Maruja

Pochodzący z Manchesteru kwartet Maruja wystąpił na tegorocznym OFF-Festivalu. Grupa łącząca w swej twórczości wpływy indie rocka, punka i jazzu, zaskoczyła polską publiczność silnym przekazem i nieoczywistą warstwą muzyczną. Koncert ten był o tyle wyjątkowy, że zespół wystąpił we trójkę. O powodach tej zmiany, a także kwintesencji Maruja, idei DIY i współczesnej scenie manchesterskiej, opowiedzieli mi wokalista i gitarzysta Harry Wilkinson, basista Matt Buonaccorsi i perkusista Jacob Hayes.
MM: Krótko przed występ na OFF-Festivalu, ogłosiliście, że wystąpicie we trójkę. Co stało się Joe Carrollowi?
HW: Coś strzeliło mu w plecach i nie mógł się ruszyć. Teraz głównie leży i dochodzi do siebie. Dla nas to o tyle kłopotliwe, że po OFF-Festivalu mamy jeszcze 45 dni koncertów. Ma więc 6 tygodni na wyleczenie się (śmiech).
MM: Mimo braku brzmienia saksofonu Joe, nadal wyczuwalny był jazz w waszym graniu. Skąd zatem się on bierze?
HW: Z improwizacji naszej trójki. Wychodzimy z założenia, że koncert jest zapisem chwili. A ponieważ łapiemy wszelkie inspiracje na bieżąco, to na żywo wylewają się one z nas na zasadzie wielkiej, oczyszczającej energii. Powiem Ci, że nie zawsze do końca wiemy, co graliśmy danego wieczoru, dopóki nie wrócimy do ewentualnych zapisów. Muzyka, która nas inspiruje to jedno, ale nawet jakieś zdarzenia, emocje, które nas dotykają, znajdują swoje ujście na koncertach. Jednocześnie chcemy przekuć ideę solidarności, miłości i wzajemnego wsparcia w naszej twórczości. Granie muzyki jest dla nas terapeutycznym doświadczeniem.
MM: To dało się usłyszeć między utworami, gdy przemawiałeś do publiczności.
HW: Tak. Miałem sporo problemów w dzieciństwie. Teraz jako dorosły człowiek staram się pracować nad sobą. Muzyka zawsze mi w tym pomagała. Czuje więc potrzebę, by dać ludziom, naszym słuchaczom pewne pocieszenie i wsparcie. Muzyka i miłość to jedyne wartości na tym świecie, które mają sens. Zastępują chciwość, zazdrość, przemoc, czy ego. Brzmi to niczym powołanie od Boga, ale tak to czujemy.
MM: Swoją drogą – nagrywacie swoje koncerty?
JH: Niestety nie, a ten na OFF-Festivalu powinnyśmy zarejestrować, bo zagraliśmy go po raz pierwszy we czwórkę, więc był specyficzny.
MM: Mówisz, że wasza muzyka ma wymiar terapeutyczny. Tymczasem słuchając waszego koncertu, odczułem niepokój.
MB: Bo taka jest nasza muzyka. Taki ma ładunek i jest również wyrazem niepewności. Improwizowanie to zawsze niewiadoma. Nie wiemy, dokąd nas zaprowadzi, czy jakie wywoła reakcje także w nas samych. Ale wiem, co masz na myśli – przez ten niepokój staramy się jednak uzyskać coś zdrowego i naturalnego.
MM: Wasza dyskografia obejmuje głównie ep-ki i single. Krótsze formy wydawnicze są dla was wygodniejsze?
MB: To dlatego, że kochamy ep-ki!
HW: Powód jest prozaiczny – nie stać nas na nagranie dużej płyty. Przez 10 lat istnienia zespołu, jesteśmy w pełni niezależni. Wszystko, co udaje nam się zarobić, pakujemy w zespół. Ale też nie możemy sobie pozwolić na nierozsądne ruchy.
JH: Przez ostatni rok nie mieliśmy regularnej pracy. Dzięki oszczędnościom z koncertów, udało nam się zrealizować nagrania „Connla's Well” i samemu ją wydać. Nie mamy kontraktu z żadną wytwórnią. Wszystko dystrybuujemy sami. Pakujemy i wysyłamy nasze płyty do nabywców. W zeszłym roku, gdy nagraliśmy „Knocknarea”, wszystkie płyty pakowaliśmy samodzielnie w moim domu - jedna po drugiej.
HW: To pochłania sporo czasu. Nie mamy też menedżera, a jedynie agenta koncertowego. Wszystkie koncerty ogarniamy sami albo dzięki niemu.
MM: Czy to znaczy, że możemy oczekiwać od Maruja jedynie ep-ek?
JH: Na zawsze! (śmiech)
MM: Powiedzieliście w jednym z wywiadów, że muzyka gitarowa umiera na północy Anglii. Możecie to jakoś rozwinąć?
MB: W Manchesterze scena indie rockowa jest praktycznie wypruta po sukcesie Oasis w latach 90. Do miasta zaczęli zjeżdżać chciwi menedżerowie, szukający kolejnych potencjalnych Gallagherów. Wielu zespołom narobili nadziei, oszukując ich lub płacąc marne grosze. Zepsuli tym samym całą scenę. Do tego publika przestała przychodzić na zespoły indie rockowe. Dla zespołu takiego jak nasz, te wszystkie lata stanowią całkowitą pracę u podstaw. Jak wspomnieliśmy, wszystko robimy sami, więc stopniowo staramy się ten muzyczny obraz Manchesteru zmieniać.
MM: Będziecie mieli czas, by wydać w tym roku jeszcze coś nowego?
HW: O tak, mamy przygotowaną nową muzykę do wydania. Po tej trasie, jak wrócimy do domu, chwilę odpoczniemy, a następnie ją ujawnimy.
MM: Podsumowując: Manchester City czy Manchester United?
HW: United!
MB: Ja akurat nie cierpię United, ale nie chcąc mieć problemów w zespole, również ich wybieram (śmiech).
