Patrick Wolf

Brytyjski multiinstrumentalista, kompozytor i wokalista Patrick Wolf wyda w czerwcu nowy album "Crying The Neck". Będzie to jego pierwsze długogrające wydawnictwo od opublikowanego w 2012 roku albumu "Sundark And Riverlight". Przy okazji niedawnego koncertu w Warszawie artysta odpowiedział na kilka naszych pytań.
GS: W czerwcu planujesz wydać nowy album zatytułowany „Crying the Neck”. Tytuł jest związany ze Świętem Plonów obchodzonym w Kornwalii i Devon.
PW: Tak, zgadza się. Znalazłem to pojęcie w książce o Kornwalii. To coś w rodzaju encyklopedii folkloru Kornwalii. Podczas tego święta farmerzy trzymali wysoko ostatnią porcję skoszonego zboża i wydawali okrzyki. Tym razem chciałem jednak stworzyć album związany z hrabstwem Kent, w którym mieszkam. Zatem poszedłem do lokalnego historyka, niesamowitego człowieka, który znał wszystkie sekrety lokalnego folkloru. Zapytałem go, czy coś takiego jak Crying The Neck miało miejsce również w tym hrabstwie. Potwierdził, że tak, więc mogłem spokojnie nagrać taki album.
GS: Ten album ma być pierwszym z serii kilku Twoich wydawnictw zainspirowanych pogańskim cyklem Wheel Of the Year…
PW: W mitologii celtyckiej, a więc ze strony mojej matki, istnieje coś takiego jak Koło Roku. Jak słusznie zauważyłeś, istnieje ono również w pogaństwie. Koło Roku dzieli rok na segmenty. Na przykład Samhain, znane w Ameryce jako Halloween, ma swój segment w kole. Yule, znane w chrześcijaństwie jako Boże Narodzenie, również ma swoją segment. Jest to starożytny sposób podziału roku w ramach Koła. Pomysł na ten cykl płyt powstał z albumu osadzonego tylko w miesiącu sierpniu, ale potem pojawiły się utwory dotyczące lipca i września. Kupiłem więc Koło Roku i powiesiłem w salonie. Kiedy kończyłem „Crying The Neck”, zdałem sobie sprawę, że ten album idealnie pasuje do dwóch części koła, którymi są: Lughnasa i Mabon przypadające na środek lata i czas żniw. Nie początek lata, nie wiosnę i nie zimę. Po dziesięciu latach komponowania mogłem w pewnym sensie zdecydować, co trafi na album zimowy, a co na album halloweenowy. W ten sposób cała moja praca znalazła swoje lokalizacje na Kole Roku.
GS: Jedną z nowych piosenek, która bardzo mnie poruszyła, jest utwór o umierającej matce „Dies Irae”. Kiedy po raz pierwszy przeczytałem tekst tej piosenki, nie słysząc jej wcześniej, pomyślałem, że będzie to bardzo smutna kompozycja, ale okazało się, że jest w niej coś podnoszącego na duchu….
PW: Przez dwa-trzy lata po śmierci matki było mi bardzo trudno o tym pisać. Nie potrafiłem znaleźć słów, aby wyrazić swój ból. Dopiero kiedy zacząłem przechodzić przez kolejny etap żałoby, kiedy powróciły radosne wspomnienia o niej, to właśnie one pomogły mi zacząć pisać. Pisać o niej, o tamtym czasie. I myślę, że w tej piosence jest też melancholia. Melancholia bywa przyjemną emocją. Może pomóc we wspominaniu czułych chwil i rzeczy, których nie ma już w naszym życiu, a których brak sprawia nam smutek. Myślę, że po kilku latach zdałem sobie sprawę, że mogę o tym pisać, ale robiłem to stopniowo. Nie mogłem przebrnąć przez całą tą rozpacz. Musiałem zamienić rozpacz na coś twórczego czyli napisać o tym piosenkę.
GS: W 2024 roku wydałeś ep-kę „Night Safari”, która była pierwszą kolekcją Twoich premierowych utworów od 11 lat. I słuchając tych kompozycji odniosłem wrażenie, że jest w Tobie więcej optymizmu i szczęścia?
PW: Wiesz, nie nazwałbym siebie szczęśliwą osobą. Jest we mnie radość, ale nie jestem tak szczęśliwy, jaki byłem dawno temu. Owszem, jestem w stanie doświadczać radości z życia, czego nie byłem w stanie robić przeze wiele lat. Jednak lubię myśleć, że jestem w najbardziej miejscu, w jakim mogę być, aby zdrowo doświadczać dwoistości życia, nieszczęścia oraz radości jednocześnie i nie dać się im pokonać.
GS: W dwóch utworach na tej ep-ce czyli "Night Safari" i "Nowhere Game" użyłeś dużo elektroniki, co robiłeś rzadko na twoich poprzednich wydawnictwach.
PW: Miałem niewielki budżet na nagranie „Night Safari”. Mój producent, który był w Londynie ciągle do mnie dzwonił i mówił: "Patrick, to jest absurdalne. Musisz dać światu coś nowego". A ja na to: "Tak, tak, tak, tak". Minął kolejny rok. A potem... A potem pomyślałem: "Dlaczego nie? Dlaczego po prostu nie pójdę do niego i nie nagram czegoś?". Ponieważ nie mogłem znaleźć pieniędzy, żeby nagrać dźwięki, przenieść je z laptopa do większego studia i zatrudnić innych muzyków pomyślałem więc: "Cóż, zagłębmy się w laptopa”. Ważny był dla mnie temat piosenek. W „Nowhere Game” jest zawarta klaustrofobiczna emocja, wiesz, takie poczucie beznadziejności i świadomość, że w życiu wyczerpują się możliwości. Cóż, dla mnie jest to klaustrofobiczna wizja. Więc zagłębiliśmy się w laptopa, w elektronikę i w przestrzeń, w której nie ma zbyt wiele powietrza. I takie było źródło tego klaustrofobicznego brzmienia.
GS: Podczas nagrywania „Crying The Neck” wróciłeś do instrumentów, z których korzystałeś tworząc pierwsze trzy płyty. Po przekroczeniu czterdziestki poczułeś chęć powrotu do młodzieńczych lat?
PW: Wręcz przeciwnie. Nie wyobrażam sobie powrotu do dzieciństwa lub przeszłości. Absolutnie nie. Chodziło o pójście naprzód. Ale rzecz w tym, że kiedy poszedłem naprzód i znalazłem się w ruchu, naprawdę odnalazłem swój głos. A mój głos jako producenta składał się z wszystkich tych instrumentów. To było tak, że musiałem opowiedzieć swoją historię, tak jak malarz. Kim jestem, jakiego rodzaju farb najlepiej używać? Czy to oleje, czy węgiel? Chciałem opowiedzieć historię mojej trzeźwości i powrotu do zmysłów po raz pierwszy od dziesięciu lat. O odkrywaniu jak smakują potrawy i rzeczy, jak pachną kwiaty i co tak naprawdę kocham w tworzeniu muzyki. Wszystkie te rzeczy wróciły do mnie w czymś czego nie nazywam niewinnością, ale raczej odzyskaną niewinnością. Zacząłem zadawać sobie pytania typu: "Co mnie tak fascynuje w brzmieniu?". Powróciłem do miejsca, w którym lata temu zostawiłem swoją fascynację muzyką i kombinacjami dźwięków. Utwór "Crying the Neck" brzmi tak, jakby został nagrany w środku lata. Słychać tam 12-strunową gitary, dwie warstwy dulcimera. Nakładanie na siebie kolejnych warstw instrumentów spowodowało u mnie uczucie zachwytu i fascynacji tworzeniem rzeczy, które było moim udziałem, gdy tworzyłem pierwsze płyty. Myślę, że kiedy zacząłem pracować z większymi budżetami, dużymi wytwórniami i zetknąłem się z presją oraz oczekiwaniami wobec mnie, straciłem poczucie odczuwania radości z procesu twórczego, które teraz zdecydowanie odzyskałem. Jednak nie chodzi o nostalgię ani powrót do przeszłości.
GS: Na ep-ce „Moon Safari” jest kompozycja „Dodona”. Co to za miejsce?
PW: Dodona to starożytna wyrocznia w górach Epirus w północnej Grecji, koło granicy z Albanią. To miejsce zafascynowało mnie w okresie, kiedy starałem się wyjść z nałogów i miałem dużo problemów ze zdrowiem psychicznym. Zafascynował mnie fragment mitologii, który opisywał to miejsce, w którym kapłani zasypiali pod dębem. Słuchali tego drzewa, przyciskając uszy do ziemi. Słuchali natury, dzięki czemu potrafili przepowiadać przyszłość i odpowiadać na pytania. Pomyślałem, że to idealnie oddaje to, co sobie wyobrażałem. Pamiętam, że kiedy byłem nastolatkiem, gdy byłem czysty i trzeźwy, byłem tak zharmonizowany z naturą, że niemal ją słyszałem i potrafiłem ją tłumaczyć. Później znowu właśnie tego zapragnąłem ponownie w moim życiu. W końcu pojechałem do tego opuszczonego miejsca z misją, aby spróbować rozpocząć nowy etap w moim życiu. I tak powstała ta piosenka. Powiedziałbym, że była to swego rodzaju pielgrzymka.
GS: Ostatnie pytanie, które chciałbym zadać, dotyczy współpracy z legendarną Patti Smith. Wystąpiliście wspólnie na kilku koncertach i zagrałeś kilka tras w jej zespole.
PW: W walijskim Swansea co roku odbywa się festiwal poświęcony życiu Dylana Thomasa. Ja miałem zagrać we wtorek wieczorem, a Patti w środę wieczorem. Wszystkie moje instrumenty były w domu, w którym mieszkaliśmy. Znajdowały się na dole schodów prowadzących do jej pokoju. Okazało się, że zapomniała tomu wierszy Dylana Thomasa i zaczęła pytać, czy ktoś w hotelu ma egzemplarz i mógłby jej pożyczyć? Ja miałem, więc jej dałem. Potem zapytała mnie, czy to są wszystkie moje instrumenty, a następnie zaproponowała, żebym zagrał z nią następnego wieczoru. Aby przećwiczyć wspólny występ zorganizowaliśmy mały koncert dla 15 osób tego samego wieczoru w domu Boathouse w Laugharne, w którym Dylan Thomas mieszkał przez ostatnie 4 lata życia. Tak więc po raz pierwszy zagraliśmy razem. Szczerze mówiąc, nie znałem jej twórczości. Wiedziałem, że miała ogromny wpływ na PJ Harvey, ale z jakiegoś powodu jej twórczość nigdy nie trafiła do mojego świata. Kiedy ją poznałem miałem na nią świeże spojrzenie i nie miałem wobec niej żadnego kompleksu. Potem nawiązała się między nami naprawdę piękna, długa przyjaźń. Dołączyłem do jej zespołu i grałem na gitarze oraz fortepianie. Zrobiliśmy razem wiele rzeczy. To było niesamowite.

