Katarzyna Groniec

Po kilkuletniej przerwie Katarzyna Groniec powróciła z nowym albumem "Konstelacje". Dodatkowo artystka zadebiutowała jako pisarka książką "Kundle", której akcja jest umiejscowiona na jej rodzinnym Śląsku.
Jest to Pani pierwsza płyta od 5 lat. W tym czasie mieliśmy między innymi pandemię. Czy ten album można zaliczyć do tak zwanych płyt COVID-owych a więc takich, które powstawały w ciągu tych 3 lat izolacji?
Nie nazwałabym tego albumu płytą „pandemiczną”, raczej „pourlopową”. Część tekstów została zainspirowana książką George’a Sandersa „Lincoln w Bardo”. Wspaniale skonstruowaną powieścią, z kapitalnie nakreślonymi charakterami i świetną formą. Przetłumaczoną mistrzowsko przez Michała Kłobukowskiego. Akcja dzieje się w bardo, czyli w języku tybetańskim miejscu przejściowym między życiem a śmiercią, gdzie spotykają się dusze tuż po śmierci jedne świadome, inne zupełnie nie, tego co się z nimi dzieje. Poza książką inspiracją stało się po prostu przemijanie. Moje pokolenie widzi je wyraźniej. Znikają ludzie, których kochamy. Trudno jest się z tym oswoić i dużo potrzeba pracy, by się z tym pogodzić.
Słuchając tego krążka odniosłem wrażenie, że można zaliczyć go do „concept albumów”. Płytę otwiera kompozycja „Ku Światłu” zaśpiewany przez Panią z gościnnym udziałem Ireny Santor, zaś zamyka utwór „Lux” czyli „światło” po łacinie. Te dwie piosenki tworzą klamrę…
Tak, prawidłowo Pan to zauważył. Pracując nad tym albumem chciałam stworzyć taką konstrukcję. Generalnie układam piosenki w taki sposób, który pozwala mi myśleć o tych kompozycjach, jako o składowych większej całości.
Wspomniała Pani o wątku odchodzenia i przemijania. Tutaj uwagę zwraca kompozycja „Ballada o Evelyne McHale” opowiadająca o „najpiękniejszym samobójstwie”. Skąd pomysł na przypomnienie tej tragicznej historii?
Surfując w internecie w poszukiwaniu zagadnień związanych z bardo, od jednego kliknięcia do drugiego dopłynęłam do słynnego zdjęcia Evelyne McHale. Fotografii wykorzystanej przez Andy’ego Warhola. Zaczęłam czytać o tej tragedii: o życiu Evelyne, domniemanych przyczynach jej samobójczego kroku. To smutna historia, Evelyne była 23-letnią dziewczyną, za miesiąc miała wyjść za mąż. Prawdopodobnie z lęku, że dosięga ją psychiczna choroba jej matki wjechała na 86 piętro Empire State Building i skoczyła. Spadła na dach limuzyny zaparkowanej przed budynkiem. Przypadkowo przechodzący fotograf zrobił zdjęcie jej ciała tuż po upadku.
Zwróciłem uwagę także na kompozycję tytułową, która brzmi trochę jak swojego rodzaju Pani „deklaracja programowa”…
Tak. Mogłabym ją tak nazwać. „Konstelacje” zostały zainspirowane wspomnianą książką „Lincoln w Bardo”, wędrówką dusz. Nie wiemy czy wracamy jako ułamek świadomości do większej macierzy świadomości. Po zniknięciu z życia być może stajemy się wszystkim i niczym choć na pierwszy rzut oka - to wykluczające się sprawy. To wielka tajemnica.
Jest to utwór skomponowany przez Basię Wrońską, którą pamiętamy chociażby z grupy Pustki czy Ballad i Romansów….
Basia ma swój bardzo charakterystyczny sposób pisania piosenek. W jej piosenki wpisana jest „basina” harmonia z pogranicza klasyki i popu. Jej własna pieczątka, znak rozpoznawczy. Jest artystką osobną.
W utworze „Ku Światłu” zaśpiewała Pani z Ireną Santor. Jak doszło do tej kooperacji?
Pani Irena przyjechała specjalnie na mój występ z Warszawy do Białegostoku. Graliśmy „Niektóre sytuacje”, raczej opowieść teatralną, a nie koncert. Opowieść z trudnymi aranżacjami z punktu widzenia tradycyjnego odbiorcy za jakiego miałam panią Irenę. Okazało się jednak, że pani Irena nieustająco poszukuje, odkrywa, jest otwarta na nowe doświadczenia, pełna energii. Wskoczyła w tę opowieść bez problemu. Po tym spotkaniu zaprosiłam panią Irenę do zaśpiewania refrenu w piosence „Ku światłu”. Ku mojej radości zgodziła się i tak jak myślałam przepięknie go wykonała. Spędziliśmy w studio kilka godzin, przy okazji rozmawiając o różnicach nagraniowych kiedyś i dziś. Ponieważ sama pamiętam czasy nagrywania na taśmę i komplikacji z tym związanych - było co wspominać. A w studio sztafeta pokoleń. Od realizatora dwudziestoparolatka po wspaniałą osiemdziesięciokilkuletnią artystkę przez wielkie A.
Niemal równocześnie z premierą nowego albumu zadebiutowała Pani jako pisarka. Ukazała się bowiem książka „Kundle” umiejscowiona na Górnym Śląsku, z którego Pani pochodzi. Skąd decyzja o tym pisarskim debiucie?
Z potrzeby pisania. Osadziłam akcję swojej książki na Śląsku, bo jestem ze Śląska. Urodziłam się w Zabrzu, w Gliwicach spędziłam 18 lat życia od dzieciństwa aż po wczesną młodość. Dla mnie Śląsk jest piękny. Ma klimat.
Co pokazują chociażby filmy Kazimierza Kutza.
Tak. Polecam też bardzo poetycki film Lecha Majewskiego „Angelus” z 2000 roku, nakręcony z ujmującym poczuciem humoru. Opowiada o Grupie Janowskiej, grupie malarzy-prymitywistów. Ale wracając do poprzedniego pytania: Śląsk jest krainą mojego dzieciństwa. Zawsze lubiłam baśnie, a śląskie opowieści obfitują w gawędy o strzygach i utopcach. Tak więc moja książka choć nie jest ani o strzygach ani o utopcach jest zdecydowanie poetycko-baśniową opowieścią o losach ludzi, o ich żmudnym życiu. Czas nie płynie w niej linearnie. Narratorem jest wyższa instancja, obserwująca ludzi, znająca przyszłość, znająca przeszłość. Ktoś kto nie pomaga i nie przeszkadza, po prostu widzi.
Czy planuje Pani kontynuować karierę pisarską?
Chciałabym. Wierzę w to, że jakiś temat mnie wciągnie i będę mogła pisać, bo tworzenie „Kundli” sprawiło mi ogromną radość. Chciałabym jeszcze pobyć sama ze sobą w świecie słów.
Dziękuję za rozmowę.
Foto: Alex Lou Kaczkowska


