Siena Root

WywiadMaciej MajewskiSiena Root
Siena Root

Szwedzki zespół Siena Root należy do najbardziej charakterystycznych przedstawicieli vintage rocka. Muzyka z lat 60. i 70. zdaje się nie mieć przed nimi żadnych tajemnic, dzięki czemu sami starają się tworzyć nowe formy, korzystając z wpływów poprzedników. W ubiegłym roku zespół wydał ósmy już album „Revelation”, a w ostatnich dniach grupa po raz kolejny odwiedziła Polskę, dając 3 koncerty. Przed występem w warszawskim Odessa Clubie porozmawiałem z założycielami grupy - basistą Sam Rifferem oraz perkusistą Love Forsbergiem, a także wokalistką Zubaidą Solid, którzy opowiedzieli o kilku wątkach z historii grupy, swoich fascynacji winylami oraz o istocie wpływów muzyki z lat 60. i 70. na twórczość ich zespołu.

MM: Zgłębiając dyskografię Siena Root, zauważyłem, że wśród wielu odmian rocka z okresu lat 60. i 70., którym hołdujecie, najmniej jest space rocka. Zdarzały się pojedyncze elementy tej odmiany w waszej twórczości, ale nigdy całościowe. To przypadek?

LF: To prawda, używaliśmy jedynie elementów space rocka w naszej twórczości, natomiast do dziś zasłuchujemy się w płytach z tego gatunku, zwłaszcza z lat 70. i przemycamy niektóre rozwiązania do naszej muzyki. Na pewno w naszej twórczości jest więcej elementów space rocka, niż metalu (śmiech).

SR: Pewnie chodzi ci o to, że nie zrobiliśmy z tego czegoś więcej, jak w przypadku „Different Realities”, gdzie część płyty była suitą z muzyką indyjską. Tamta płyta wyniknęła z tego, że nasz ówczesny gitarzysta, KG West studiował muzykę indyjską i grał na sitarze. Zaczęliśmy więc eksperymentować z tego typu brzmieniami, ragami indyjskimi i staraliśmy się wpleść te elementy do naszej twórczości. A space rock? Hm, wszystko zależy od odbioru, bo jak wspomniał Love, do pewnego momentu czerpiemy także i z tego gatunku.

MM: Zawsze mnie zastanawiało, czemu okres pomiędzy założeniem waszego zespołu, a wydaniem pierwszej płyty „A New Day Dawning” trwał aż 7 lat?

LF: O, to długa historia. W 1996 roku zaczęliśmy z Samem razem grać i to były dopiero zalążki zespołu.

SR: Zgadza się. W pierwszej formie to nie była Siena Root - nazwa pojawiła się dopiero kilka, czy nawet kilkanaście miesięcy później. W tamtym czasie graliśmy przede wszystkim covery Black Sabbath. Natomiast – odpowiadając na twoje pytanie: pod koniec lat 90. to, że miałeś zespół, nie oznaczało automatycznie, że będziesz nagrywał i wydawał płyty. Znalezienie i zainteresowanie ze strony odpowiednich wytwórni płytowych nie było łatwe i zajmowało sporo czasu. Przygotowywaliśmy demówki i wysyłaliśmy je chyba do wszystkich głównych wytwórni płytowych w kraju. Pracowaliśmy ciężko, by zostać zauważonymi i dopiero w 2003 roku zaoferowano nam uczciwy kontrakt płytowy. To jedna część opowieści. Druga wiąże się z tym, ze przez te 7 lat zespół bardzo się rozwinął. Muzycy przychodzili i odchodzili, zanim uformował się skład, który nagrał „A New Day Dawning”. Dzisiaj wszystko wygląda zupełnie inaczej. Moglibyśmy założyć zespół w tej chwili, a jutro wydać jego muzykę w sieci.

MM: Domyślam się, że w tamtym czasie wytwórnie płytowe patrzyły nieszczególnie przychylnym okiem na zespoły vintage rockowe..

LF: Zdecydowanie! To, co graliśmy, było dla nich dziwne i zwariowane. A już wydawanie tego na winylu w ogóle nie wchodziło w rachubę! Kto w tamtym okresie myślał o wydawaniu winyli, które były nośnikiem przeszłości? Chyba tylko my (śmiech).

MM: Siena Root działa już od ponad ćwierćwiecza i nadal pozostajecie wierni muzyce okołorockowej lat 60. i 70. Co po tylu latach grania jeszcze fascynuje was w twórczości z tego okresu?

LF: Cały czas staramy się brać elementy z muzyki tamtego okresu i tworzyć z niej coś nowego. Robimy jeden krok do tyłu i dwa do przodu – tak przynajmniej to postrzegamy. Nie chcemy być uznawani za regularny zespół retro, grający np. covery – to nas nie interesuje. Największa frajda jest w robieniu zupełnie nowych rzeczy przy użyciu patentów, które już znamy. Większość naszych eksperymentalnych rzeczy nigdy nie przedstawialiśmy szerszej publiczności, bo jest to twórczość… dziwna (śmiech). Rzeczy, które robiliśmy, grając z grupami tanecznymi, czy film, który wypuściliśmy przy okazji poprzedniej płyty… Nikt nie wiedział, jak dotrzeć z tym do szerszej publiczności, więc te rzeczy przeszły nieco bokiem.

SR: Podobnie zresztą było ze wspomnianą „Different Realities”. Ludziom średnio podobały się nasze eksperymenty z muzyką indyjską. Traktowali ją jedynie jako zwykły dodatek…

ZS: Myślę, że kluczową kwestią, jeśli chodzi o naszą fascynację muzyką lat 60. i 70. jest nie tylko to, jaka ona jest, ale przede wszystkim pomysły na jej tworzenie. Zespoły z tamtego okresu, którymi się fascynuję – oprócz tego, że wypracowały swój własny styl – były bardzo otwarte na różne eksperymenty. I co więcej – nie bały się ich. Nawet jeżeli były to grupy rockowe, czy hardrockowe, zawsze znalazło się miejsce na rzeczy spokojniejsze, akustyczne, elektroniczne, czy inne zabawy dźwiękiem… Myślę, że Siena Root reprezentuje takie samo podejście. Tak – mamy korzenie w muzyce rockowej, ale nie boimy się eksperymentować i próbować nowych rzeczy, rozwijać się.

SR: Poza tym weź pod uwagę fakt, że mieszanie styli w muzyce rockowej i eksperymenty muzyczne w latach 70. były tratowane jako przejaw komercji. To było artystyczne i twórcze, ale przede wszystkim nastawione na możliwości komercyjne, trafiające do możliwie najszerszej grupy odbiorców. Spójrz na „The Dark Side Of The Moon”. To progresywny album z mnóstwem elementów eksperymentalnych. Dzisiaj taki album nie trafiłby praktycznie do nikogo… Nie byłby komercyjny i nie zrobiłby wrażenia poza może grupką fanów takich brzmień.

LF: Parę dni temu usłyszałem, że czas nowych najbardziej komercyjnych utworów skrócił się z 3 minut i 20 sekund do 2 minut! Muzyka robi się coraz krótsza... To wszystko wina serwisów streamingowych i TikToka… To komercyjne samobójstwo.

SR: Ludzka cierpliwość też się zmniejsza. Słuchacze przestają być otwarci na duże formy muzyczne.

MM: Myślę, że młodzi ludzie mogą poznać Siena Root poprzez swoich rodziców – do tej grupy trafiacie przecież głównie, bo oni rozumieją wasze korzenie i wasze podejście do muzyki, o którym mówiliście.

LF: Zgadza się, ale tylko pod warunkiem, że ci młodzi ludzie posłuchają swoich rodziców (śmiech).

MM: Wspomnieliście o wydawaniu płyt na winylach. Pytanie może wydać się oczywiste, ale czy sami nadal słuchacie muzyki z tego nośnika?

ZS: Chyba wszyscy w zespole jesteśmy niezłymi świrami, jeśli chodzi o zbieranie winyli. Dla nas to najlepsza forma doświadczania zapisanej muzyki na nośniku fizycznym. Myślę, że to najbliższa i najszczersza forma odbioru muzyki.

MM: Jimmy Page powiedział kiedyś, że nawet w dobie płyt kompaktowych, nigdy nie porzucił winyli. Cały czas je kolekcjonował i nadal kolekcjonuje.

SR: Tak, poza tym zobacz, ile razy podchodził do remasterowania płyt Led Zeppelin. Co kilka lat zmieniała się technologia, a on nie był do końca zadowolony z brzmienia, więc ponownie brał się za remastering i za każdym razem twierdził, że teraz te płyty brzmią wreszcie najlepiej (śmiech).

ZS: To mi przypomina George’a Lucasa i to co zrobił z sagą „Gwiezdnych Wojen”, dokładając elementów animacji do kolejnych wersji filmów. Obecne cyfrowe wersje mocno odstają od pierwowzorów z lat 70.

MM: Co zatem stanowi muzyczną przyszłość Siena Root?

SR: Przyszłość nadchodzi, bo jesteśmy tuż przed nagraniem płyty live. Zamierzamy nagrać ją w Niemczech, gdzie tak jak w Polsce, gramy kilka koncertów.

MM: A myślicie już o nowej płycie?

SR: Tak, są już pierwsze pomysły.

ZS: Piszemy praktycznie cały czas nowe rzeczy, więc kiedy przyjdzie czas, by je zebrać, uporządkować i nagrać płytę, to ją zrobimy.

LF: Nikt jednak nie wie, w jakim pójdziemy kierunku (śmiech).

Powiązane materiały