Mudhoney

WywiadMaciej MajewskiMark Arm
Mudhoney

W tym roku mija 35 lat od założenia grupy Mudhoney. Ta legendarna formacja z Seattle nie celebruje szczególnie rocznic. Uraczyła swoich fanów nową, jedenastą płytą studyjną zatytułowaną „Plastic Eternity”. O jej genezie, zawartości, a także o relacjach z innymi kolegami-muzykami z pierwszej fali grunge’u, opowiedział mi frontman grupy, Mark Arm.

MM: Świat zapełnia się śmieciami. Ludzkość pozostaje uzależniona od zanieczyszczeń, mimo że planeta z minuty na minutę staje się coraz gorętsza. Ludzie łykają środek na odrobaczanie koni, ponieważ jakiś głupek z telewizji powiedział im, że leczy on COVID. Wygląda na to, że apokalipsa jest głupsza niż ktokolwiek mógł przypuszczać. – takie info prasowe towarzyszy waszej najnowszej płycie „Plastic Eternity”.

MA: I nic się nie zmieniło w tym względzie. Nie chcę tu robić jakichś aluzji, że w związku z wydaniem naszej płyty cokolwiek się zmieni. Dla mnie jest ona wynikiem obserwacji i frustracji wobec otaczającego nas świata, który raczej już nie zmądrzeje…

MM: „Plastic Eternity” jest wyjątkową płytą w waszym dorobku także dlatego, że nie tworzyliście jej razem w tym samym miejscu. Do tego Guy Maddison wyprowadził się do Australii. To musiało być nie lada wyzwaniem?

MA: Rzeczywiście było. Mieliśmy bardzo krótki czas przeznaczony na pracę nad płytą i zebranie tego do kupy. Nie mogliśmy się wszyscy spotkać, nie będąc zaszczepionymi, czy w ogóle zdrowymi. Guy (basista Mudhoney – przyp.MM) w tamtym czasie pracował w szpitalu zakaźnym, w którym zresztą przepracował ponad 20 lat. Zajmował się tam m.in. koordynacją w sprawach COVID-19 na różnych etapach, w związku z czym część z nas miała chwilowo wątpliwości, czy chce znajdować się w jego otoczeniu (śmiech). Wcześniej w tym szpitalu leczono przypadki wirusa Ebola, więc personel miał już doświadczenie, jak sobie radzić w takich przypadkach. Tym niemniej, mieliśmy obawy. Bardzo pomógł nam podcast Guya zatytułowany „Covid Diaries”, w którym opowiadał, z czym dokładnie musiał się zmagać na pierwszej linii przy okazji koronawirusa. W międzyczasie postanowił przenieść się ze swoją rodziną z powrotem do Australii, ponieważ jego żona dostała tam pracę. Dla niego to prosta sprawa, bo jest Australijczykiem. Ja chyba musiałbym zostać najpierw przez niego adoptowany, by móc się tam legalnie przenieść, a poza tym jestem za stary (śmiech). Tak czy siak, zamierzali się przeprowadzić w październiku 2021 roku. Zabukowaliśmy studio we wrześniu, więc mieliśmy około 3 miesięcy, by napisać tyle muzyki, ile tylko możemy. Nie wiedzieliśmy, jak to będzie wyglądało, więc każdy zaczął tworzyć u siebie, by potem przełożyć riffy i wszystkie inne partie na nasz sprzęt w sali prób. Dzięki temu mogliśmy posłuchać ich potem w studio i wybrać najlepsze z nich do nagrania. Okazało się jednak, że Australia jest jeszcze w dużej mierze zamknięta z powodu pandemii, więc przesunęliśmy nagrania na listopad. Wszystkie dogrywki i nagranie wokali robiliśmy już później.

MM: Czytałem, że większość pomysłów stanowiły riffy, które mieliście ponagrywane na taśmach w waszej sali prób.

MA: Tak, niektóre pomysły sięgają sesji do płyty „Vanishing Point”, a więc mają nawet 10 lat. Zawsze rejestrujemy takie pomysły pod hasłem: To jest świetne, nie wiem, co z tym zrobić (śmiech). Kilka innych riffów nagraliśmy po sesji do naszej poprzedniej płyty („Digital Garbage”, wydanej w 2018 r. – przyp. MM) z myślą o kolejnej płycie. Zupełnie o nich zapomnieliśmy, gdy wprowadzono lockdown. Dopiero kiedy znów się zebraliśmy, ktoś przypomniał, że coś takiego popełniliśmy (śmiech). Wszyscy przez okres pandemii byli twórczy. Ja pisałem swoje pomysły, Guy tworzył swoje, Steve (Turner, gitarzysta – przyp. MM) swoje, a Dan (Peters, perkusista – przyp. MM) był chyba najbardziej produktywny, bo nagrywał całe partie instrumentalne, które wypalił na CD pod tytułem ”Chuck Covid and The Plandemics” (śmiech). To były naprawdę świetne rzeczy. W ogóle Dan gra nie tylko na bębnach, ale także i na gitarze w zupełnie innym stylu, niż ja i Steve.

MM: Przechodząc do zawartości “Plastic Eternity” – w utworze „Souvenir Of My Trip” śpiewasz: Everything seems the same/I can’t tell that everything has changed. To refleksja wynikająca z okresu pandemii, czy pojawiła się wcześniej?

MA: To pojawiło się w wyniku wyprawy do Maroka, na którą wybrałem się z moją żoną i kilkoma przyjaciółmi w październiku 2021 roku. Okazało się jednak, że nic stamtąd nie przywiozłem, a chciałem, żeby ta wycieczka miała wymiar psychodeliczny (śmiech). Jedyne, co stamtąd zabrałem, to osobiste wrażenia... Ten wers rzeczywiście mógłby odnosić się także do pandemii, aczkolwiek ma szerszy kontekst. Wydaje mi się bowiem, że kwestiach zasadniczych, czy egzystencjalnych, świat w ogóle się nie zmienia, a jeśli już, to nie są to zmiany fundamentalne. Ludzie raczej głupieją na potęgę…

MM: A czy “Almost Everything” odnosi się w jakiś sposób do kwestii powstania świata?

MA: Ten utwór też ma wydźwięk psychodelicznej podróży. Jeden z moich przyjaciół, który jest mocno zanurzony w buddyzmie, stwierdził, że to bardzo buddyjski tekst. Ok, niech będzie (śmiech). Generalnie w tym tekście chodzi o dwóch ludzi, którzy doświadczają jednocześnie całego świata od początku jego istnienia, mając przy tym jego absolutnie pełny ogląd. Wydawać by się mogło, że skoro widzieli wszystko od samego początku, nic ich już nie zdziwi, a jednak nadal są otwarci na nowe. Nie mają jednak wiedzy, czemu to wszystko się zaczęło i jak się skończy. Stąd to ‘prawie’ w tytule utworu.

MM: W „Cascades Of Crap” brzmisz trochę jak zaangażowana wersja Nicka Cave’a. Twój głos ma w sobie jakiś lament.

MA: Dla mnie super, bo uwielbiam Nicka Cave’a. Gdyby jednak to on napisał ten utwór, to miałby on zdecydowanie więcej słów (śmiech). On pisze wiersze, wręcz poematy, do których moje teksty nie mają startu.

MM: „Flush The Fascists” zaaranżowaliście wokół zapętlonej linii z syntezatora. Kto jest jej autorem?

MA: Guy. Wiele lat temu graliśmy w Asheville w Północnej Karolinie. Dzień później mieliśmy przerwę w trasie i zaproszono nas do magazynu firmy Moog. To była sobota, więc nie było zbyt dużego ruchu. Wspaniałe miejsce – sam kupiłem w nim pedał z delayem. W każdym razie to tam zaczęła się fascynacja Guya syntezatorami. On ma zresztą drugi zespół, który nazywa się The Beauty Hunters, gdzie ze swoim kumplem grają właśnie na syntezatorach. Nie występują jednak w typowych miejscach jak kluby, ale pod mostami lub w skate parkach. Stąd się to wzięło.

MM: Z kolei partia bębnów w „Move Under” bardzo przypomina tą „Last Exit” Pearl Jam.

MA: To w ogóle jest ciekawe. Jeden z recenzentów napisał, że te bębny przypominają mu „Chant” Public Image Ltd. Mnie natomiast przypominały „Move Over Janis Joplin i stąd po części wziął się tytuł tego kawałka (śmiech).

MM: Mówiliśmy już o koronawirusie. W „Here Comes The Flood” kpisz "There is no virus". Rozumiem, że dotyczy to nie tylko COVID-19?

MA: Nie wiem, jak jest w Polsce, ale w Stanach ludzie są kompletnie zafiksowani i nastawieni antyszczepionkowo. Z jakiegoś powodu uznali, że lekarstwem na koronawirusa jest środek do odrobaczani koni… Abstrahując, że są to środki przeznaczone dla większych stworzeń, ludzie od nich mogą zachorować znacznie ciężej, niż na COVID-19, a nawet umrzeć. I to wszystko dlatego, że usłyszeli o tym w telewizji, bądź od influencerów w Internecie. Dla mnie to niewyobrażalnie żenujące, smutne, a jednocześnie bardzo śmieszne, że ludzie nabierają się na coś takiego.

MM: Jakiś czas temu zdałem sobie sprawę, że obok Melvins jesteście chyba jedynym zespołem z pierwszej fali grunge’u, który funkcjonuje do dziś. Domyślam się, że macie razem mnóstwo wspomnień z tamtych czasów?

MA: Poznałem Buzza (Osbourne’a – gitarzystę i wokalistę Melvins – przyp. MM) oraz Dale’a (Crovera, perkusistę – przyp. MM) w 1983 lub 1984 roku. Nasz oryginalny basista wywodzi się z Melvins (Matt Lukin, który grał w Mudhoney do 2001 r. – przyp. MM). Doszedł do nas, gdy oni przenieśli się do San Francisco. Także nasze losy od pewnego momentu były ze sobą związane. Mogę ci natomiast powiedzieć, że ostatni raz przed wybuchem pandemii zagraliśmy na pustyni w Kalifornii. Po koncercie pojechaliśmy do hotelu w Burbank, który mieścił się niedaleko sali prób i studia należącego do Melvins i nagraliśmy tam z nimi 4 kawałki. Zagraliśmy dwa utwory własne i dwa covery: „My War” Black Flag i „Drive Back” Neila Younga. Ukazały się na ep-ce „White Lazy Boy”(wydanej nakładem Amphetamine Reptile Records w czerwcu 2020 r. – przyp. MM)

MM: Natomiast w zeszłym roku, dzień po Twoich 60 urodzinach zmarł Mark Lanegan. Jak go zapamiętałeś?

MA: Nie byłem z nim nigdy dość blisko. Miałem z nim różne relacje, zarówno przyjazne, jak i nieco przerażające. Po tym, gdy sam przestałem zażywać narkotyki, Mark zaprosił mnie i zaproponował dość mocny towar, który mógł zabić nas obu. Grzecznie podziękowałem… Pamiętam, że po festiwalu w Reading w 1992 roku Mudhoney i Screaming Trees (zespół, którego wokalistą Mark Lanegan był przez 16 lat jego istnienia – przyp. MM) zatrzymały się w tym samym hotelu w Londynie. Okazało się, że niedaleko koncert gra wspomniany już przez Ciebie Nick Cave i tylko ja z Markiem chcieliśmy się na niego wybrać. Reszta olała temat, wymigując się zmęczeniem. Poszliśmy więc we dwóch i świetnie się razem bawiliśmy. Nasze losy splata też osoba naszego wieloletniego tour menagera, Danny’ego Bairda, który przybył do Seattle, by pracować ze Screaming Trees, a ostatecznie zaczął pracę z nami. Ostatni raz widziałem Marka dosyć dawno, gdy graliśmy na festiwalu Gagarin Open Air w Grecji (w 2007 r. – przyp. MM). Zatrzymaliśmy się ponownie w tym samym hotelu. Potem już nie mieliśmy okazji…

MM: 35 lat działalności, 11 albumów. Nadal się lubicie i lubicie razem grać. Nie będę Cię pytał, czy jest jakiś tajemniczy składnik, pozwalający działać razem tak długo. Jestem jednak ciekaw, czy po tylu wspólnych doświadczeniach, czujecie podobną energię jak 1988 roku, kiedy zakładaliście zespół?

MA: Na pewno nie. Nie mamy już takiej energii, jak 35 lat temu. Wtedy mieliśmy po 20 lat, więc trudno oczekiwać, żebyśmy mieli taką samą energię, mając lat 60 (śmiech). Tym niemniej, dziś czuję się ze sobą znacznie lepiej. Mam w sobie mniej lęku i niepewności, niż gdy byłem dwudziestolatkiem. Nie pamiętam zresztą, co wtedy sobie myślałem. Patrząc na moje wczesne teksty, widzę, że są pisane z perspektywy młodego i głupiego dwudziestolatka (śmiech). Moja żona jakiś czas temu doszła do wniosku, że trzeba posprzątać wszystkie nasze rzeczy, żeby nie trzeba było się tym zajmować, gdy zejdziemy z tego świata. W piwnicy znalazła swoje listy, które pisała, mając 24 lata, a następnie wysyłała do przyjaciółki. Przeczytała je i złapała się za głowę (śmiech). Oczywiście wszystkie wyrzuciła (śmiech).

MM: Widziałem Mudhoney na żywo prawie równo 10 lat temu na koncercie klubowym. Potem występowaliście jeszcze na OFF-Festivalu w 2016 r. Póki co, jest rozpiska trasy australijskiej, a czy zawitacie do Europy?

MA: Mamy taką nadzieję. Wstępne plany zakładają wiosnę przyszłego roku. Wtedy zamierzamy objechać Europę. Być może zagramy też na festiwalach. Najpierw czeka nas trasa po Stanach.

MM: Jakiś czas temu kupiłem sobie wznowienia waszych pierwszych płyt oraz płyt Green River (pokazuję je Markowi do kamery). Nadal pracujesz w Sub Pop?

MA: Tak, rozmawiam z Tobą z magazynu Sub Pop. A te płyty, które trzymasz, pewnie pakowałem osobiście. Mamy kilka kanałów dystrybucyjnych – nasz własny, Amazon, Wallmart itd. Mamy też kanał w Europie, ale generalnie wszystko wychodzi z miejsca, z którego rozmawiam (śmiech).

MM: Dziękuję za rozmowę.

Foto: Emily Rieman

Powiązane materiały