Queensrÿche

25 lutego grupa Queensrÿche wystąpi w warszawskiej „Proximie” w ramach wspólnej trasy z Night Demon. Jak się okazuje, będą to specjalne koncerty, na których zespół sięgnie do swoich najstarszych nagrań. O szczegółach opowiedział mi jej wokalista Todd La Torre, który zdradził przy okazji swój stosunek do oldschoolowego rocka i metalu, opowiedział o tym, jak utrzymuje formę, a także napomknął o nowej muzyce zespołu.
MM: Trasa z Night Demon nazywa się The Origins Tour i zastanawiam się skąd ten tytuł.
TLT: Trasa nosi taką nazwę się tak, bo odnosi się do dwóch pierwszych płyt zespołu. Wracamy więc do początków brzmienia i stylu, z którego wywodzi się Queensrÿche. Na tej trasie zagramy materiały z ep-ki „Queensrÿche” i płyty „The Warning” w całości w porządku chronologicznym oraz w standardowym stroju. Natomiast na bis zagramy inne, nie mniej ciekawe numery. Dlatego nazywa się to The Origins Tour. Wracamy do samych początków zespołu.
MM: Te nagrania pochodzą zatem z okresu na wiele lat przed Twoim dołączeniem do zespołu. Jak się czujesz z tymi starymi nagraniami Queensrÿche?
TLT: Bardzo mi się podobają. To są moje ulubione piosenki i ulubione wydawnictwa Queensrÿche. Łatwiej mi też śpiewać takie rzeczy niż, powiedzmy materiał z „Empire” (czwartej płyty Queensrÿche, wydanej w 1990 r. – przyp. MM). Poza tym to są dwie płyty, z których zespół nie grał piosenek w całości od 1984 roku. Na przestrzeni lat pojawiały się jedynie pojedynczo. Jest to więc pierwszy raz, kiedy zespół zagra te utwory w całości i w kolejności, w jakiej znajdują się na płytach.
MM: Rozumiem, że jesteś przywiązany do takich oldschoolowych nagrań, bo o ile dobrze pamiętam, aktywność muzyczną zaczynałeś w 1991 roku, a więc bardzo ważnym roku dla muzyki rockowej i metalowej?
TLT: Tak, dużo czasu spędziłem grając na perkusji przy muzyce „The Warning”. A wokalnie... Wiesz, ten styl wokalny to coś, co kocham. Lata 80. były po prostu wspaniałym czasem dla muzyki i wszelkich jej odmian, nie tylko rocka czy metalu. To była ważna część poszerzenia mojego myślenia o grze na perkusji jako perkusisty, ponieważ partie były zdecydowane, a muzyka - bardziej interesująca, lekko progresywna i tego typu rzeczy. A wracając do „The Warning” - to prawdopodobnie mój ulubiony album Queensrÿche. Mam z nim wiele wspomnień, wielokrotnie jechałem samochodem i go słuchałem. Kojarzy mi się po prostu z dobrymi chwilami w moim życiu.
MM: Zaskoczyłeś mnie, bo większość ludzi wskazuje „Operation: Mindcrime” jako swoją ulubioną płytę Queensrÿche.
TLT: Bo to najbardziej znana płyta Queensrÿche obok „Empire”. To fenomenalna płyta. Jest genialna od początku do końca. Ale to nie jest mój ulubiony album zespołu.
MM: Wspomniałeś o grze na perkusji. Wiem, że układałeś partie bębnów nawet na wasz ostatni album - „Digital Noise Alliance”. W innych projektach, w których bierzesz udział, też to robisz?
TLT: Niekoniecznie. W moich solowych utworach układam całe partie perkusji. Kiedy dołączyłem do Queensrÿche, napisałem wiele partii perkusyjnych na demach do większości piosenek na płyty „Condition Hüman” i „The Verdict”. Na „The Verdict” zagrałem też wszystkie partie bębnów. A potem, kiedy pojawił się „Digital Noise Alliance”, Casey (Grillo, perkusista, który dołączył do zespołu w 2020 r. – przyp. MM) był osobą, która zaczęła tworzyć wszystkie partie perkusyjne na tę płytę. Chodzi mi o to, że jeśli mam jakieś pomysły, mogę powiedzieć, że to może być fajna partia perkusyjna. Jednak teraz, gdy mamy Caseya, który zawsze chce i potrafi pisać partie perkusyjne, powinien robić to w pierwszej kolejności. Ale jest bardzo demokratyczny. Jeśli mam fajny pomysł, który moim zdaniem ma sens muzyczny, mówię: „Hej, wiem, że to robisz, ale to też może być fajne. Co o tym sądzisz?”. Jeśli mu się spodoba, użyje tego. Jeśli nie – nie musi tego używać. Tak czy inaczej - wszystko jest w porządku.
MM: Czy to oznacza, że masz w domu zestaw perkusyjny?
TLT: Tak, mam wiele zestawów perkusyjnych. Mam bębny akustyczne i elektroniczne, z których także Casey może korzystać. Mam też mnóstwo gitar, bo je kolekcjonuję.
MM: Na „Digital Noise Alliance” nagraliście własną wersję „Rebel Yell” Billy’ego Idola. Skąd ten pomysł?
TLT: Rozmawialiśmy o tym, że fajnie byłoby po prostu nagrać cover jakiejś piosenki. Jedną z tych, które chcieliśmy wziąć na warsztat, była „She Sells Sanctuary” The Cult. W międzyczasie pojawił się pomysł nagrania „Rebel Yell”. Pomyśleliśmy, że to jest piosenka, która - kiedy wszyscy ją słyszą - mówią: "tak, ta piosenka kopie tyłki". Jestem wielkim fanem Billy’ego Idola od dawna. Pomyśleliśmy więc: zróbmy coś, co tylko dla nas i dla zabawy.
MM: „Digital Noise Alliance” jest pełne utworów, które mogłyby być stadionowymi hymnami. Momentami brzmicie na niej jak Iron Maiden.
TLT: Tak, w pierwszym utworze „In Extremis” brzmię ponoć jak Bruce Dickinson. Ale jest też piosenka taka jak „Forest”, w której brzmię zupełnie inaczej. Niektóre frazy, aspekty tonalne, vibrato rzeczywiście są podobne. Chodzi mi o to, że ludzie przez lata mówili, że mam w swoim głosie coś w stylu Bruce’a Dickinsona. Myślę, że są gorsze rzeczy, do których można by je porównać (śmiech). Mam na myśli to, że on nadal brzmi niesamowicie. Facet ma więcej energii, niż ktokolwiek, kogo kiedykolwiek widziałem. Jest bardzo aktywny. Myślę, że prawdopodobnie ma dobre geny. Śpiewa i to w wysokich tonach od ponad 40 lat! Niektórzy piosenkarze z wiekiem nie próbują śpiewać tak dalej. Ale są piosenkarze tacy jak Rob Halford, czy właśnie Bruce Dickinson, którzy utrzymują tę moc nawet w podeszłym wieku. Sądzę, że technika ma z tym wiele wspólnego. Każdy z wiekiem traci jakiś zasięg, chyba że jesteś Glennem Hughesem czy kimś takim (śmiech). On jest też w niesamowitej formie. To niedorzeczne (śmiech).
MM: Dbasz jakoś szczególnie o swój głos?
TLT: Nie, zazwyczaj nawet go nie rozgrzewam. Nigdy nie siedziałem, nie ćwiczyłem, nie robiłem skal. Nie robiłem tego wszystkiego. Przez większość czasu po prostu wychodzę i śpiewam. Poza tym nie piję alkoholu. Palenie papierosów rzuciłem dwa lata temu, więc wiesz - to musi przynieść jakieś korzyści. Do tego uważam, że ważne jest wysypianie się. I ograniczenie mówienia, jeśli to możliwe. Krótko mówiąc: odpoczynek bez gadania (śmiech). Podczas koncertu za sceną, gdzie ludzie nie widzą, mam skrzynkę do pracy, w której mam coś w rodzaju czajnika z gorącą woda i robię gorącą herbatę lub coś do picia. To w zasadzie wszystko. Nie imprezuję, więc nie rozmawiam całą noc z ludźmi. Wydaje mi się, że dzięki temu śpiewam z całkiem niezłą techniką, do tego stopnia, że kiedy kończę koncert, nigdy nie odczuwam bólu. Zawsze czuję się dobrze. Tak naprawdę nie podpisuję się pod wieloma zasadami, takimi jak: nie jedz tego, nie pij tamtego. Wiem tylko, że alkohol wysusza i to nie jest dobre. Więc po prostu prowadzę czyste życie. Jestem trochę nudnym facetem.
MM: Między wydaniem każdej kolejnej płyty Queensrÿche jest zawsze kilka lat przerwy. Myślicie już o nowym materiale?
TLT: Zamierzamy ją już zacząć robić. Za kilka dni przylatują do mnie wszyscy i zaczynamy pisać piosenki razem z naszym producentem. Będziemy więc pracować nad pomysłami na piosenki od strony muzycznej. I nie wchodzimy w to z żadnym planem, żadnym pomysłem stylistycznym.
MM: Nadal mieszkasz na Florydzie?
TLT: Tak, ale się przeprowadzamy. Opuszczamy Florydę, miejmy nadzieję, że do połowy tego roku, aby uciec przed huraganami. Przenosimy się w rejon Minnesoty.
