Non Violent Communication

Non Violent Communication, w skrócie NVC, to projekt muzyków, wywodzących się z grup So Slow i Merkabah. Ktokolwiek zna twórczość owych formacji, nie powinien być zbytnio zaskoczony. Grupa na swoim debiutanckim krążku „Obserwacje” zabiera nas w kosmiczną podróż przepełnioną transem, improwizacją, jazzem i… wolnością. O wielorakiej złożoności otwartej formy, jaką prezentuje NVC, opowiedział mi jeden z jego założycieli – perkusista Arek Lerch.
MM: Kiedy zobaczyłem, kto gra w NVC, zacząłem się zastanawiać, czy nie łatwiej byłoby przyjąć Rafała do So Slow. Potem jednak posłuchałem „Obserwacji” i zrozumiałem, o co chodzi. Postawiliście na bardzo otwartą formę i powtarzacie w wywiadach, że to, jak rozwinie się ten projekt, „wyjdzie w praniu”. Słuchając jednak „Obserwacji”, odnoszę wrażenie, że to są cztery różne opowieści, które za każdym razem są inne. Jak to zrobiliście?
AL: O, takiego pytania jeszcze nikt nie zadał. Na pewno w dużej mierze procentuje to, że wszyscy w zespole już dość długo gramy. Poza tym spotykaliśmy się wcześniej w różnych konfiguracjach i wiedzieliśmy, czego się spodziewać. Geneza tego projektu jest znacznie dłuższa, ponieważ chodził mi on po głowie już od dość dawna. Bałem się jednak, że moje umiejętności mogą nie wystarczyć do takiej formuły. Głowiłem się, czy to się uda i czy to ma w ogóle sens. W końcu żona mnie przekonała, żebym przestał się zastanawiać i po prostu się za to zabrał. Pierwotnie miał to być wyłącznie duet z Rafałem (Wawszkiewiczem, saksofonistą, znanym z grupy Merkabah – przyp. MM). Spotkaliśmy się na dwóch, czy trzech próbach, po których stwierdziliśmy, że jednak potrzebny jest bas. A gdy pojawił się bas (Łukasz Lembas znany z So Slow – przyp. MM), doszliśmy do wniosku, że przydałaby się jakaś firana dronowa w tle (Michał Głowacki, odpowiedzialny za elektronikę – przyp. MM). Już w poszerzonym składzie zrobiliśmy kilka prób i weszliśmy do studia. To wszystko wyszło bardzo intuicyjnie. Sam się temu dziwię, gdy słucham teraz tego materiału. Bardzo dobrze nam się grało. Podstawą był patent z bitu i jakaś tonacja, a dalej był już autentyczny lot w nieznane. Ma to swoje plusy i minusy. Z jednej strony fajnie to wyszło na płycie, ale z drugiej – mocno się zastanawiamy, jak to wyjdzie na żywo. Na pewno nie wchodzi w grę odgrywanie tego. Oczywiście, pojawi się bit, jakiś motyw saksofonu, ale reszta jest raczej niewiadomą. Mamy pomysł, żeby trochę zminimalizować te dźwięki, bo na płycie jest ich dość dużo. Chcielibyśmy się pobawić w takie smakowanie dźwięku w stylu Gorzycki Ensemble Tuning. Liczymy na dobrą zabawę i mamy nadzieję, że ludzie będą się poddawać tym dźwiękom i za ich sprawą odlecą.
MM: Wyczytałem gdzieś, że każdy z was miał możliwość zatytułowania jednego utworu. Po nagraniu zdecydowaliście który z was nazywa dany kawałek, czy raczej każdy obstawał na przykład przy kawałku, który był pierwotnie jego pomysłem?
AL: Raczej ta pierwsza opcja. To powstało w studiu. Zarejestrowaliśmy te numery, a Marcin Klimczak, który je zarejestrował jeszcze coś tam poprawiał. Siedzieliśmy i doszliśmy do wniosku, że skoro są to cztery utwory i nas jest czterech, to niech każdy wybierze sobie jeden numer i go zatytułuje. Ja wziąłem „Lubaczówkę”, Michał „Kosmę”, Rafał zdaje się „Meteory”, a Łukasz „Dogoni”, chociaż tych dwóch ostatnich nie jestem pewien.
MM: Pytam o to, ponieważ te tytuły korelują się w jakiś sposób z tytułem płyty. W wywiadach powtarzasz, że chciałbyś, żeby to miało formę gawędy. Wydaje mi się, że wartością dodatkową byłaby rejestracja waszych koncertów.
AL: I tu dochodzimy do sedna. Mamy taki pomysł, żeby rejestrować nasze koncerty, bo po prostu sami jesteśmy ciekawi, jak i w którą stronę to pójdzie. Taka muzyka niesie ze sobą pułapkę w takim sensie, że można przesadzić, przedobrzyć, za bardzo odpłynąć. Generalnie panuje często wśród muzyków przekonanie, że gramy dla siebie i grunt, żeby to grającym się przede wszystkim podobało. A nam zależy jednak, żeby ludzie to odbierali i musimy być świadomi, że w pewnym momencie trzeba sobie postawić jakąś granicę. W studiu podczas nagrywania w kilku fragmentach mogliśmy pociągnąć to dalej i też byśmy się dobrze bawili, ale stwierdziliśmy, że nie ma co przesadzać, bo te numery i tak są długie. Ciekaw jestem, jak ludzie odbierają utwór „Dogoni”, w którym przez trzynaście minut obsesyjnie gram jeden motyw na perkusji (śmiech). On nosi w sobie znamiona transu wpadającego w monotonię, ale akurat bardzo fajnie nam się to gra.
MM: No właśnie – nagrywaliście wszystko za pierwszym podejściem, poza utworem „Meteory”. Wszyscy kończyliście w tym samym momencie, czy były jakieś cięcia?
AL: To wyszło zupełnie naturalnie. Zaczynaliśmy grać, gramy, potem wszystko naturalnie zaczęło się tonować i kończyliśmy.
MM: Rafał co prawda odżegnuje się od jazzu, ale wspomniane „Meteory” noszą znamiona tej muzyki. Zarejestrowaliście go za drugim podejściem, bo rzekomo pierwsza wersja była nudna. Jakim cudem w tak bujnym numerze mogło dość do nudy?
AL: Tu nawet nie chodziło o nudę. Po prostu, jak graliśmy ten numer, to ewidentnie coś nie szło, brakowało drive’u. Zagraliśmy go drugi raz i poszło ciągiem świetnie. Natomiast ten numer nosi znamiona jazzu chociażby przez to swingowanie na bębnach. Do tego ten drugi pochód basowy... Mnie to osobiście cieszy, bo dla mnie jazz jest przedostatnim stopniem, na którym może skończyć muzyk. Wyżej jest już tylko muzyka kameralna, bądź współczesna. I dla mnie wkroczenie na ten stopień z jednej strony było bardzo fascynujące, a z drugiej wciąż noszę w sobie obawy, jak zostanie to potraktowane i czy ktoś faktycznie nie dosłucha się tutaj jazzu. Także ja słyszę tutaj elementy jazzowe, Rafał uważa to jednak za muzykę improwizowaną. Od improwizacji do nudy jest bardzo blisko, a z drugiej strony dla mnie ta improwizacja zawsze gdzieś zazębia się z transem.
MM: Skoro mowa o transie, to mnie się to także kojarzy z tym, co robi Lotto.
AL: O, stary, to jest dla mnie ogromny komplement, bo uwielbiam to, co robi grupa Lotto.
MM: Zauważyłem też, że partie Rafała na tej płycie są dość wysokie.
AL: Tak, Rafał gra wysoko, ale też robi fajną rzecz, bo podłącza się do loopera, zapętla jakąś partię i jednocześnie do tego coś dogrywa. Dzięki temu ten dźwięk się nawarstwia i robi się to ‘piętrowe’. Rafał zagrał zajebiście, intuicyjnie, fajnie mu leci fraza. Dużo rzeczy melodyjnych, które zostają w głowie miesza się tutaj z rzeczami kompletnie free.
MM: 17 kwietnia gracie pierwszy koncert w „Pogłosie”.
AL: Tak, choć teraz ciężko jest coś zorganizować, czy wbić się na jakiś letni festiwal, bo płyta wyszła dość późno. Dlatego główną siłę uderzeniową chcemy zrobić jesienią, bo wtedy wyjdzie też nowa płyta So Slow i najprawdopodobniej będziemy jeździć razem.
MM: Dziękuję za rozmowę.

