Nick Hexum (311)

Amerykańska grupa 311 już 11 czerwca wystąpi na swoim pierwszym polskim koncercie w warszawskim grupie Proxima. Będący na rynku od ponad 30 lat zespół z Nebraski, łączy w swojej twórczości brzmienia m.in. alternatywnego rocka, rapu, reggae, funka i metalu. Pozostając jedną z najlepiej sprzedających się kapel rap-rockowych, 311 wciąż poruszają się w wypracowanym przez siebie stylu. W poniższej rozmowie wokalista i gitarzysta grupy, Nick Hexum opowiedział mi o wieloletnim funkcjonowaniu zespołu, wpływach muzycznych i swojej działalności solowej, poruszając jednocześnie kilka wątków funkcjonowania w branży muzycznej na przestrzeni lat.
MM: Nie graliście w Europie od 20 lat. Czym to było spowodowane?
NH: Nazwijmy to epicką wtopą. W tamtym czasie mieliśmy menedżera, który nie był w stanie zaproponować naszego zespołu bookerom europejskich festiwali. Z drugiej strony – sami jako zespół nie wykazaliśmy wystarczająco dużo inicjatywy, by coś z tym zrobić. Lenistwo nas dopadło… Od 10 lat jednak powtarzaliśmy, że musimy wrócić do Europy, i to nie na jeden, czy dwa festiwale, ale na regularną trasę. Mam nadzieję, że obecna trasa, to początek nowego rozdania i odtąd będziemy grali w Europie regularnie.
MM: Zmieniliście menedżera?
NH: Tak (śmiech). Mamy fantastycznego menedżera, Cory’ego Brennana z agencji 5B, która opiekuje się kilkoma dużymi zespołami jak Slipknot, czy Lamb Of God. Do tego mamy nowego agenta, który zajmuje się naszymi sprawami w Europie, więc patrzę z optymizmem w przyszłość, jeśli chodzi o nasz zespół.
MM: Słuchając waszej twórczości, Ameryka zdaje się być po prostu waszym naturalnym środowiskiem, jeśli chodzi o koncertowanie. Być może w Europie to nie jest takie oczywiste?
NH: Masz rację, natomiast nie ma usprawiedliwień dla zaniedbań względem naszych fanów w Europie. Jeśli chodzi o Amerykę, to mamy raczej ustabilizowaną sytuację - gramy w dużych salach koncertowych. Pamiętam jednak, że gdy byliśmy w Europie poprzednim razem, akurat ukazał się „Amber” (z płyty „For Chaos”, wydanej w 2001 r. – przyp. MM). Usiedliśmy z przedstawicielami tutejszej wytwórni, puściliśmy im teledysk do tego utworu, sądząc, że im się spodoba. Po obejrzeniu kompletnie nas zaskoczyli, twierdząc, że klip jest zbyt… kalifornijski (śmiech). Kultura słońca oparta o plaże i brzmienia zbliżone do reggae chyba im nie pasowały (śmiech).
MM: To dziwi, bo „Amber” to bezpośrednia, pogodna i dość chwytliwa piosenka.
NH: Właśnie! Nie mam pojęcia z czego to wynika. Red Hot Chili Peppers cały czas składają hołd Kalifornii i jakoś nikt nie ma z tym problemu! Byliśmy zafascynowani sceną kalifornijską z końca lat 80. i początku lat 90. Grupy takie jak Jane’s Addiction, Fishbone, wspomniani Chili Peppers oraz sporo grup punkowych z tamtego okresu i miejsca, miały na nas spory wpływ. Nawet przenieśliśmy się w pewnym momencie do Kalifornii, choć zawsze podkreślaliśmy, że jesteśmy z Nebraski, a więc z samego środka Stanów Zjednoczonych. Inspirowały nas różne rzeczy – od jamajskiego reggae, przez hip hop z Nowego Jorku aż po Prince’a, który był przecież z Minneapolis. Chłonęliśmy to wszystko i cieszyliśmy się z tego, że inspiruje nas tak wiele różnych stylów. Włączyliśmy je do twórczości 311, pomijając wszelkie zasady.
MM: Reggae wydaje mi się najbardziej ‘egzotycznym’ wpływem w waszej twórczości.
NH: Tak, myślę, że przechodziłem swego rodzaju religijne uniesienie, gdy zrywałem się ze szkoły w połowie dnia, wracałem do domu, włączałem „Natty Dread” Boba Marleya z The Wailers, zapalałem jointa i odpływałem… Muzyka z terenów słonecznych zawsze była bliska 311. Natomiast nasz pierwszy singiel „Do You Right”, ma w sobie sporo wibracji latynoskiej, bo zagraliśmy go w rytmie salsy. Poza tym w naszej muzyce jest dużo funku i jazzu, ale zgodzę się, że to reggae jest tą najbardziej egzotyczną muzyką, która pobrzmiewa w twórczości 311.
MM: Wasza ostatnia płyta „Voyager” ukazała się 5 lat temu. Mamy więc do czynienia z największą przerwą wydawniczą w historii 311. Z czego ona wynika?
NH: Wiesz, „Voyager” i jeszcze wcześniejsza płyta „Mosaic” ukazały się w dość krótkim odstępie czasu. Myślę, że jest to spowodowane w dużej mierze naszymi sprawami rodzinnymi. Wszyscy członkowie 311 razem mają bardzo dużo dzieci – sam mam 3 córki – więc przez ostatnie lata trochę mniej pracowaliśmy nad nowymi rzeczami, bo nie chcieliśmy przegapić najważniejszych chwil w życiu naszych pociech. A ponieważ teraz dzieciaki podrosły, znów jesteśmy gotowi do pracy twórczej. Dużo też oczywiście ‘zrobiła’ pandemia… Wszyscy byli pogubieni i zamknięci w domach. W tym czasie grałem solowe koncerty, które streamowałem na Twitchu.
MM: Po drodze zrobiłeś też album z Georgem Clantonem.
NH: Owszem, natomiast to była współpraca zdalna. Zrobiliśmy ten album przesyłając sobie nawzajem kawałki. Nigdy nie pracowaliśmy razem w jednym miejscu.
MM: A czy The Nick Hexum Quintet był jednorazową przygodą?
NH: Chyba tak, ponieważ piosenki, które teraz pisze, są raczej stonowane, nagrane przy pomocy gitary akustycznej. Nie wiem jeszcze, czy wydam je solowo, czy z 311. A gra w kwintecie dotyczyła materiału jazzowo-funkowego i była oparta na luźnym, jammowym podejściu.
MM: Swoją drogą, widziałem, że wypuściliście wspomnianą płytę „Voyager” także w wersji instrumentalnej.
NH: To odpowiedź na prośby naszych fanów. Prosili o taką wersją płyty, bo chcieli zagłębić się w warstwę instrumentalną, więc ją wrzuciliśmy. Ostatnio zauważyłem, że Apple Music ma funkcje, w której możesz wyciszyć wokal w danym utworze i słuchać go tylko wersji instrumentalnej.
MM: Skoro poruszyłeś wątek serwisów streamingowych - rozumiem, że jesteś ich użytkownikiem?
NH: Zgadza się, jestem czynnym użytkownikiem wszystkich elektronicznych i cyfrowych gadżetów. Mam playlisty utworzone na potrzeby różnych nastrojów, do ćwiczeń itd. Staram się też słuchać muzyki w formatach bezstratnych. Branża muzyczna zmieniła się diametralnie na przestrzeni lat. Kiedyś wytwórnie płaciły zespołom za to, że jechały w trasę, by zredukować różnicę kosztów przy sprzedaży płyt. Teraz jest inaczej. Zespoły wydają muzykę praktycznie za darmo, by pojechać w trasę i namówić ludzi na koncertach na kupowanie ich merchu. Ekonomia zmieniła się o 180 stopni.
MM: Skład 311 nie zmienił się przez te wszystkie lata. Jak to zrobiliście?
NH: Mamy ogromne szczęście występować przez te wszystkie lata w niezmiennym składzie. Oczywiście rekordzistą są pod tym względem U2, jeśli chodzi o popularne zespoły. Myślę, że jest coś wyjątkowego w dbaniu o relacje ludzi, którzy grają razem tak długo. Często jesteśmy pytani, jak to jest, że udało nam się zachować ciągłość nie tylko jako zespół, ale też jako twór biznesowy przez tak długi czas. Kluczem jest szacunek dla zespołowej demokracji i odpuszczanie w tych kwestiach, które są konieczne. Czasem człowiek zostanie przegłosowany przez pozostałych członków zespołu i trzeba to uszanować. Poza tym komunikacja – my rozmawiamy absolutnie o wszystkich kwestiach dotyczących zespołu wspólnie. No i oczywiście docenianie, że mamy możliwość grania muzyki, którą kochamy i dzięki temu możemy utrzymać nasze rodziny.
MM: Za kilka dni po raz pierwszy wystąpicie w Polsce. Jak blisko naszego kraju byłeś wcześniej?
NH: W Niemczech. I powiem Ci, że jestem szczerze wkurwiony, że dopiero teraz przyjadę do Polski i do Czech. Jestem pod wrażeniem historii Twojego kraju i jestem go bardzo ciekaw, więc nie mogę się już doczekać koncertu i spotkania z polską publicznością.
MM: Dzięki za wywiad.

