Parkway Drive

Już 10 listopada w łódzkiej Atlas Arenie wystąpi formacja Parkway Drive. Koncert w ramach trasy z okazji 20-lecia zespołu, to jednocześnie jego największa muzyczna produkcja. Z gitarzystą grupy Jeffem Lingiem pochyliliśmy się w poniższej rozmowie nad najważniejszym momentami w historii grupy, ale jednocześnie muzyk zdradził swoje wpływy muzyczne oraz to jak zapatruje się na termin metalcore.
MM: Bieżąca trasa z okazji waszego 20-lecia trwa już nieco dłużej. Jak postrzegasz perspektywę tych dwóch dekad jako gitarzysty Parkway Drive?
JL: To szaleństwo. Przeżyliśmy dużo, koncertowaliśmy w wielu miejscach przez te 22 lata, ale z jakiegoś powodu mam wrażenie, że dopiero się rozgrzewamy. Czuję się, że nigdy nie byliśmy tak podekscytowani i zmotywowani, by być kapelą stale koncertującą, co jest dość imponujące, ponieważ wiele zespołów czuje się zmęczonych trasami, a co za tym idzie - tracą ambicje i tę ekscytację. Natomiast my znaleźliśmy coś, co nazywamy Parkway Drive 2.0.
MM: Mówisz o Parkway Drive 2.0. Czy to oznacza, że muzyczna perspektywa też się zmieniła przez te 22 lata?
JL: Tak, oczywiście. Jako artysta wydaje mi się, że niemożliwe, by nie stawiać przed sobą wyzwań i nie ewoluować. Oczywiście mamy zastępy starych fanów przeciwko nowym fanom i tak już będzie chyba zawsze, ale staramy się grać stare i nowe piosenki proporcjonalnie. Robimy wszystko, co możemy.
MM: Pamiętam, kiedy pojawiły się wasze pierwsze nagrania na ep-ce „Don't Close Your Eyes”. Winston wspominał, że odzew na te kilka pierwszych piosenek zaskoczył was, a informacja o waszym zespole zaczęła się nieść coraz szerzej. Pomyślałem, że mieliście sporo szczęścia już od samego początku.
JL: Myślę, że tak. Wstrzeliliśmy się w odpowiedni czas, zakładając zespół. To był okres, kiedy zainteresowanie sceną hardcore wystrzeliło. Pracowaliśmy bardzo ciężko i byliśmy bardzo skupieni na tym, aby dotrzeć z naszą muzyką jak najdalej.
MM: Twój styl rozwija się od metalu do innych stylów. Co Twoim zdaniem było punktem zwrotnym dla Parkway Drive jako gitarzysty?
JL: To ciekawe, bo zawsze byłem zdecydowanie bardziej metalowy, niż pozostali członkowie zespołu. Lubiłem Metallikę, Iron Maiden, Slayer, czy Panterę. Bardzo lubiłem melodie i to właśnie je starałem się przemycić do naszej muzyki. Pozostali nie byli wkręceni w metal – woleli punk i hardcore. Byłem w mniejszości pod tym względem (śmiech). Gdy przychodziło do pisania piosenek, skłaniali się w kierunku hardcore’a i metalcore’a. W związku z tym mój rozwój jako gitarzysty nie przebiegał gwałtownie. Ale lubiłem i nadal lubię metalcore - Killswitch Engage, Unearth, Bleeding Through i wszystkie zespoły z tamtych czasów. A co było punktem zwrotnym? Hmmm… Bardziej jestem ciekaw Twojego typu, bo to Ty jesteś dziennikarzem.
MM: Dla mnie takim momentem była płyta „Ire” sprzed 10 lat. Uważam, że jest to ważny punkt w waszej karierze, ponieważ było na niej właśnie więcej metalu. Zaczęliście też pojawiać się w line-upach festiwali stricte metalowych.
JL: Masz rację. „Ire” był dla nas ważnym momentem, ponieważ nasza muzyka nieco zwolniła. Próbowaliśmy wtedy wielu różnych rzeczy, różnych styli. Skłoniliśmy się bardziej ku rockowi. Wiedzieliśmy, że odbije się to sporym echem, niekoniecznie pozytywnym, zwłaszcza wśród naszych najbardziej wiernych fanów. Ale to nasza odpowiedzialność jako artystów – zmieniać się, próbować. Nie możesz zrobić rzeczy, które nie są autentyczne dla siebie. Wiedzieliśmy, że musimy zrobić tę płytę, bo to było to, co czuliśmy w tamtym czasie. I rzeczywiście - kiedy pojawiły się pierwsze piosenek z tego albumu, reakcja była mieszana, ale nie trwało to długo. Tak jak wspomniałeś – zaczęliśmy grać na różnych festiwalach w Europie i w innych miejscach, gdzie te piosenki spotkały się z pozytywną reakcją ze strony publiczności.
MM: Jak reszta z zespołu reagowała na Twoje zapędy metalowe, bo wydaje mi się, że to Ty byłeś w nim główną siłą w tamtym czasie?
JL: Dużo o tym rozmawialiśmy. Mamy zasadę w Parkway Drive, że jeśli każdy czuje wibrację piosenki – niezależnie, czy brzmi jak jazz, techno, czy jeszcze jak coś innego - to robimy ją. Nie lubimy stawiania granic i skupiania się jedynie na stronie hardcore’owej, czy metalowej. Uwielbiamy to, że nie zakładamy niczego. Dlatego robimy to, co chcemy.
MM: Czy to oznacza, że demokracja w Parkway Drive działa?
JL: Tak. Każdy ma swój głos. Każdy ma swój głos. Wiele piosenek tworzonych jest przez mnie, Winstona i Bena. Zawsze tak robimy. Jeśli inni mówią, że idziemy za bardzo w jednym kierunku, to zaczynamy to analizować i zastanawiać się, czy to dobrze.
MM: Jesteś przywiązany do terminu metalcore, czy nie definiujesz muzyki w ten sposób?
JL: Jak mówiłem, nie lubię... Wszyscy lubili nas etykietkować i określać: nie, to metal, nie, to numetal, nie, to hardcore… Nigdy nie określałem naszej muzyki jednym terminem, bo to by oznaczało ograniczenie mojej artystycznej kreacji, a tego nie lubię. Jeśli inspiracja gdzieś mnie prowadzi, nie chcę czuć żadnych ograniczeń, które powstrzymują mnie w poszukiwaniu tego, co chcę zrobić. Nasi fani przez większość naszej kariery zdecydowanie określali nas jednak jako zespół metalcore’owy…
MM: No właśnie. Pytam o to, dlatego, że wasz listopadowy występ w Polsce jest anonsowany jako koncert legendy metalcore.
JL: Myślę, że ma to związek z tym, że wywodzimy się z okresu, kiedy powstawały wszystkie te zespoły metalcore’owe. Można było nas tak postrzegać, ale tylko do płyty „Horizons” (drugiego albumu Parkway Drive, wydanego w 2007 r. – przyp. MM). Potem zaczęliśmy rozwijać się.
MM: Kiedy patrzy się na częstotliwość wydawania waszych płyt, każdy kolejny wychodzi średnio co 2-3 lata. Ostatnia „Darker Still” wyszła się 2 lata temu. Czy to oznacza, że nowy album jest w drodze? Pytam także dlatego, bo pojawiła się piosenka „Sacred”.
JL: Dobrze to policzyłeś (śmiech). W tym roku skupiliśmy się na koncertach. Zrobiliśmy świetną rzecz z Chrisem Hemsworthem. Zagraliśmy koncert w Opera House w Sydney z ogromną orkiestrą. Poświęciliśmy na to 6 miesięcy pracy. Po tej zakończeniu trasy, skupimy się na pisaniu nowego materiału. Jesteśmy pod tym względem dość wolni, bo nigdzie się nie spieszymy.
MM: Wracając do bieżącej rocznicowej trasy - gracie set przekrojowy, natomiast mniej więcej w jego połowie pojawia się kilku utworowy medley. Czemu tak to podzieliliście?
JL: Trasa jest z okazji 20-lecia Parkway Drive. Mamy dość duży dorobek, a problemem jest pomieszczenie w secie wszystkich kawałków, które naszym zdaniem powinny się w nim znaleźć. Postanowiliśmy więc zrobić ukłon w stronę naszych najbardziej oldschoolowych fanów i zrobić medley z kawałków z naszej pierwszej płyty „Killing With A Smile”. Sądząc po reakcjach – świetnie się to sprawdza.



