Cantara
NewsyGalerieWywiadyRecenzjeKoncertyPromocjaKontakt
Polityka prywatności
© 2026 cantaramusic.pl | pawcza.codes
HomeWywiadyOlivia Anna Livki
Olivia Anna Livki

Olivia Anna Livki

Wywiad11.10.2012Grzegorz SzklarekOlivia Anna Livki
Olivia Anna Livki

Wywiad z Olivią Anną Livki na temat jej nowego albumu "The Name Of The Girl Is", komunikatorach, byciu niezależną artystką i graniu przed Lennym Kravitzem.

- W książeczce do Twojej nowej płyty ukazał się Twój manifest dotyczący Twego postrzegania świata. Jaka była geneza tego manifestu?

- Gdy skończyłam nagrywać płytę, którą traktuję jako całość audiowizualną, miałam wrażenie, że czegoś jeszcze brakuje. Wydawało mi się, że nie ma pełnej komunikacji między mną a słuchaczem. Oczywiście tekst i muzyka są formami takiej komunikacji, ale szukałam czegoś jeszcze bardziej bezpośredniego. Dlatego też napisałem ten manifest, który jest jakby podsumowaniem tego, o czym śpiewam na płycie. Zrobiłam to, tak naprawdę, sama dla siebie, aby raz jeszcze zrozumieć, po co nagrałam ten album.

- Z tego manifestu można się dowiedzieć, że praca nad tą płytą kosztowała Cię dużo pracy. Kilka lat pracowałaś nad nowymi utworami, zaś nagrywanie płyty trwało rok.

- Zgadza się. Nagrywanie płyty pierwotnie miało trwać krócej, ale wyniknęły problemy techniczne. Na początku miałam mieć współproducenta, ale w końcu nic z tego nie wyszło. Więc ja sama musiałam zająć się produkcją tego albumu i naprawiać wszystkie błędy. Wiele elementów na tej płycie było robionych 2-3 razy, co przedłużyło proces powstania płyty.

- Jednym z atutów albumu są teksty. Skąd czerpiesz inspiracje?

- Teksty są odzwierciedleniem konkretnych wydarzeń, jakich byłam świadkiem bądź słów, które ktoś do mnie powiedział. Każdy utwór zaczyna się od cytatów, a dopiero w procesie tworzenia zaczynam te cytaty składać w jedną całość. Najlepszym przykładem jest tutaj kompozycja „Tel-Aviv”. Na początku były tam dwa fragmenty tekst: „wasza córka jest źle wychowana” i „szatan ma 33 lata i mieszka w Tel-Avivie”. Oba te fragmenty wynikały z dwóch różnych sytuacji. Gdy zrobiłem z nich kolaż, zaczęła powstawać zupełnie nowa jakość i zaczęły one ze sobą współgrać.

- Kim jest Abby, o której śpiewasz w numerze „Abby Abby” i wspominasz w manifeście, o którym rozmawialiśmy na początku?

- Abby jest moją przyjaciółką, która w rzeczywistości nazywa się Cornelia (śmiech). Niestety, nic nie rymuje się z tym imieniem. W booklecie płyty jest dedykacja dla niej, pod jeszcze innym pseudonimem, którego używamy między sobą (śmiech). Razem z Abbey chodziłam do liceum w Schwarzwaldzie i po jego ukończeniu ona wyjechała na studia do Stanów Zjednoczonych, zaś ja do Berlina. Znalazłyśmy się wtedy w identycznej sytuacji: daleko od domu, daleko od wszystkiego, co znałyśmy. I w tej sytuacji jedynym sposobem na porozumiewanie się stał się ten nieszczęsny Skype. I właśnie o tym jest kompozycja „Abby Abby”: o ludziach, którzy wyjeżdżają na drugi koniec świata i na początku są w pustym mieszkaniu, bez przyjaciół, bez najbliższych. Może mają jakąś pracę, w której niezbyt dobrze się ich traktuje. Ale muszą pamiętać, po co to robią i że kiedyś te złe chwile miną.

-Z tyłu płyty są obrazki pokazujące osobę siedzącą przed komputerem, na ekranie którego zmieniają się ilości przyjaciół na Facebooku. Jakie jest Twoje zdanie o tego typu komunikatorach?

- Złej strony tego typu komunikatorów doświadczyłam, gdy wbrew swojej woli stałam się osobą publiczną. Jestem osobą negatywnie nastawioną do tego sposobu komunikacji międzyludzkiej. Nie mają one niczego wspólnego ż prawdziwym życiem. Jest to iluzja bliskości i jest to bardzo niebezpieczne. Wielu osobom łatwiej jest napisać pewne rzeczy niż powiedzieć prosto w oczy. Czym częściej tak się zachowują, tym bardziej uciekają przed tym fizycznym, prawdziwym kontaktem. Przez długi okres byłam zdecydowanym przeciwnikiem Facebooka, gdyż uważam, że ludzie, którzy mają tam po kilkuset bądź kilka tysięcy „przyjaciół” mają jakiś ukryty problem. Jednak w pewnym momencie ktoś mi powiedział, że na Myspace już mało kto wchodzi i aby się „promować” jako artystka muszę założyć sobie konto na Facebooku. I nagle ludzie,tysiącami, zaczęli się ze mną kontaktować przez Facebooka. Teraz już wiem, że jest to jakiś sposób komunikacji między artystą a jego fanami, gdyż nie można się kontaktować z każdym fanem z osobna. Jednak wciąż mam do tego stosunek ambiwalentny. Z jednej strony chcę dać ludziom możliwość kontaktu ze mną, ale z drugiej strony, gdyby tego Facebooka nie było, to więcej ludzi podchodziłoby do mnie po koncercie chcąc porozmawiać, zrobić sobie ze mną zdjęcie, co uważam za o wiele bardziej zdrową formę porozumienia. Jestem bardzo „fizyczną” artystką. Im więcej daję z siebie na scenie, tym bardziej wiem, że ktoś, kto jest na widowni mego koncertu ma świadomość, że jestem tu dla niego. I jeśli ktoś chce podejść do mnie po koncercie i mnie na przykład objąć, to taka forma kontaktu jest mniej wkraczająca w moją sferę prywatności niż gdy ktoś pisze do mnie bardzo osobiste wiadomości na Facebooku. Przekonałam się o tym, że osoby, które są wylewne na Facebooku, nie mają odwagi podejść do mnie po koncercie.

- Twoje kompozycje są oparte na rytmie, są bardzo „afrykańskie”. Gdy komponujesz, to zwracasz uwagę na rytm czy melodię? Jak wygląda proces tworzenia u Ciebie?

- Z reguły jest tak, że zaczynając komponowanie utworu, mam w głowie jego pierwszą zwrotkę. Nie mówię tu o gotowym tekście czy melodii, tylko o takim ogólnym zamyśle. Wtedy biorę do ręki gitarę basową i zaczynam ciągnąć ten utwór do punktu, w którym można powiedzieć, że skończony. Zwykle nagrywam wersję demo utworu, w której jest tylko głos i bas. Gdy już mam gotowy szkielet piosenki, dopiero zaczynam wokół tego budować wokół tego sekcję rytmiczną czyli rytm. Gdy to już jest gotowe, zaczynam opracowywać dodatkowe aranżacje. Ale to już dzieje się na końcu

- Czy w procesie komponowania i aranżacji ktoś Ci pomaga?

- Nie, wszystko wymyślam i robię sama. Nigdy nie spotkałam na swojej muzycznej drodze kogoś, kogo estetyka muzyczna czy styl pracy byłby na tyle zbliżony do mojego, że mogłabym taką osobę zaprosić do współpracy. Ale marzę o takiej współpracy.

- Skąd u Ciebie taka potrzeba, słuszna skądinąd, robienia wszystkiego samemu?

- Ludzie myślą, że jestem „control freak”, że wszystko, absolutnie wszystko, chcę robić samemu. Ale prawda jest o wiele prostsza. Chodzi o to, że, jak już wspomniałam, nie spotkałam do tej pory bratniej duszy. Dochodziło do tego, że gdy miałam wizję stworzenia czegoś, to musiałam stawać przed wyborem: albo to zrobię sama, albo tego w ogóle nie zrobię. Nawet jeśli musiałem się czegoś nauczyć, aby coś nagrać lub stworzyć, to jestem taką osobą, że się uczyłam. Nie jestem kimś, kto przed czymś ucieka. I być może właśnie dlatego doszło do tego, że jestem samodzielna (śmiech).

- W listopadzie ubiegłego roku wystąpiłaś przed Lennym Kravitzem na warszawskim Torwarze. Opowiedz, jak wyglądały kulisy tego koncertu?

- Niestety, nie spotkałam Lenny’ego. Zaczęło się od tego, że budowa sceny i całej scenografii była opóźniona o 2 godziny. Gdy już ją zbudowali, to Lenny, który prawdopodobnie był po iluś tam wywiadach i podróży, przyjechał na Torwar i zapragnął odpocząć oraz skupić się przed koncertem. A po koncercie był tak zmęczony, że jako pierwszy z całej ekipy pojechał do hotelu. Natomiast perkusista Lenny’ego oglądał nasz występ zza kulis i po jego zakończeniu podszedł do nas i pogratulował. Potem odprowadził nas do garderoby, a moja perkusistka zrobiła sobie z nim zdjęcie.

- Myślisz już o drugiej płycie?

- Tak, jak najbardziej. Jestem na etapie pisania nowych piosenek. Mam już jej tytuł, którego nie zdradzę (śmiech), ale jest bardzo śmieszny i zabawny. Mogę natomiast powiedzieć, że będzie to zupełnie inna płyta niż „The Name Of The Girl Is”. Mam też wizję całości i za kilka miesięcy będę na etapie, gdy zacznę szukać współpracowników. Na pewno płyta ukaże się nie wcześniej niż latem 2013 roku. 

- Lubisz placki?

- Strasznie! :P