Jono McCleery

WywiadGrzegorz SzklarekJono McCleery
Jono McCleery

Brytyjski songwriter i wokalista Jono McCleery wydał album "Seeds of a Dandelion", na którym znalazło się dwanaście coverów piosenek artystów, którzy z różnych powodów są dla niego istotni. Premiera płyty była pretekstem by porozmawiać z artystą.

- Twój nowy album „Seeds of a Dandelion” to kolekcja coverów. Dlaczego zdecydowałeś się na wydanie płyty z własnymi wersjami cudzych utworów?

- Potrzebowałem trochę czasu na przemyślenie, jak ma brzmieć moja kolejna płyta z autorskim materiałem. Więc nagranie albumu z coverami wydało mi się dobrym pomysłem, którego realizacja pozwoliła mi na zatrzymanie się i przemyślenie kilku spraw. Dzięki temu mogłem zaprezentować kilkanaście kompozycji, które miały wpływ na mnie wpływ jako artystę i przetestować w studio nagraniowym nowy sposób rejestracji muzyki – tym razem „na żywo”.

- Na płycie znalazło się 12 coverów piosenek, które datują się od lat 40-tych ubiegłego wieku i pochodzą z dorobku tak różnych artystów jak: Cocteau Twins, Atoms for Peace, Jeff Buckley, Tim Buckley czy Beyonce. Według jakiego klucza wybierałeś piosenki?

- Głównym zamierzeniem było zaprezentowanie jak najszerszego wachlarza stylistycznego utworów bez wykluczania jakichkolwiek gatunków muzycznych. Chciałem jedynie być szczery w stosunku do piosenek, które miały na mnie wpływ. Poza tym chciałem też zająć się artystami, którzy byli różni ode mnie pod względem stylistycznym, co z kolei ułatwiało mi nagranie coverów ich piosenek.

- Czy któraś z tych piosenek sprawiła Ci wyjątkowe problemy? Która z kolei była najłatwiejsza do nagrania?

- Utworem, który paradoksalnie był najłatwiejszy i najtrudniejszy do nagrania był „Ingenue” Atoms for Peace. Na etapie wersji demo nie wiedzieliśmy jak ten utwór wyprodukować i nie mieliśmy jeszcze nagranej sekcji smyczkowej. W tej wersji byłem tylko ja z nagraną na żywo partią gitary. Ale gdy weszliśmy do studia nagraniowego odkryliśmy, że znajduje się tam śliczna fisharmonia. Poprosiliśmy więc pianistę Steve’a Pringle’a, by zagrał ze mną trochę dźwięków na tym instrumencie. Jedna z zaprezentowanych przez niego partii trafiła do finalnej wersji piosenki, do której dodaliśmy perkusję i bas (zagrali na nich Dan See i Milo Fitzpatrick). Okazało się więc, że wchodząc do studia nagraniowego bez żadnego planu na aranżacje tych piosenek, spowodowaliśmy, że każdy miał swój twórczy wkład w powstanie tych kompozycji.


- Nagrałeś „Seeds…” zaledwie w 10 dni. Preferujesz taki szybki sposób tworzenia płyt?

- Kocham takie szybkie sesje nagraniowe. Taki sposób pracy, gdy nie masz czasu na zastanawianie się bądź refleksje jest wciągający. Musisz wtedy się zrelaksować i zobaczyć, co się wydarzy. Ale żeby tak było, muszę mieć pełne zaufanie do wszystkich moich współpracowników w studiu nagraniowym. Muszą oni rozumieć, co chcę osiągnąć i szybko się przystosować, abyśmy mogli dążyć w tym samym kierunku. I chcę powiedzieć, że przy pracy nad tym albumem miałem szczęście zmontować wspaniały zespół muzyków, w tym: Matta Kelly’ego, który zaaranżował partie instrumentów smyczkowych nagrane przez The Iskra String Quartet oraz producenta Tima Workinsa.

- Bardzo podoba mi się tytuł tego albumu - „Seeds of a Dandelion”. Jest dla mnie bardzo delikatny oraz eteryczny i idealnie pasuje do muzycznej zawartości płyty. Skąd zaczerpnąłeś ten tytuł?

- Jest to fragment tekstu z utworu „Ingenue”, który wydał mi się bardzo inspirujący. Jest tam taki fragment: "the seeds of a dandelion blow away", a zaraz potem: “If I'm not there now, physically, I'm always before you, come what may...". Ten cytat sprawił, że pomyślałem o mojej córce i o tym, jak krucha jest nadzieja. A także o tym, jak wspaniale jest mieć na coś nadzieję i jednocześnie pozostawić sprawy własnemu biegowi. Będzie to, co da nam los.

- Duże wrażenie zrobiła na mnie również piękna okładka płyty, na której widać mężczyznę i dziecko. Czy jest tam ukryta jakaś symbolika?

- Dziękuję! To portret przedstawiający mnie i moją córkę Maiyę namalowany przez Thomasa Fellowsa. Dla mnie symbolizuje on miłość, ochronę, nadzieję i jedność. A także początek nowej i wspaniałej inspiracji dla mnie.

- Wyobrażam sobie, że masz swoją filozofię artystyczną. Jaka ona jest? Co chcesz osiągnąć nagrywając muzykę?

 - Muzyka jest czymś, co muszę robić. Nie czuję zadowolenia i nie mam poczucia przynależności dopóki nie tworzę muzyki w sposób, który jest dla mnie szczery i autentyczny. Muzyka jest dla mnie pasją, ale jednocześnie i sposobem na zarabianie pieniędzy, dlatego traktowanie pasji jako zawodu jest dla mnie nieustannym wyzwaniem. Jednak dużą przyjemność sprawia mi świadomość, że w świecie bez pieniędzy nadal chciałbym robić to samo, czyli grać i tworzyć. Chcę dotrzeć do jak największej ilości ludzi, którzy mogą coś znaleźć dla siebie w moich piosenkach. Świadomość, że muzyka może pomagać ludziom na różne sposoby jest dla mnie niesamowicie ważna. Chcę nadal tworzyć muzykę, która, mam nadzieję, będzie inspirować innych, a jednocześnie dojrzewać jako artysta.

- Od urodzenia byłeś głuchy i zacząłeś słyszeć dopiero w wieku 5 lat. Jak to kalectwo wpłynęło na Twoją twórczość muzyczną? Jestem pewien, że jesteś osobą, która szczególnie powinna być szczęśliwa z tworzenia muzyki.

- I tak właśnie jest! Szczerze mówiąc, to nie mam pojęcia czy to, że nie słyszałem przez pierwszych 5 lat życia jakoś wpłynęło na to, co i jak tworzę. Czasem myślę, że ta sytuacja mogła mieć wpływ na moją izolację od innych moich rówieśników i jednocześnie wpłynąć na to, że lubię przebywać w towarzystwie ludzi. Być może to spowodowało, że wykorzystuję muzykę, by kontaktować się z innymi. Jest także prawdopodobne, że fakt, że zacząłem słyszeć dopiero w wieku 5 lat spowodował, że zacząłem "odczuwać" muzykę bardziej świadomie niż byłoby to wtedy, gdybym ją słyszał od urodzenia.


- W 2015 roku wystąpiłeś gościnnie w czterech utworach na płycie „Living Fields” Portico. Te kompozycje pokazały Twoje bardziej „elektroniczne” oblicze. Czy po tej współpracy z Portico nie kusiło Cię, by pójść właśnie w takim elektronicznym kierunku?

- Na dwóch moich płytach dla wytwórni Ninja Tune czyli „There Is” (2011) oraz „Pagodes” (2015) nieco eksperymentowałem z takimi brzmieniami dzięki współpracy z londyńskim didżejem / producentem Fybem oraz songwriterem / producentem Roycem Woodem Juniorem. Poza tym mam na koncie współpracę z innymi twórcami muzyki elektronicznej. Tak więc w tej mieszance elektroniczno-songwriterskiej czuję się komfortowo. Jednak obecnie cieszy mnie odkrywanie możliwości jakie daje rejestrowanie muzyki z pełnym zespołem, na żywo, w studiu nagraniowym.

- No właśnie, Twoja ostatnia płyta z całkowicie autorskim materiałem „Pagodes” ukazała się trzy lata temu. Masz już nowe piosenki? Myślisz o kolejnej płycie?

- Tak, nagraliśmy już kilka nowych utworów. Mam nadzieję, że płyta będzie gotowa przed końcem tego roku, a premiera odbędzie się na początku roku przyszłego. Niektóre z nowych kompozycji napisałem już kilka lat temu, ale czekałem z ich nagraniem na odpowiedni czas. Gdy po raz pierwszy próbowałem grać na gitarze i komponować, miałem w głowie pewien pomysł na płytę, którą chciałem nagrać. Teraz czuję, że jestem blisko, aby to zrobić.

- Dziękuję za rozmowę.

Powiązane materiały