Penthouse

WywiadMaciej MajewskiPenthouse
Penthouse

Puławsko-warszawski zespół Penthouse, to nie do końca debiutanci. Grupa założona została przez muzyków, mających na koncie wiele różnych wcieleń muzycznych w przeszłości, takich jak The Black Tapes, Ahimsa, czy Jack Saint. Tym niemniej aż siedmioosobowy skład, nawiązujący w swojej twórczości do klasycznego brzmienia lat 60. i 70. nie jest codziennością w naszym kraju. Ich debiutancka płyta zatytułowana „music undersea” daje wstępne pojęcie o możliwościach tego ensemble’u. O szczegółach całego przedsięwzięcia opowiedzieli mi wokalista Michał ‘Święty’ Strażewski, gitarzysta Tomek Sierajewski i perkusista Dawid Ryski.

MM: Skąd właściwie wziął się Penthouse? Macie przecież spore doświadczenia z innych składów, w których graliście i nadal grywacie.

TS: To trochę efekt ‘pocovidowej mgły’. Na pewno po rocznej przerwie każdy z nas był spragniony muzycznej aktywności.

DR: Wszystko zaczęło się od pomysłów Tomka. To on wygrzebał ze swojego sejfu stare szkice muzyczne, które mi zaprezentował. Trafił w idealny moment, ponieważ równocześnie pomagałem graficznie Jack Saint - zespołowi Świętego. Od razu pomyślałem, że jego głos świetnie wpasuje się w nasz nowy projekt.

MS: Wszystko się zgadza!

MM: A jak dobraliście resztę składu?

TS: Jesteśmy składem warszawsko-puławskim (śmiech).

DR: Od samego początku mieliśmy pomysł, żeby wokal Świętego dopełniały kobiece chórki. Tak się wspaniale składa, że młodsze siostry mojej żony śpiewają w Orkiestrze Politechniki Warszawskiej. Od razu wiedzieliśmy więc, że Magda z Zosią będą pasować idealnie. Tak jak Tomasz wspomniał - jesteśmy rozrzuceni pomiędzy dwoma miastami: Warszawą i Puławami. Próby postanowiliśmy grać w tym mniejszym mieście, gdzie mamy salę prób z colors. (inny projekt Dawida – przyp. MM).

MS: Dziewczyny świetnie to robią i na nowym materiale Penthouse będą jeszcze bardziej zauważalne.

MM: To czyni z Was septet, który - przyznaję - w takiej stylistyce nie jest czymś codziennym na polskim rynku.

DR: Nikt z nas chyba nie zdawał sobie sprawy, jakie trudne będzie granie w siedmioosobowym składzie. Na pewno logistycznie jest nam bardzo ciężko zgrać się w jednym terminie. Dotyczy to zarówno prób, jak i koncertów.

TS: Nie mamy gitary, która wypełnia 70% muzycznej przestrzeni, dlatego otworzyło to nam nowe możliwości. Mam na myśli taką gitarową ścianę, która towarzyszyła nam w naszych dotychczasowych zespołach.

MS: Tego rodzaju muzyka była zwykle grana w dużych składach, w odróżnieniu do rocka, w którym standardowo grają 3-4 osób. Ale na przykład Bryan Ferry miał w zespole 12 osób.

MM: No właśnie - od czego wyszły pomysły na utwory, które znalazły się na płycie? Z melodii? Z groove'u?

MS: Najczęściej z melodii i tekstu albo odwrotnie - z rytmu i tekstu.

TS: A czasami z riffu.

MS: Zwykle to wygląda tak, że ze swojej strony mam coś, co jest gotowym tekstem i próbujemy z Tomkiem różne warianty, po czym wszyscy we trójkę to obsłuchujemy i sprawdzamy, czy nas rusza w jakiś sposób.

TS: Nie było jakiegoś modus operandi pod tym względem. W dużej mierze inspiracją jest tekst, który daje kierunek chociażby ‘nastroju’ utworu.

MS: Tak, nie mamy sztywnego sposobu na powstawanie materiału. Jeżeli taki się pojawia, staramy się go zmieniać po krótkim czasie.

MM: Numery są dość zwarte i te vintage'owe elementy - przynajmniej na płycie - trzymają się w ryzach. Rozumiem, że na koncertach to wszystko żyje swoim dodatkowym pulsem i drivem?

DR: Mieliśmy okazję zagrać dopiero dwukrotnie na żywo. Aktualnie przygotowujemy się do koncertów jesiennych. W jakimś procencie kawałki są urozmaicone, tudzież zmienione – tak, aby było nam je wygodniej zagrać, czy zaśpiewać, ale żeby jednocześnie nie traciły swojego kręgosłupa.

TS: Na pewno na żywo brzmienie jest bardziej ‘brudne’.

MS: Pewnie w porównaniu z większością garażowych zespołów na mieście, brzmimy bardzo czysto (śmiech).

MM: Siostry Gąsiorowskie to nie jedyne damskie głosy na płycie - w "Queen Remedy" pojawia się gościnnie Moriah Woods. To był numer stworzony "pod nią", czy przy jej udziale?

TS: Bierzemy wszystkie damskie głosy z Puław (śmiech).

MS: To był stary tekst z początków mojego zespołu Jack Saint, który zawierał w sobie dwa głosy - męski i żeński. Tomek miał bardzo dobry, soulowy rytm do tego. Szukaliśmy tekstu, który był bardziej konwersacją, a nie jednym punktem widzenia.

MM: A ta elegijna coda acapella na koniec wyszła już stricte od Moriah?

DR: To zabieg ‘producencki’ Tomka, który dostał od Moriah kilka ścieżek wokalnych.

TS: Moriah w pełni się poddała naszej koncepcji.

MS: Potrzebowaliśmy efektu, żeby jej piękny głos nie skończył się razem z piosenką - żeby wylał się jakby za nią.

MM: Z kolei "Soul Rebel (Song For Red)” ma jakby dwie części - jedną nieco doorsową, a drugą soulowo-funkową. Z czego to wynika?

DR: To był celowy zabieg. Chcieliśmy zrobić po zakończeniu któregoś z numerów minutowy "teaser" kawałka, który pojawi się w całości na drugiej płycie. Takie trochę nawiązanie do klasyków soul/funk z lat 70.

MM: A czy ponury "Cruel World (bye bye)" to bezpośrednia odpowiedź do tego, o czym wspomnieliście na początku - czyli do okresu pandemii?

MS: Kompletnie nie. Na początku to było ćwiczenie z Toma Waitsa, ale pod okiem Penthouse, wylądowało zupełnie gdzie indziej.

MM: Skoro byliście tak głodni grania, to czemu te kawałki, a w konsekwencji - cała płyta, są takie krótkie?

TS: Chcieliśmy pozostawić niedosyt.

MS: To zawsze jest wyzwaniem aranżacyjnym, żeby postarać się zrobić coś dobrego w krótkim czasie. A poza tym chcieliśmy uniknąć formy muzycznego makaronu.

MM: Płyta ma dwie okładki - Dawid, to wynik Twojej plastycznej nadpobudliwości?

DR: (śmiech) Wymyśliłem sobie, że na okładce Penthouse powinno być jakieś zaskakujące zdjęcie, okraszone prostym layoutem. Odezwałem się do kolegi BADMONDAY, którego prace bardzo lubię. Przeglądając jego instagramowe portfolio, bardzo ciężko było mi się zdecydować, które z nich wybrać. Dlatego ostatecznie zdecydowaliśmy się na dwie okładki, które będą również w wersji winylowej.

Powiązane materiały