Patrizio Buanne

Włoski piosenkarz Patrizio Buanne jest uważany za "ambasadora włoskiej piosenki". Jednak chętnie przypomina o swoich polskich korzeniach, gdyż jego Matka jest Polką, która w latach 70-tych wyszła za mąż za Włocha z Neapolu. Niedawno ukazał się nowy album Patrizio zatytułowany "Napolatino". W związku z tym wydarzeniem Artysta udzielił nam wywiadu podczas którego okazało się, że płynnie mówi w naszym języku.
GS: Obserwuję Twoją działalność i myślę, że można Cię nazwać „obywatelem świata”. Dziś jesteś w Warszawie czy we Włoszech?
PB: Nie, jestem w Wiedniu. Mieszkam między Wiedniem a Nowym Jorkiem. Moje życie zawsze było poszatkowane, bo moja Mama jest z Warszawy, ale przyjechała w 1970 roku do stolicy Austrii. Mój Tata był z Neapolu. Poznali się w Wiedniu, gdzie się urodziłem i skończyłem szkołę. Później studiowałem i pracowałem we Włoszech i w 2005 roku podpisałem kontrakt z Universal Music. Jestem z 1978 roku i mój Ojciec zawsze mówił mi: „nie żeni się przed czterdziestką”. Tata zmarł, ale ja dotrzymałem słowa; no i faktycznie ożeniłem się mając 40 lat. 9 miesięcy później urodziła się moja córka Alina. To był początek 2020 roku. Wyjechałem na tournée walentynkowe. W marcu wróciłem do USA, a tu pandemia i wszystko zamknięte. Nie przeszkadzało mi to. To był moment, kiedy zdecydowałem, że wezmę ślub, będę miał dziecko i zrobię sobie pauzę. Jak tylko można było, wróciłem do Wiednia, by być bliżej Mamy. Pandemia dała mi możliwość zrozumienia, co to znaczy mieć rodzinę.
W grudniu tego roku znowu będę w Australii, gdyż te wszystkie kraje, w których zdobyłem sukcesy, upominają się o mnie, ale ja chcę najbardziej pracować w Europie. Dlatego dużo działam w Niemczech, Austrii, Szwajcarii, we Włoszech. No i teraz mam nadzieję, że uda mi się zrobić coś fajnego w Polsce. Ten kraj zawsze mam w sercu, bo Mama jest Polką. Mówię po polsku, ale niestety nie piszę w tym języku i nie czytam zbyt dobrze. Jednak wydaje mi się, że teraz jest dla mnie odpowiedni czas. Mam włoskie imię, może nawet włoską urodę, ale czuję się Polakiem i to Polacy cenią. Jestem związany po prostu z Polską i chciałbym więcej robić w tym kraju.
GS: W ostatnich miesiącach wydałeś dwa nowe single, które przyznaję, były dla mnie zaskoczeniem, jeżeli chodzi o stronę brzmieniową. Co spowodowało, że poszedłeś w taką stronę bardziej popową?
PB: Zawsze śpiewałem włoskie standardy. Dlaczego? Bo kiedy miałem 17 lat zmarł mi Ojciec. Zawsze ceniłem tę muzykę, te piosenki, które są na całym świecie kochane, ale nie były interpretowane przez nikogo. 20 lat temu postanowiłem je zaśpiewać te utwory w hołdzie dla artystów takich jak Al Bano czy Toto Cotugno; albo tych co już nie żyją. Dodatkowo chciałem nagrać te kompozycje z orkiestrą i pokazać, że jest to już klasyka. W tym samym czasie się pojawił Michael Buble, który to samo zrobił z piosenkami amerykańskimi. Przed nim był jeszcze Harry Connick Jr. Nagrałem dziewięć albumów, na których znalazła się cała biblioteka włoskiej piosenki i w pewnym momencie po prostu zabrakło mi materiału. W końcu powiedziałem sobie: „Stop! Czas by w końcu nagrać coś swojego”. I tu pojawiła się ważna kwestia: lubię ambitne, piękne melodie, ale w dzisiejszych czasach ludzie nie mają czasu, a często i ochoty słuchać ambitnej muzyki. Napisałem piosenkę „Quando penso a Napoli” czyli „Kiedy myślę o Neapolu”. Jest to ambitna i piękna piosenka, ale ciężka. Mając 27 lat, moi słuchacze byli 50 +. Teraz, 20 lat później, mają po 70-80 lat. Chciałem z moją muzyką trafić też do młodszego pokolenia, szczególnie w czasach popularnych platform takich jak TikTok, Instagram, Facebook, YouTube. Bardzo ważne dla takich artystów jak ja jest dbanie o obserwujących i zbieranie „lajków”.
Nie mówię, że to, co zrobiłem przedtem mnie już nie interesuje. Wręcz przeciwnie. Na moich koncertach wciąż śpiewam te włoskie klasyki, te wszystkie tarantelle, całą tę „włoszczyznę”, którą ludzie kochają i chcą jej słuchać. Właściwie robię to, co powinienem był robić od samego początku. Ale wtedy tego nie czułem, a teraz tak. Po prostu się zrealizowałem w moim śnie i teraz mogę śpiewać to co chcę. Natomiast zawsze będę się starać, aby miało to jak najwyższą jakość.
GS: Wydałeś właśnie nowy album „NapoLatino”. Tytuł brzmi intrygująco…
PB: Na tej płycie znalazły się standardy latynoamerykańskie zaśpiewane po hiszpańsku, angielsku i włosku zaaranżowane nie w stylu latino. Bo po co aranżować w takiej wersji, skoro te utwory istnieją już w wersji latino. Zamiast tego zaaranżowałem te kompozycje w wersji śródziemnomorskiej: włoskiej, neapolitańskiej. Wziąłem piosenki takie jak: „O Sole Mio”, które zaaranżowałem w latino, czyli połączyłem neapolitańską muzykę z latynoską i wyszła z tego fuzja, którą praktykuję od 20 lat.
GS: Jakie wyzwania przed Tobą stanęły, kiedy aranżowałeś te utwory? Nie wszystkie piosenki da się przełożyć z latino na Neapol i vice versa…
PB: Z tych, które się nie dało przerobić po prostu musiałem zrezygnować. Także na pewno wyzwaniem było to, aby zastanowić się, czy da się to zaaranżować w taki sposób, żeby te nowe wersje nie straciły tej duszy, tego temperamentu, ale dodać elementy, które mogą zatrzymać ich autentyczność, ale dodać też im mój własny styl.
GS: A nie myślałeś o na przykład nagraniu muzyki z Brazylii po portugalsku?
PB: Tak. Ale widzisz, to jest osobna szuflada muzyczna. Brazylijczycy uważają się za inny obszar kulturowy. To jest niby Ameryka Łacińska, ale nie hiszpańskojęzyczna, tylko portugalskojęzyczna. To jest zupełnie inna muzyka, inny rodzaj interpretowania, inny styl. Nawet bym powiedział, że muzyka brazylijska, ale nie ta którą się gra na karnawale, ma dużo wspólnego z jazzem. I ta muzyka zasłużyła sobie u mnie na osobną płytę (śmiech).
GS: Jesteś uznawany za ambasadora włoskiej piosenki. Jak się do tego odnosisz?
PB: Czuje się ambasadorem nie tylko włoskiej muzyki, ale także tej serdeczności śródziemnomorskiej. Od 20 lat mam dom w Hiszpanii, mówię perfekcyjnie po hiszpańsku. Lubię tę kulturę, mieszkałem sześć miesięcy w Meksyku, bo tam śpiewałem dla pewnej telenoweli. Występowałem w Peru oraz Argentynie i w końcu doszedłem do wniosku, że jestem bardzo europejski. Jestem dumnym Europejczykiem i chcę tu podkreślić, że moje polskie korzenie są dla mnie bardzo ważne. Moja Mama prawdopodobnie wyszła za mąż za mojego Tatę, bo była bardzo zakochana we włoskiej kulturze. W dawnych czasach w Polsce chodziła do kina na filmy włoskie. Znała nawet więcej włoskich piosenek niż mój Tata. Także w moim domu kultura polska była mocno obecna. Także tak naprawdę, jeśli ja bym nie miał tej ciekawości do szukania co we mnie jest polskiego, to bym prawdopodobnie był tylko Włochem. I dlatego jestem tym ambasadorem tego „dolce vita”, tej „włoszczyzny”. Ale chodzi tu o harmonię, o melodię, o ten lifestyle. Moje wideoklipy są kręcone we Włoszech. Kiedy człowiek sobie obejrzy moje klipy, to może się poczuje jak na urlopie. I wiesz co? Jestem ambasadorem włoskiej piosenki, ale nie chcę mieszkać we Włoszech. Italia jest pięknym krajem. Dobre jedzenie, dużo historii i kultury, ale dla mnie jest za dużo chaosu i biurokracji. Wystarczy mi tydzień lub dwa by pojechać do Włoch, odwiedzić moich kuzynów. Oni mnie uważają za Włocha, za tamtejszego, ale ja im mówię: „jestem więcej niż tylko Włochem czy Neapolitańczykiem. Jestem Patrizio Buanne”.
GS: Planujesz koncerty w Polsce w 2026 roku?
PB: Najpierw musimy dom budować od fundamentu, od piwnicy. Tak, planujemy koncerty w Polsce. Mamy upatrzone miejsca w Warszawie, chociaż chciałbym też gdzieś wyjechać w Polskę i zagrać we Wrocławiu, Krakowie, Katowicach. Zrobić swój własny show. Najpierw jednak musimy troszeczkę porobić promocyjnego szumu.
