Krystyna Stańko

Uznana trójmiejska wokalistka jazzowa, dziennikarka i pedagog Krystyna Stańko zaprosiła nas na nowej płycie "Eurodyka" na podróż po wybranych miastach Starego Kontynentu. O koncepcie tego albumu opowiedziała nam w wywiadzie.
GS: Pani nowa płyta jest zatytułowana „Eurodyka” co od razu nasuwa skojarzenie z greckim mitem o Orfeuszu i Eurydyce. Czy istnieje związek między tytułem albumu, a tym mitem?
KS: Początkowo takiego połączenia nie było. Ale im dłużej z tą płytą przebywam i im więcej o niej rozmawiam, zaczynam zauważać, że jest na niej dużo tematu śmierci, odchodzenia i smutku. W utworze „Malaga” zwracam się do mojej przyjaciółki – kompozytorki Joli Zdechlikiewicz, która niedawno zmarła. Była entuzjastką muzyki współczesnej i życia. Czasem udało się nam wspólnie podróżować, a ta płyta jest właśnie taką podróżą. Są to pocztówki z różnych miejsc, bardziej nastrojów, niż opowieści o miastach.
GS: Skąd wzięła Pani pomysł na taki właśnie koncept płyty czyli podróże po miastach?
KS: Robiłam sobie szkice i nagrywałam z gitarą różne piosenki. Właściwie tylko dla siebie. Gdy zaczynał dojrzewać pomysł na nowy album pomyślałam sobie, że muzycy z mojego zespołu będą również komponować utwory. Podczas mojego pierwszego spotkania z Dominikiem Bukowskim pokazałam mu moje szkice, z pewną nieśmiałością. On zareagował z zapałem, pomysły mu się spodobały i powiedział, że trzeba działać. I tak zaczęła się rodzić koncepcja, że album będzie wyprawą po Europie, ale też hołdem dla tego kontynentu. Jestem totalnie zakręcona na punkcie Europy. W ogóle jakoś mnie nie ciągnie do Azji, czy Ameryki Północnej. W Europie, niemal na wyciągnięcie ręki mamy tyle wspaniałych miejsc i zabytków… tyle piękna. Poza tym ostatnio napawało i napawa mnie troską to, co się dzieje w Europie. Odradzają się ruchy nacjonalistyczne, jest coraz więcej nienawiści, a przecież nasz kontynent był i jest w moich oczach bardzo otwarty oraz postępowy. I taką Europę chciałabym widzieć z punktu widzenia nauczyciela akademickiego. Widzę, jakie są możliwości wymiany myśli, grania z artystami z różnych krajów. Dla młodych ludzi to rzecz naturalna, ale pamiętam czasy, gdy było to marzeniem nie do spełnienia.
GS: Według jakiego klucza dokonała Pani wyboru miast?
KS: Był to wybór nieco intuicyjny. Po prostu zapamiętałam, że w tych miejscach nastrój był specyficzny. Ale na przykład piosenka o Lwowie nie opowiada o tym mieście, lecz o wojnie w Ukrainie. Chodzi w niej o słowa wypowiedziane z perspektywy kobiet-matek. Gdy Dominik napisał tę kompozycję, od razu miałam takie skojarzenie. Tym bardziej, że pamiętam moją wyprawę do Lwowa, odwiedzenia cmentarza Orląt Lwowskich. To była bardzo wzruszająca podróż.
GS: Zaczynając przygodę z tą płytą można się spodziewać, że usłyszymy w nich elementy muzyki kojarzące się z danymi krajami. Jednak tak naprawdę lokalne brzmienia słychać w czterech kompozycjach: „Porto”, „Oslo”, „Split” i „Malaga”. Czy nie kusiło Pani, aby wejść bardziej w dźwięki kojarzące się z danymi miejscami?
KS: Nie. Unikam takich stylizacji. Myślę, że tu na północy mamy specyficzny klimat, dlatego tak dobrze współpracuje się nam z ludźmi z Norwegii, czy Szwecji (śmiech). Gdy robiłam płytę z muzyką brazylijską, to nie miałam zamiaru robić muzyki brazylijskiej „po brazylijsku”. Jedynym akcentem było zaproszenie Ze Luisa Nascimento, który dał nam ten szczególny flow w rytmie. On wiedział, że nie będziemy grali jak Brazylijczycy i my też nie chcieliśmy tego robić. To byłoby sztuczne, a nawet śmieszne. Graliśmy tak, jak czujemy tę muzykę – z całą estymą i miłością do niej.
GS: W kilku utworach dała Pani pole do popisu swoim muzykom. Czy taki był Pani zamiar od początku?
KS: Tak. Mój zespół jest dla mnie bardzo ważny. Zawsze podczas koncertów poświęcam im dużo czasu. Uważam, że wspólna kreatywność na gruncie zarówno muzyki, jak i stosunków międzyludzkich niesie energię, która nas nakręca. Dla mnie jest cenne to z kim gram, jacy to są ludzie, jakie mam z nimi relacje. Jadąc na koncert spędzamy ze sobą więcej czasu, niż będąc na razem na scenie.
GS: Podczas pracy nad tą płytą, gdy dawała Pani muzykom przestrzeń, to do Pani należały ostateczne decyzje?
KS: To jest tak, że mam pewne koncepcje, jak mają brzmieć utwory. To jest płyta piosenkowa. Utwory są krótkie. Na moich wcześniejszych płytach są rozbudowane solówki. Tym razem zależało mi na tym, by ta historia była opowiedziana w skomasowany, że tak się wyrażę, sposób. Zawsze chcę zostawić pole dla słuchacza, a tym razem zależało mi, by były to dosyć krótkie i zwarte formy piosenkowe. Do mnie należały ostateczne decyzje, ale słucham muzyków, bo uważam, że ich potencjał w zespole jest ogromny. Dominik Bukowski jest wirtuozem wibrafonu. Podczas nagrywania tej płyty bardzo zależało mu na urozmaiceniu brzmienia. Słychać takie instrumenty jak marimba i kalimba, jest xylosynth, czyli także trochę elektroniki. Mamy gitarę basową i kontrabas. W niektórych kompozycjach chciałam, by był kontrabas, szczególnie tam, gdzie wiedziałam, że będzie „grał” smyczek. Wiedziałam, że Michał Bąk jest muzykiem, który ma klasyczne wykształcenie i jego grę cechuje wrażliwe podejście do rozgrywania melodii oraz pracy z dynamiką. Niewykorzystanie potencjału tych instrumentalistów byłoby grzechem. Można mieć swoje koncepcje, ale trzeba do tych koncepcji wpuścić trochę powietrza. A wtedy możemy się spodziewać, że wydarzą się rzeczy cenne, ale tkwiące w szczegółach i niuansach.
GS: Wspomniała Pani o elektronice. Czy wyobraża Pani siebie w takim projekcie jak na przykład Skalpel?
KS: Wyobrażam siebie w wielu różnych projektach. Jestem bardzo otwarta (śmiech). Mam na koncie różne projekty, jak na przykład: album z utworami Petera Gabriela w opracowaniach jazzowych. Była płyta „Kropla Słowa” z poezją polską z autorskimi kompozycjami i aranżami. Nagrałam płytę z orkiestrą z aranżacjami Krzysztofa Herdzina. Tak więc nie zamykam się w szufladkach i nie chcę się zamykać. I dlatego ta nowa płyta jest bardziej „etniczna”. Nie chciałam, by ten album był nagrany według klucza: temat/solówki/i tak dalej. Uwielbiam to, ale w przypadku „Eurodyki” taki był właśnie zamysł, że płyta będzie podróżą. Podczas podróżowania uwielbiam słuchać i nagrywać brzmienia miast, oddalone rozmowy , odgłosy zwierząt, cykad. Bardzo żałuję, bo miałam świetnie nagrane cykady z ogrodu botanicznego na wyspie Hvar. Chciałam je zsamplować w którejś z kompozycji, nie zrobiłam tego, więc będzie musiała powstać druga część „Eurodyki” (śmiech).
GS: A myśli Pani o drugiej części tego albumu?
KS: Czemu nie? To jest wciągający temat.
GS: Czy wyobraża sobie Pani przeniesienie tej płyty w wersji koncertowej do jednego z tych miast i zagranie jej z lokalnymi muzykami?
KS: Jasne! Co prawda nie mam na razie takiego planu, ale mogłoby to być ciekawe.
FOTO: Marta Rzepka




