Liroy

WywiadMaciej MajewskiLiroy

25 marca w gliwickiej „Arenie” odbędzie się koncert „The Legend”, na którym wystąpią po raz pierwszy razem legendy polskiej muzyki hiphopowej Liroy i Peja wraz zaproszonymi gośćmi. Na tę okoliczność spotkałem się z Liroyem, który opowiedział mi o pomyśle i idei samego koncertu oraz o kilku kwestiach związanych z jego wydawnictwami.

MM: Koncert „The Legend” jest reklamowany jako zażegnanie konfliktu z Peją. A jak doszło do pojednania?

Liroy: To się odbywało w paru etapach na przestrzeni lat. Jak tylko zaczął się ten konflikt, okazało się, że mamy wielu wspólnych znajomych. W międzyczasie usłyszałem, że Rysiek zamierza przyjechać na koncert do Kielc w 1997 lub 1998 roku. Przyjechał i wyjaśnił ze sceny całą sytuację itd. Natomiast osobą, która nas skonfrontowała, był śp. Bolec. Kumplowałem się z nim od dawna. Na pewnym etapie był przyjacielem mojego domu. I to on zaproponował, by zakończyć ostatecznie ten konflikt z Rychem. Odbyło się to podczas… oddawania krwi. Wówczas mogliśmy spokojnie pogadać i wyjaśnić sobie wszystkie sprawy. Od tamtego momentu co jakiś czas się widywaliśmy przy różnych okazjach. Później kontakt się nasilił po pamiętnym koncercie Rycha w Zielonej Górze. Wyszedłem wtedy trochę przed szereg i wstawiłem się za nim. To zresztą była mocna akcja, bo wrzuciłem info na moje sociale wieczorem, a rano zaczęły się telefony od Hirka Wrony i mnóstwa innych osób ze środowiska, a skończyło się wieczorem tego samego dnia wizytą TVN. Media zwykle podkręcają tego typu wydarzenia. Sam zresztą podobnych konfliktów wielu nie miałem. Natomiast od jakiegoś czasu zaczęliśmy planować z Ryśkiem wspólne spotkanie na scenie, żeby ludzie wreszcie zrozumieli, że żadnego konfliktu między nami nie ma. Największy pomysł mieliśmy tuż przed pandemią, kiedy to chcieliśmy zrobić koncert-niespodziankę w Kielcach. To miałoby dość symboliczny wydźwięk, bo Rychu znów zagrałby właśnie w Kielcach. Wtedy wszedł lockdown i wszystko poszło na dno. Zresztą nie tylko ten pomysł upadł, bo planowaliśmy też koncerty z Kalibrem 44 i ze Wzgórzem Ya-Pa 3 - takie powroty po latach. Ostatnią trasę zagraliśmy wspólnie w 1995 roku. Zresztą Kalibra poznałem dzięki ich demówkom na początku tego samego roku i kompletnie odjechałem. Oni wtedy byli znani tylko na Śląsku, dlatego wpadłem na pomysł, żeby włączyć ich do naszych koncertów ze Wzgórzem. Do tego kręciliśmy z moją ekipą film dokumentalny o tym, jak rodziła się kultura hiphopowa w Polsce. Nosił tytuł „Polski Bronx” i jest do obejrzenia na YouTube. Początkowo ten film miał być o mnie, co już wtedy nie było zbyt dobrym pomysłem (śmiech). Dlatego postanowiłem pokazać rodzącą się scenę i właśnie po raz pierwszy Kaliber 44. Film oczywiście od razu został zakazany… To były fajne czasy.

MM: A czy „The Legend” robicie z tą samą ekipą, z którą planowaliście te koncerty przed lockdownem?

Liroy: Zupełnie nie. Ten koncert organizują ludzie, którzy dotąd organizowali duże imprezy stadionowe z Monster Truckami. Przyszli do mnie z pomysłem takiego koncertu. Od razu więc zaproponowałem Wzgórze i Peję. I to jeszcze nie jest koniec.

MM: I właśnie do tego chciałem nawiązać, bo line-up wydaje się z jednej strony oczywisty, ale z drugiej - skoro jesteście z Peją niejako głównymi postaciami tego przedsięwzięcia, to przyszło mi do głowy, że moglibyście przecież zaprosić… Ice’a-T.

Liroy: Nie powiem nie, nie powiem tak. Jestem w kontakcie z Ice-T i Erniem-C od początku realizacji tego koncertu. Wszystko zależy od planów Ice’a-T, bo on kręci serial („Prawo i porządek – przyp. MM). Ale mam też w zanadrzu kilka innych niespodzianek.

MM: 2 lata temu wznowiłeś „Alboom”. A co zresztą Twojego katalogu?

Liroy: Kolejne płyty zaczną się wreszcie regularnie ukazywać. Będę je wrzucał w dropach – cyfrowych i fizycznych. Nagrywam je w zasadzie od nowa. Chcę, żeby to lepiej brzmiało, niż w czasach BMG. Zresztą miałem z nimi genialną umowę. Pierwszy kontrakt podpisałem jeszcze przed wydaniem pierwszej ep-ki, który tuż przed wydaniem „Alboomu” na moje szczęście zerwali, by następnie podpisać nową umowę, korzystniejszą dla mnie. Po wydaniu okazało się jednak, że jej nie dopełnili, nie wywiązując się z wielu spraw, więc ostatnia umowa dawała mi pełną wolność artystyczną z zachowaniem wszystkich dotychczasowych praw autorskich. O to mi od samego początku chodziło. Stąd też nigdy nie przedstawiałem wytwórni demówek, tylko od razu całą płytę. Na przykład „Bestsellera” (wydanego w listopadzie 2001 r – przyp. MM) usłyszeli na równi z słuchaczami, czyli w dniu wydania.

MM: Sam wróciłbym np. do płyty „Dzień Szaka-L’a (Bafangoo, część 2.)” – bardzo długiej zresztą.

Liroy: Tak, bo 1999, to był bardzo długi rok dla mnie. Dużo się wtedy działo. Ciekawa płyta, sporo ludzi lubi. Tam wróciła klasyka, sample z Chopina. W tamtym czasie zrobiłem też nagranie na płytę producencką Malcolma McLarena, więc siedziałem w tych nokturnach. Zresztą na nokturnach Chopina miało być oparte całe „Bafangoo”. Miałem też plan, by otworzyć firmę z bankiem sampli, bo posiadałem ich sporo i bardzo dużo też kupiłem, będąc w Stanach, gdy zgłaszałem się po sample z myślą o kolejnych produkcjach. Tymczasem, jak posłuchasz moich płyt, to na wszystkich kolejnych nagrywałem partie żywych instrumentów, które zapętlałem.

MM: W informacji prasowej jest napisane, że będziecie z Peją występowali z zespołami.

Liroy: Tak, mamy opcję występu z DJ-ami i z zespołem. Ja od dawna występuję z muzykami. Najczęściej gram z zespołem Hope. Poza tym planuję set łączony z DJ-ejem. Zależy mi, żeby to było świeże, więc muzycznie będzie kilka niespodzianek. Wszystko też zarejestrujemy na video. Do tego będzie ogromna strefa konopna, na której będzie moja marka LiRoyal. Będzie też duży after, który będzie jakby osobnym wydarzeniem. To będzie wielki hołd dla hiphopu. To będzie międzypokoleniowa impreza, bo z tego co wiem, wybierają się ci, którzy bywali na moich koncertach na początku razem ze swoimi dziećmi. Zajmuję się tym od 40 lat, co jest jakimś kosmosem. Przez pierwsze 10 lat była kompletna pustynia pod tym względem. Było kilku b’boyów i grafficiarzy, ale raperów nie było w ogóle. Dlatego sporo osób się pojawi na „The Legend”, na który serdecznie zapraszam!

MM: Dziękuję za rozmowę.

FOTO: MamAparat