Maciej Gołyźniak (Meller/Gołyźniak/Duda)

WywiadGrzegorz SzklarekMaciej Gołyźniak
Maciej Gołyźniak (Meller/Gołyźniak/Duda)

W połowie listopada ukazała się płyta polskiego super trio rockowego, w skład którego wchodzą: gitarzysta Maciej Meller (ex-Quidam), perkusista Maciej Gołyźniak znany ze współpracy z Sorry Boys, Natalią Nykiel i Brodką oraz Mariusz Duda (Riverside, Lunatic Soul). O powstaniu płyty "Breaking Habits" opowiedział nam Maciej Gołyźniak.

- Jak doszło do współpracy Macieja Gołyźniaka, Macieja Mellera i Mariusza Dudy?

- Z Maciejem Mellerem znam się i przyjaźnię od wielu lat. Kilka lat temu, kiedy klarowała się Jego decyzja o odejściu z Quidam, coraz częściej mówiliśmy o muzyce jako czymś, co można by spróbować robić wspólnie. I Maciej i ja, mieliśmy popisane szkice, które z różnych powodów nie znalazły jak dotąd miejsca w rodzimej działalności. I tak się zaczęło, wymianą plików z pomysłami. Maciej dopisywał melodie do gotowych już partii bębnów i odwrotnie, ja „pisałem” bębny do kompozycji Maćka. Potem, kiedy mieliśmy już zadawalające nas dźwięki, Maciej zaproponował Mariusza Dudę, z którym od lat się przyjaźnił jako wokalistę, tym samym też jako basistę. I poszło.

- Od początku waszej współpracy planowaliście nagrać płytę?

- Nie, początkowo w planach była 1-2 kompozycje z Mariuszem. Tyle czasu chciał temu poświęcić. Raczej gościnny udział. Potem myśleliśmy o ep-ce, ale ten format Mariusza nie interesował. Zaproponował, że jeśli już mamy włożyć wysiłek w tworzenie muzyki, to nagrajmy album. W pewnym momencie okazało się, że tego materiału jest więcej niż się spodziewaliśmy. Jednak obłożenie naszych kalendarzy oraz smutne i nieodwracalne wydarzenia, jakie nas spotkały w mijającym roku, wpłynęły na to, że proces wydawniczy się przeciągał. Materiał powstał szybko, dwa dni prób, trzy dni w studio i trochę ponad tydzień miksów. Ale terminarz Mariusza i wspomniane wydarzenia, nie pozwoliły zrobić tego wcześniej. Na teksty i tym samym wokale przyszło nam poczekać długo, ale było warto bez dwóch zdań.

- Album „Breaking Habits” ma „przybrudzone”, oldschoolowe brzmienie. Czy powstało ono podczas sesji nagraniowych czy też tak planowaliście brzmieć już od samego początku Waszej współpracy?

-Jest mi trudno odpowiedzieć na to pytanie. Myśmy wcześniej w ogóle ze sobą nie grali. Gdy spotkaliśmy się na dwóch próbach, nie mieliśmy pewności, czy nam „zapali”. Czy muzyka się pojawi. Gdy już zagraliśmy te dwie próby i zaplanowaliśmy stworzyć nieco muzyki, dość twardo obstawałem przy tym, by zarejestrować ją na tak zwaną „setkę” czyli w stary, sprawdzony sposób grając ze sobą razem w studio. I to się udało zrobić. Sądzę, że właśnie to, że nagraliśmy te kompozycje na żywo, otworzyło drogę dla takiego właśnie brzmienia. Jestem zwolennikiem teorii, że na to brzmienie wpłynął Maciej zainspirowany organicznym brzmieniem moich bębnów. To jest Maciek Meller, jakiego nie znamy z Quidam. No, może trochę takiego riffowego grania było na „Saiko”, ostatniej płycie tego zespołu. Mariusz także dołożył swoją porcję „brudu” a to grając na przesterowanym basie, a to modulując głos. Zresztą podziwiam sposób, w jaki on śpiewa i akompaniuje sobie na gitarze basowej, to stara dobra szkoła i naprawdę duża umiejętność, narzucająca pewien sznyt grania. Istotne znaczenie dla brzmienia „Breaking Habits” miały także takie elementy jak: dobór pomieszczenia, w którym była nagrywana ta płyta, użyte mikrofony, pre-ampy, a także ludzie, którzy współpracowali z nami przy produkcji tego materiału. Michał Wasyl - realizator z RecPublica Studios, wszedł w mój pomysł na brzmienie gładko i z wielką pasją. Otwartość i brak hamulców to dwa dobrze opisujące tą sesję słowa. Oraz Robert Szydło, który zmiksował i masterował album i w wersji CD oraz specjalnie na winyl. Przy okazji, moją idee fixe było nagranie płyty pod konkretny, winylowy nośnik. Każdy ruch wykonany przez nas w studio i później na miksach, był kierowany brzmieniem czarnej płyty. Robert (Szydło - red.) oddał nasze intencje znakomicie. To czynny, znakomity basista (Mikromusic - red.), jego interakcja i zrozumienie pomysłu, było wzorcowe. Nie tylko rozumiał istotę założenia, ale też przeniósł ją w ekspresowym tempie na najwyższy level. W każdym aspekcie praca z Robertem to była wielka przyjemność i bezcenna lekcja.

- Czy w trakcie sesji nagraniowych panowała wśród Waszej trójki demokracja czy też któryś z Was był takim „przewodnikiem stada”?

- To w ogóle nie działo się w ten sposób. Spotkaliśmy się mając do siebie ogromne zaufanie i świadomość tego, że każdy z nas ma duże doświadczenie. Wchodzenie w jakieś wyznaczone role nie przyniosłoby żadnego efektu. Każdy z nas miał potrzebę zrobienia czegoś „na boku” i skorzystania z doświadczeń pozostałej dwójki, nie chcieliśmy się niczym ograniczać, poza sposobem nagrania i realizacji. Trudno mówić, że ktoś w tym projekcie przewodził. Każdy z nas zajmował się czymś innym. Mariuszowi zostawiliśmy kwestie artystyczne takie jak na przykład kolejność utworów na płycie, warstwa liryczna ze zrozumiałych względów. On ma do tego niesłychane wyczucie. Z kolei koledzy zaufali mi w kwestiach nazwijmy to - technicznych, takich jak na przykład praca przy miksach, przebieg pracy w studio i to jak ona ma wyglądać, żeby osiągnąć zakładane brzmienie. Maciej (Meller - red.) z kolei, poza oczywistymi kwestiami artystycznymi czyli grą na gitarze, współkomponowaniem, przyczynił się do tego, że wszystko zostało sprawnie i znakomicie zorganizowane, to by się bez Maćka na pewno nie udało. 

- Tytuł „Breaking Habits” odnosi się do tego zerwania przez Was z dotychczasowymi „nawykami” muzycznymi czy też ma on jeszcze jakieś znaczenie od strony tekstowej?

- Musiałbyś o to zapytać Mariusza, to on jest autorem tekstów na tym albumie. Tytuł powstał na samym końcu, gdy płyta była już gotowa i gdy już wiedzieliśmy, że rzeczywiście wszystko zrobiliśmy inaczej niż do tej pory robiliśmy. Mariusz to pięknie ubrał w słowa i hasło „Breaking Habits” rzeczywiście idealnie oddaje to, o co chodzi w tej płycie. 

- Planujecie promocję koncertową tego albumu?

- Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Odnieśliśmy swego rodzaju sukces z tą płytą, gdyż mamy informację, że całkiem dobrze się ona sprzedaje, mamy znakomite recenzje i w kraju i za granicą. Wszystko to bardzo nas cieszy, bo w żadnym razie na to nie liczyliśmy. Pomimo tego, nie ma na granie koncertów planów. Mariusz przebąkuje, że on widziałby ten projekt w wersji live. Jest to oczywiste, bo formuła tego projektu jest do grania koncertów idealna. Jednak wiosną powróci Riverside w nowej formule, fani czekają na ten moment zatem na pewno Mariusz będzie zajęty. Z końcem stycznia ruszam w trasę „Roma” z Sorry Boys, to ponad 20 koncertów. Trudno powiedzieć co będzie, ale chwilowo nie ma raczej szans na Meller / Gołyźniak / Duda w wersji live. Ale ponieważ ewentualne koncerty mogłyby być naprawdę rozwijające, nie mówimy nie.

- Myślisz, że nagracie jeszcze kolejną płytę?

- Nie wiem, ale nie mówię „nie”. Jak już wspomniałem: była i jest między nami pozytywna, twórcza energia. Jestem jednak realistą i wiem, że największym problemem mogą być nasze kalendarze, a zwłaszcza kalendarz Mariusza i nadchodząca reaktywacja Riverside. Czas pokaże. 

-Dziękuję za rozmowę. 

Powiązane materiały