Kurt Vile

Kurt Vile to artysta płodny, ambitny i nie specjalnie przejmujący się tym, co dzieje się w świecie najnowszych trendów muzycznych. Spokojnie penetruje swoją indie rockową przestrzeń, wzbogacając ją jednak o elementy z bliskich muzycznych bajek. Nie inaczej jest na wydanej w ubiegłym roku płycie „Bottle It In”, na której nie brakuje nawet odniesień m.in. do country, czy Toma Petty’ego. Podczas kwadransa rozmowy opowiedział nam o najważniejszych momentach tego albumu i artystach, którzy go inspirują. Wyjaśnił także, czym będzie się różnił jego koncert, który za parę dni da ze swoją grupą The Violators w warszawskiej „Proximie”, od poprzednich, które zagrał w naszym kraju.
MM: Płyta „Bottle It In” jest dość optymistyczna, choć wiem, że Twoimi ulubionymi utworami na niej są te najbardziej melancholijne utwory. Co zatem sprawiło, że ten album jest taki ‘przyjemny’?
KV: Nie jestem pewien, czy rzeczywiście ten album jest tak ‘przyjazny’ (śmiech). Uważam, że jest mieszanką różnych nastrojów, które czynią go ciekawszym. Jest wiele rzeczy w życiu, za które jestem wdzięczny, które dają mi szczęście i radość. Ale są też takie, które mnie przerażają… Utwór tytułowy traktuje na ten temat.
MM: Może masz rację – optymistyczna, to nie jest w pełni oddające określenie tej płyty. Chodziło mi raczej o to, że ta muzyka nie czyni smutnym i nie sprawia, że słuchacz czuje się źle, a wręcz przeciwnie.
KV: Uroczo (śmiech). Bardzo dziękuje, ale wierz mi – wyszło to zupełnie niezamierzenie.
MM: Twierdzisz, że Twoje płyty mają być rozwinięciem tego, jak gracie na żywo z The Violators. „Bottle It In” jest najdłuższą płytą w Twojej dyskografii. Czy to znaczy, że cel został osiągnięty?
KV: Zdecydowanie część utworów spełnia ten cel, właśnie dlatego, że są to długie kompozycje. Do tego staraliśmy się je nagrać możliwie najlepiej na żywo, jak tylko się da. Tworząc te najdłuższe numery na płycie, a więc utwór tytułowy, „Bassackwards” i „Skinny Mini”, nie miałem pojęcia, że będą one tak długie (każda ma około 10 minut – przyp. MM). Ich wydźwięk okazał się jednak znacznie głębszy, bo grając je, zaczęły wychodzić z nas jakieś demony, pojawił się silny element duchowy… Uchwyciliśmy to na płycie. Podczas koncertów uzyskujemy to naturalnie, bo udziela nam się energia publiczności i miejsca, w którym gramy.
MM: Wspomniałeś „Bassackwards”, który w tekście przywołuje opisy różnych sytuacji, w których nie wszystko idzie zgodnie z planem. Pod koniec śpiewasz: Everything moving out. Sądzisz, że wszyscy się cofamy?
KV: O, zdecydowanie w różnych aspektach ludzie, w ogóle cały świat się cofa. Zobacz, co dzieje się w polityce… Zresztą napisałem ten utwór z przesłaniem bardziej uniwersalnym, dlatego właściwie można go odnieść do dowolnej sytuacji. Poza tym chodzi tu o pewną grę słów. Nie słyszałem bowiem, by ktokolwiek używał słów „back” i „ass” w takim zestawieniu (śmiech).
MM: Wymieniłeś także “Skinny Mini”, które jest w pewnym sensie apogeum całej płyty. Brzmi trochę jak mantra za sprawą tego powtarzającego się motywu gitarowego. Chciałem Cię zapytać o kobietę, o której opowiadasz w tekście tego utworu, bowiem zdaje się mieć ona bardzo odmienne cechy?
KV: (śmiech) To piosenka opowiada o mojej żonie. Ona wykazuje właśnie takie różnorodne cechy. Bardzo ją kocham, choć bywa dzika, a nawet agresywna, ale nie w bardzo złym tego słowa znaczeniu. To bardzo interesująca osobowość (śmiech).
MM: Z kolei “One Trick Pony” brzmi jak hołd dla Toma Petty’ego. Miałeś okazję go poznać?
KV: Prawie. Niewiele brakowało, a poznałbym Toma Petty'ego. Najpierw jego menedżer zaproponował nam koncerty w roli supportu, ale niestety mieliśmy już wcześniej zabukowaną swoją trasę. Potem dostaliśmy przepustki koncert w Filadelfii i na backstage po jednym z jego koncertów. Kiedy weszliśmy za kulisy, okazało się, że Tom z zespołem już pojechali do następnego miasta... Musiałem zadowolić się jedynie koncertem… Powiem Ci, że dopiero teraz, gdy o tym mówisz, zaczynam się zastanawiać na „One Trick Pony”, bo rzeczywiście ten numer brzmi popowo, ale właśnie w stylu Toma Petty’ego. Odbieram to jako komplement, bo nikt wcześniej nie zwrócił na to uwagi, ale wiem, co masz na myśli. Nie było to jednak zamierzone. Tom Petty to ikona. Miał niebagatelny wpływ na moją twórczość, zwłaszcza na początku mojej drogi. Wróciłem do jego muzyki po jego śmierci i ponownie ją odkrywam. Odszedł zbyt wcześnie…
MM: To prawda. Skoro wspominasz Toma Petty’ego, to oprócz niego oraz wpływu Boba Dylana, słyszę w Twojej muzyce także trochę Lou Reeda. Jesteś jego fanem?
KV: Jak najbardziej. Trafiłeś w sedno, bo Lou Reed to najwcześniejsza z moich klasycznych inspiracji. Byłem nastolatkiem, kiedy zagłębiłem się w jego twórczość maksymalnie. To jedyny artysta, którego wszystkie płyty w tamtym czasie kupiłem. Miałem kilka krążków Dylana, czy Neila Younga, ale to Lou Reed był najważniejszy na początku. Początkowo traktowałem wszystkie jego płyty na równi, bo wszystkie bez wyjątku uważałem za wspaniałe. Dopiero z czasem zacząłem wyróżniać z niektóre z nich.
MM: Na płycie znalazła się również Twoja wersja “Rollin’ With The Flow” – utworu nagranego w latach siedemdziesiątych przez T.G Shepparda, a napisanego przez Jerry’ego Hayes’a. Co było powodem sięgnięcia po tę kompozycję?
KV: Charlie Rich. To jego wersja była moją główną inspiracją. On uczynił ją popularną. Na przestrzeni lat grałem mnóstwo różnych coverów piosenek country, których nigdzie nie wydałem. „Rollin’ With The Flow” była jedną z tych, które zagraliśmy z The Violators podczas przerwy w nagraniach. Poza tym wiedziałem, że nikt z mojego świata muzycznego nie weźmie na warsztat tego numeru (śmiech). Chciałem po prostu wyrazić tym numerem swoją miłość do muzyki country.
MM: 19 czerwca zagrasz w Warszawie. Nie jest to Twoja pierwsza wizyta w Polsce. Grałeś już wcześniej na Off Festivalu w 2012 roku i na Openerze w 2016 roku. Pamiętasz te koncerty?
KV: Nawet bardzo dobrze, bo pierwszy z nich rzeczywiście był pierwszy i był na takim bardzo wysublimowanym alternatywnym festiwalu, a drugi odbywał się nad morzem. Teraz natomiast wreszcie zagram koncert klubowy, który różni się od sztuk festiwalowych, bo gram co chcę i ile chcę, więc czekam z radością na ten występ.
MM: Dziękuję za rozmowę.
Foto: Jo McCaughey



