowałem. Przyszedł po prostu na casting i spodobało mi się to, co zrobił do kawałka „Light In The Dark” do tego stopnia, że zachowałem jego partie na płycie. Jarocy zaczął się tworzyć w 2016. W tamtym czasie nagrywałem muzykę akustyczną. A ponieważ jeden z zespołów się rozsypał, to pomyślałem, że zrobię coś nowego. Poza tym miewam takie sinusoidy, że po graniu akustycznym mam ochotę grać mocniej i odwrotnie.
MM: Długo to nagrywaliście – prawie 7 miesięcy. A komponowali?
JN: Niektóre pomysły sięgają nawet 2010 roku – tak jest z „This Is The End”, który napisał Łukasz. Sukcesywnie jednak robiłem te numery. A przed wejściem do studia jeszcze je dopracowaliśmy. Tytułowy „Divided” powstał jako ostatni, a jest pierwszy na płycie. Natomiast samo komponowanie mogłoby się zamknąć w kilku miesiącach. Ciężko jednak odmierzyć ten czas dokładnie, bo bywa tak, że coś cię zainspiruje i nagle robisz muzykę w zupełnie innym klimacie. A że nie zajmuje się tylko tym, bo jeszcze uczę grać, to trudno to jednoznacznie zamknąć w jakieś ramy czasowe. Inna sprawa, że nasz realizator Szymon Grodzki jest również dość zajętym człowiekiem. To, że całość się przeciągnęła, jest też spowodowane tym, że nie mógł nam za każdym razem poświęcać wiele czasu na raz. Zależało mi jednak, żeby nagrywać z nim w jego studiu, bo wiedziałem, jakie brzmienie jest w stanie wykręcić. Bywało tak, że nagrywaliśmy, po czym okazywało się, że kolejna sesja dopiero za 6 tygodni… Na szczęście udało się wszystko zrealizować i jesteśmy z tego bardzo zadowoleni.
MM: Ta płyta to w sporej mierze sklejka. „Order We’ll Be Fighting For”, “This Is The End”, czy “The World Is Mine”, to chyba najlepsze przykłady. Nie myślałeś o tym, by usiąść i od początku do końca napisać ten materiał ciągiem?
JN: Nie sądzę, że tak jest lepiej. Myślę, że materiał zawarty na „Divided” jest spójny i te kawałki mają wspólny mianownik. Wszystkie mają swoje smaczki i patenty techniczne, czy harmoniczne. Jest to dokładnie taka płyta, jaką chciałem zrobić w tym gatunku.
MM: W „The War Is Coming” zagrał gościnnie Pellumb Qerimi z Macedonii. Jak do tego doszło?
JN: Poznaliśmy się na konkursach gitarowych. Na jeden z nich robiliśmy sola. Bardzo mi się spodobało to, co on zrobił. Gra gęsto, ale jest w tym sporo smaku. Napisałem do niego. Posłałem mu ścieżki ze studia. Dograł swoje solo i odesłał. Uważam, że fajnie się wpasował w ten numer, bo zagrał właśnie w takim gęstym stylu. Kiedy rozpisywałem to na taby, to łapałem się za głowę, ile rzeczy tam pomieścił (śmiech).
MM: Z kolei „Fear To Be Alive” wyniknął ponoć z Twojej fascynacji noną. Małą czy wielką?
JN: Wielką w tym przypadku (śmiech). W tym akordzie mała nona nie zabrzmiałaby tak dobrze.
MM: Będzie to grali materiał z „Divided” na żywo?
JN: Tak, bardzo byśmy chcieli. Co prawda nie graliśmy jeszcze prób przed koncertami, ale pomysł jest. To nie są zawodnicy z pierwszej łapanki, więc spokojnie się odnajdą. Trzeba jednak być w formie. Jeśli nie ćwiczy się dziennie, to potem jest ciężko. Sam przegrywam sobie te numery regularnie. A granie ich na żywo to osobna sprawa, bo nie wystarczy odegrać tylko swoich partii, ale przełożyć tę muzykę na coś żywego, naturalnego. Mnie było łatwiej, bo ćwiczyłem jeszcze przed wejściem do studia – nawet po 7 godzin dziennie. Niestety jestem perfekcjonistą i zawsze mi zależy na tym, żeby wszystko było jak najlepsze. Wiele też dała motywacja Szymona. Bardzo ważne jest takie ucho zewnętrzne, które podpowie ci, co jest ok, a co nie. Taki swoisty zimny prysznic jest jak najbardziej wskazany w tym wypadku. Mimo początkowego dyskomfortu efekt finalne jest znacznie lepszy. Mam nadzieję, że na koncertach też będzie to widać i słychać.
MM: Dziękuję za rozmowę.
