Mirza Ramic (Arms And Sleepers)

WywiadMaciej MajewskiMirza Ramic
Mirza Ramic (Arms And Sleepers)

Duet Arms And Sleepers wydał właśnie swoje najnowsze dzieło – siódmy studyjny album zatytułowany „Life Is Everywhere”. O procesie twórczym, kulisach powstawania tego materiału, a także o trudnej sytuacji imigrantów, opowiedział naszemu wysłannikowi Maciejowi Majewskiemu stanowiący połowę grupy pochodzący z Bośni, a mieszkający od ponad 20 lat w Stanach, Mirza Ramic.

MM:„Life Is Everywhere” jest waszym 25 oficjalnym wydawnictwem. Niezłe tempo, jak na czas, w którym nagrywacie muzykę pod szyldem Arms And Sleepers. Rozumiem, że tworzenie, a jednocześnie wydawanie nowej muzyki jest dla was czynnością naturalną?

MR: Nie zgodzę się z tym stwierdzeniem. Powiedziałbym raczej, że jest to, coś, co musimy robić, ponieważ pozwala nam to radzić sobie z emocjami, uczuciami, które się w nas kotłują, a także z reakcjami na otaczający nas świat. Zdecydowanie nie jest to jednak czynność naturalna. Niektórym tworzenie muzyki rzeczywiście przychodzi w sposób naturalny, ale oni są raczej w mniejszości (śmiech). My musimy się mocno napracować, głównie dlatego, że większość naszych pomysłów nie jest zbyt dobra, co powoduje, że proces twórczy staje się dość mozolny, a zarazem stresujący. Najwyraźniej jednak uwielbiamy to robić, gdyż udaje nam się przebić...

MM: To zaskakujące, co mówisz. Byłem przekonany, że tworzenie muzyki to dla was chleb powszedni...

MR: Nie jest do końca tak jak myślisz, chociaż wydaje mi się, że wreszcie udało nam się wypracować odpowiednią formułę, pozwalającą tworzyć muzykę, którą jednocześnie możemy zamknąć się w jakiejś większej całości np. na albumie. Robimy to od dawna, więc jest to dla nas pewnym zwyczajem. Wiemy, jak to działa, ale za każdym razem, gdy zabieramy się za pisanie, to idzie nam to dość ciężko. To nie przychodzi tak po prostu. Spędzamy wiele godzin, przebijając się przez złe pomysły, własne wątpliwości oraz samokrytycyzm, aż osiągniemy ten wyjątkowy moment, kiedy wychodzi z tego coś dobrego. Może innym idzie to szybciej i sprawniej. Nam nie. Zresztą Maxowi (Lewisowi – drugiej połowie Arms And Sleepers – przyp. MM) znacznie lepiej przychodzi przyswajanie filozofii, niż tworzenie muzyki.

MM: Nowy album przynosi pewną zmianę – jego atmosfera jest dużo bardziej realna i wręcz smutna. Rozumiem, że zarówno twoja działalność w ‘Year Up’ oraz doświadczenia Maxa wpłynęły na zawartość tej płyty?

MR: Tak, głównie były to moje doświadczenia. Maxa przy tym nie było.Tak więc z mojej perspektywy rzeczywiście to, co przeżyłem, pracując w ‘Year Up’ (organizacji, która pomaga młodzieży z trudnych środowisk wejść w dorosłe życie, zdobyć wykształcenie i pracę – przyp. MM), odcisnęło swoje piętno na płycie. A że jest ona smutna... Cóż, rzeczywistość wokół nas nie rozpieszcza. Zresztą wydaje mi się, że nie stworzyliśmy dotąd wesołej płyty. Być może nasza poprzednia płyta „Swim Team” (wydana w 2014 r. – przyp. MM) niosła ze sobą jakąś nadzieję i pewien pierwiastek optymizmu, jednak „Life Is Everywhere” jest odbiciem tego, co dzieje i działo się wokół nas w ostatnich latach. I to akurat wydaje mi się w pełni naturalne, ponieważ wszystko, czego doświadczamy w takim zwyczajnym ludzkim wymiarze, musi prędzej czy później znaleźć swoje odbicie w muzyce, którą tworzymy.

MM: Max nie towarzyszy naszej rozmowie, Twoje doświadczenia znam, natomiast, czy możesz powiedzieć, jakie były jego doświadczenia, które znalazły swoje odbicie na „Life Is Everywhere”?

MR: Wiesz, nie mieszkamy razem. Co więcej – nie mieszkamy już nawet w tym samym mieście, czy kraju. W związku z tym, nie widujemy już się tak często, jak kiedyś. Nadal jest jednak moim najbliższym przyjacielem. Jest jak brat. Zawsze pracujemy razem w studiu. Nie mogę jednak konkretnie określić, co było jego motywacją, bądź też – co zainspirowało go do stworzenia tego, co słychać na płycie, natomiast na pewno mogę powiedzieć, że były to bardzo osobiste doświadczenia. To była mieszanina dobrych i złych sytuacji, którego go spotkały i które wpłynęły na to, co także słychać na płycie.

MM: Na albumie pojawia się kilku gości. O ile rozumiem udział Victora Ferreira, z którym współpracujecie pod szyldem Sun Glitters, o tyle zastanawiam się w jaki sposób na płycie pojawili się raperzy Serengeti i Airøspace?

MR: Obaj w jakiś sposób są powiązani z Victorem. To on współpracował z nimi wcześniej przy różnych okazjach i dał na po prostu kontakty do nich.

MM: Dla mnie “Life Is Everywhere” brzmi jak fragment najlepszego okresu twórczego DJ’a Shadowa. Nie chcę was porównywać, natomiast powiedz, czy jest jakaś nowa muzyka, która obecnie Cię inspiruje?

MR: Pewnie. Myślę, że inspiracja przychodzi nie tylko od strony muzycznej, ale także z innych sfer naszego życia.Jeśli natomiast chodzi o muzykę, której obecnie słucham, to przede wszystkim dużo undergroundowego hiphopu, rzeczy takie jak Atmospehere, ale też sporo elektroniki jak Glass Animals... Kurcze, nie jestem w stanie przypomnieć sobie wszystkich rzeczy, których słucham na bieżąco. Być może nie jestem typowym słuchaczem (śmiech). Zwykle wybieram kilka płyt, które mi się podobają, a potem słucham ich bez końca, co nie jest do końca dobrym rozwiązaniem, jeśli chodzi o rozwój muzyczny (śmiech). Mogę się natomiast pochwalić, że w ubiegłym roku graliśmy na w małym mieście na Ukrainie. Po naszym występie, jeden z dj-ów zagrał naprawdę niesamowity set. Tak się składa, że posłał mi swój mixtape, którego teraz słucham praktycznie na okrągło. Dzięki niemu odkryłem też sporo nowych artystów. Część z nich brzmi koszmarnie, ale reszta jest dość ciekawa. Poza tym zachwycił mnie Gabriel Garzone-Montano. To Kolumbijczyk z Brooklynu, który stał się ostatnio dość popularny, ponieważ Drake użył jednego z jego sampli. Polecam Ci serdecznie jego płytę.


MM: Wracając do “Life Is Everywhere” – ukaże się on na różnych nośnikach, nawet na kasetach. Zdarza Ci się słuchać jeszcze muzyki z kaset?

MR: Nie (śmiech). Myślę o tym, żeby sprawić sobie magnetofon, walkmana, albo nawet boomboxa. Kasety były pierwszym nośnikiem, z którego zacząłem słuchać muzyki, kiedy byłem dzieciakiem. Miałem swojego walkmana wszędzie ze sobą i korzystałem z niego przez cały czas. Potem oczywiście przyszła era kompaktów, więc nie ruszałem się nigdzie bez discmana. To rzeczywiście pierwsze nasze wydawnictwo, które ukaże się na kasecie. To był mój pomysł, bo chciałem, żeby w jakiś sposób odwoływało się do przeszłości, zwłaszcza, że – jak sam zauważyłeś – ten album ma w sobie wibrację rodem z lat 90. Pomyślałem, że będzie to ciekawym rozwiązaniem.

MM: Kilka dni temu na waszym profilu na Facebook’u pojawiła się informacja, że zagracie w Europie. Polska ma być jednym z krajów, które odwiedzicie. Czy jakiś koncert został już potwierdzony?

MR: Póki co, mogę potwierdzić, że zagramy 27 maja w Krakowie. Powinny jeszcze dojść koncerty w Warszawie i w Sopocie. Nie ogłosiliśmy jeszcze całej trasy, ponieważ nie wszystkie koncerty zostały potwierdzone.

MM: Zdaję sobie sprawę z tego, że mnóstwo ludzi pyta Cię o sytuację imigrantów. Zastanawiam się jednak, jak obecnie czujesz się w Stanach Zjednoczonych jako artysta i jako człowiek?

MR: Szczerze mówiąc – niezbyt dobrze. To ciężka kwestia dla mnie. Przybyłem do Stanów jako imigrant, a poza tym moja rodzina to muzułmanie. Sam jednak jestem ateistą. Przyleciałem z moimi rodzicami do Nowego Jorku, dokładnie na lotnisko JFK w 1996 roku. Gdybyśmy tutaj nie przylecieli, nasze życie wyglądałoby inaczej. Niekoniecznie gorzej, choć przyznaję, że nie chciałem przylatywać do Stanów – moja mama chciała (śmiech). Natomiast mieszkając i zdobywając tutaj wykształcenie, zyskałem mnóstwo opcji, wliczając w to możliwość wyboru tego, co chcę w życiu robić. A robienie muzyki, jako sposób na życie, uważam za bardzo szczęśliwe rozwiązanie. Wiele z tym ma wspólnego właśnie to, że mieszkam w Stanach. Dlatego oglądając wiadomości i śledzenie tego, co się dzieje, jest dla mnie trudnym doświadczeniem. Chodzi przecież o takich samych ludzi jak ja, którzy przybywają, by móc spokojnie żyć w taki sposób, w jaki być może nie mieliby szans żyć nawet przez najbliższe 20 lat. Tymczasem obecnie rząd odtrąca ich, co oznacza, że ich życie może się drastycznie zmienić i to niekoniecznie na lepsze. Ciężko tego słuchać i na to patrzeć, zwłaszcza, że - jak powszechnie wiadomo - Stany Zjednoczone to kraj, który powstał dzięki imigrantom. To jest jego fundamentem. Obecna polityka imigracyjna kraju cofa nas jednak wstecz aż do czasu II Wojny Światowej, do czasu 60, nawet 80 lat wcześniej, w których wiele osób chciało zmienić sytuację na lepszą. Na podobnej zasadzie powstała Unia Europejska – by zapobiegać przyszłym konfliktom. Oczywiście, nie działa doskonale, natomiast wiele organizacji, krajów i rządów stara się wyciągać naukę z popełnionych w przeszłości błędów. Tymczasem obecnie w Stanach człowiek ma poczucie, że takie podejście jest po prostu obsrywane.

MM: Wiem o czym mówisz, bo w Polsce mamy zbliżoną sytuację...

MR: Dokładnie. Mieliście ostatnio sporo protestów w związku z aborcją i nie przestrzeganiem zasad konstytucji. Wiem sporo o sytuacji w Polsce, ponieważ zajmowałem się historią Europy Wschodniej w szkole i na studiach. „Solidarność”, czy postać Lecha Wałęsy nie są mi obce. Podobnie jest także w Rumunii. To zdumiewające, co się dzieje, po tym, co historia przyniosła naszym krajom. Trzeba się temu przeciwstawiać najmocniej, jak tylko to możliwe i radzić sobie z tą sytuacją.

MM: Miejmy nadzieję, że to wszystko nie skończy się źle. Dziękuję Ci bardzo za rozmowę i do zobaczenia na koncertach w Polsce!

MR: Miejmy taką nadzieję. Dzięki bardzo. Do zobaczenia!

Powiązane materiały