NONEXISTER

Szwajcarski NONEXISTER założony przez dwóch producentów Marco Neesera i Nika Leutholda wydaje właśnie debiutancki album „Demons”. Muzyka grupy osadzona gdzieś między industrialem, synth popem, ma w sobie sporo mroku i dziwnej głębi. O tym jak powstał zespół, jak wyglądała praca nad płytą, jej wydaniu i nadchodzących działaniach promocyjnych, opowiedział mi Marco.
MM: Która płyta jest dla Ciebie ważniejsza: „Computer World” Kraftwerk, czy „No Sleep Til’ Hammersmith” Motörhead?
MN: (śmiech) Bardzo dobre pytanie. Myślę, że oba są równie ważne. Kiedy myślę o pewnej postawie, szaleństwie i energii, wybieram Motörhead. A kiedy myślę o możliwościach produkcyjnych, byciu w studiu i pracy przy użyciu komputera, wtedy od razu na myśl przychodzi mi Kraftwerk.
MM: Muzycznie jednak wybrałeś drogę Kraftwerk – jako producent i muzyk.
MN: Zgadza się, choć przez całe moje życie zarówno muzyka metalowa, jak i elektroniczna były mi bliskie. Nie mam tu na myśli tylko Kraftwerk, ale także muzykę gotycką, czy New Wave Of Heavy Metal. Miałem też okresy, gdy zagłębiłem się mocno w doom metal, czy grindcore. Poza tym uwielbiam industrial, rzeczy takie jak Ministry, czy Nine Inch Nails. To wszystko miesza się we mnie i słychać to także w NONEXISTER. Rozmawiając z różnymi ludźmi, widzę, że mają problem z jednoznacznym określeniem naszej muzyki. Dotyczy to nie tylko słuchaczy, ale też ludzi, którzy wspomagają nas w kwestiach marketingowych. Jestem ciekaw, co ty o tym myślisz?
MM: W moim odczuciu wymieniłeś już kilka z tych wpływów, które słyszę w muzyce NONEXISTER, a gdy patrzę na tytuły piosenek, jak „Head In A Hole”, czy „What A Lie”, to jednoznacznie na myśl przychodzi mi Nine Inch Nails. Myślę więc, że elementy industrialu zwracają uwagę w pierwszej kolejności, choć słyszę tu też elektronikę rodem z lat 80., a nawet elementy popu.
MN: O, to bardzo ciekawe, co mówisz. Ja i Nik czerpiemy z różnych, często odmiennych wpływów, więc może ta część – nazwijmy ją bardziej przystępną – też jest tego wynikiem.
MM: Nie jestem pewien, czy „Demons” jest swoistym koncept albumem, bo jeden z utworów jest zaśpiewany po niemiecku, a reszta po angielsku. Czy mógłbyś zatem przybliżyć pomysł, jaki stoi za tą płytą?
MN: Masz rację - to nie jest stricte koncept album. Pracowaliśmy intuicyjnie od pierwszego dnia, gdy weszliśmy z Nikiem do studia. To było bardzo organiczne doświadczenie, bo podeszliśmy do siebie nawzajem z ogromnym szacunkiem, zdając sobie sprawę, że gdyby któryś z nas działał pojedynkę, nie uzyskałby takiego rezultatu. Kiedy skończyliśmy pracę, musieliśmy ustalić, pod jakim szyldem go wydamy i jaki tytuł będzie nosiła ta płyta. Mnie podobają się jednosłowne tytuły, więc „Demons” bardzo mi się spodobał.
MM: To dość ‘metalowo’ nacechowany tytuł, jeśli wiesz, co mam na myśli.
MN: Owszem, natomiast to nie jest typowe, powiedzmy blackmetalowe, czy satanistyczne podejście do pojęcia demonów. W naszym mniemaniu demony mają wymiar egzystencjalny, a nie duchowy. Chodzi o takie demony, które wszyscy mamy, a które w taki, czy inny sposób nas prześladują. Czasem nie mówimy o nich nawet naszym najbliższym. To naprawdę osobiste rzeczy, choć mogą ranić nie tylko nas, ale przede wszystkim innych wokół. Wynikiem obecności tych demonów są nasze zachowania, które mogą krzywdzić ludzi i całe społeczeństwa, a których czasem nie jesteśmy świadomi… To jedyny kontekst, jaki kryje się za tym tytułem.
MM: Czy zatem ta płyta jest dla was w jakimś sensie formą terapii radzenia sobie z tymi demonami?
MN: Nik napisał wszystkie teksty na płytę. Wymienialiśmy się pomysłami. Opowiadał mi o tym, co pisze, a ja podrzucałem mu swoje przemyślenia. Nie sądzę jednak, że ta płyta jest formą terapii. To by oznaczało, że jesteśmy zranieni i musimy coś przepracować. Powiedziałbym raczej, że płyta jest wyrazem naszych wrażliwości. Nik jest bardzo emocjonalnym, ale i bardzo intelektualnym tekściarzem. Myślę, że jego teksty cechują właśnie wrażliwość i inteligencja.
MM: Jak to jest możliwe, że nie współpracowaliście wcześniej, skoro wasze drogi tyle razy się przecinały w Zurychu?
MN: Dobre pytanie (śmiech). Myślę, że musiał minąć odpowiedni czas, musieliśmy coś przeżyć, czegoś doświadczyć, dojrzeć jako muzycy. Ale to prawda – znamy się od dawna, znamy swoje wzajemne muzyczne dokonania. Potem Nik przeniósł się do Hiszpanii, gdzie do dziś mieszka.
MM: No właśnie – Nik wspomina o tym w „2048”, czyli ostatnim utworze na płycie. Zastanawiałem się, skąd się to wzięło?
MN: Widzę, że dokładnie posłuchałeś płyty (śmiech). To miłe, dziękuję. Tak, Nik mieszka w Hiszpanii od kilku lat, ale regularnie przyjeżdża do Zurychu. I przy jednej z takich okazji spotkaliśmy się, wypiliśmy kilka piw, po czym stwierdził, że powinniśmy coś razem muzycznie zrobić. Spotkaliśmy się jakiś czas później w studio i tak się to wszystko zaczęło.
MM: A jak pozostali muzycy znaleźli się w składzie NONEXISTER?
MN: Wszystkie piosenki powstały w moim studio. A ponieważ nie jestem perkusistą, używałem automatu perkusyjnego, samplera i loopów, a partie basu i gitar grałem na klawiszach. Tak powstały demówki wszystkich utworów. Wiedzieliśmy jednak, że jeżeli chcemy z tego zrobić płytę, musimy nagrać dużo więcej partii żywych instrumentów. I tak też zrobiliśmy. Partie gitary nagrał Jonas Wolf, który jednak nie dołączył do nas, bo jest skupiony na zespole Eluveitie. Polecił nam jednak Silvana Gerharda, który dołączył do NONEXISTER. Pozostali muzycy, czyli basista Reto „Fu” Gaffuri i perkusista Siro Müller, to nasi znajomi, z którymi współpracowaliśmy już przy innych, wcześniejszych projektach. Wszyscy wywodzą się ze sceny Zurychu, co też jest znamienne, bo nie musieliśmy daleko szukać.
MM: A jak w tym wszystkim w roli producenta znalazł się Tommy Vetterli z Coronera?
MN: Tommy to legendarna postać – wszyscy oczywiście znamy go z Coronera i z Kreatora. Nigdy wcześniej z nim nie współpracowałem. Zdecydowaliśmy się jednak na tę współpracę, bo jest niesamowitym człowiekiem. Ma niesamowite studio New Sound jakieś 20 minut jazdy samochodem od Zurychu, które przypomina plac zabaw – mnóstwo w nim najróżniejszych gitar, wzmacniaczy itd. Praca z Tommym okazała się niezbędna, bo mieliśmy spojrzenie kogoś z zewnątrz na naszą muzykę. Nik i ja napisaliśmy to wszystko razem, byliśmy na każdym etapie powstawania tego materiału, więc pewnie zatraciliśmy gdzieś dystans w tym wszystkim. Gdy pojawił się Tommy, wniósł wiele pomocnych uwag, dzięki którym materiał z „Demons” sporo zyskał.
MM: Chciałem Cię zapytać o kilka utworów z płyty, począwszy od „Kater”, czyli wspomnianego wcześniej jedynego utworu zaśpiewanego przez Nika po niemiecku.
MN: Słowo ‘kater’ ma w języku niemieckim dwa znaczenia. Oznacza kocura i… kaca (śmiech). Także użyliśmy go na zasadzie gry słów. Natomiast początek tej piosenki jest zwariowany. Pokazywałem Nikowi dość odjechane sample bębnów, jakie przygotowałem w studio, a on chwycił za mikrofon i zaczął improwizować do tego słowa. To był strumień świadomości. Nagraliśmy 15 minut, z czego aż 70% wykorzystaliśmy w „Kater”. To opowieść o gościu, który w młodości był miłym, luźnym i sympatycznym człowiekiem, a teraz stał się absolutnym dupkiem i alkoholikiem. Zrobiliśmy do tego utworu zakręcony klip, który pojawi się w maju lub czerwcu. Nik zagrał w nim główną rolę.
MM: A „Flying With The Crows”?
MN: Większość utworów na „Demons” dotyczy mrocznych, ciemnych kwestii. Nie inaczej jest z właśnie z „Flying With The Crows”. Kruk jest symbolem katastrofy, więc ten utwór niejako ją zwiastuje.
MM: Czy wspomniany już ostatni utwór „2048” swój tytuł wziął z gry komputerowej?
MN: Nie, to opowieść deklamowana przez Nika, który siedzi na werandzie w Zurychu w roku 2048 i wspomina, co stało się przez ostatnie niemalże ćwierćwiecze. Stąd te wspomnienia o Hiszpanii i powrotu po latach do Szwajcarii, która okazuje się pustynią… Nik jest zaangażowany w działania związane ze zmianą klimatu – dla niego to jedna z fundamentalnych kwestii. Dla mnie także. Mogliśmy coś zrobić z tym wcześniej, ale tego nie zrobiliśmy. To dotyczy nas wszystkich… MM: Wydajcie „Demons” samodzielnie? MN: Tak, mamy własną wytwornię, ale wykorzystujemy głównie kanały cyfrowe, a w dystrybucji pomagają nam także nasi przyjaciele z Radicalis Music z Bazylei. Mają w swoich szeregach m.in. Zeal & Ardor. Dzięki temu zachowujemy prawa autorskie i publishingowe. Płyta ukaże się na CD i winylu. Parę dni temu odebrałem 180 gramowe, podwójne winyle „Demons” z tłoczni i wyglądają wspaniale. Jesteśmy oldschoolowi pod tym względem.
MM: Domyślam się, że będziecie też koncertować.
MN: Zdecydowanie. Najwyższy czas, byśmy grali na żywo. Na razie mamy zaplanowany koncert promocyjny w Zurychu 20 kwietnia. Dwa tygodnie później gramy w Berlinie. Teraz pracujemy nad zorganizowaniem trasy jesiennej i zimowej. Poza tym pojawią się też kolejne teledyski.
FOTO: Tabea Hüberli
