Slim Cessna's Auto Club

Amerykańska grupa Slim Cessna's Auto Club po raz kolejny zagra w Polsce. Formacja z Denver już 27 czerwca wystąpi w warszawskim klubie Hydrozagadka oraz 28 czerwca w krakowskim klubie Kamienna 12 gdzie promować będzie najnowszą płytę „Kinnery of Lupercalia; Buell Legion”. W poniższej rozmowie Slim Cessna opowiedział mi nie tylko o najnowszym dziele, ale również o początkach grupy, na której czele stoi dziś wraz Jayem Munlym i Dwightem Pentacostem. Wyjaśnił również decyzję o wydawaniu płyt we własnej wytwórni oraz wyjawił, czy muzyka country wciąż pozostaje bazą dla twórczości grupy.
MM: Pod koniec maja wydaliście drugą część trylogii Kinnerry - „Kinnery of Lupercalia; Buell Legion”. Może to pytanie powinno być skierowane do Munly’ego, ale czemu ta opowieść jest podzielona na trzy części?
SC: Rzeczywiście musiałbyś spytać o to Munly’ego. Natomiast w moim rozumowaniu jest to trylogia, ponieważ prowadzimy razem łącznie 3 zespoły: Munly’ego i The Lupercalians, DBUK i oczywiście Auto Club. Każda z części ukaże się pod szyldem tych grup, więc ostatnia wyjdzie jako album DBUK. Do tej opowieści wchodzą też trzy różne rodziny, co również stanowi pewne uzasadnienie.
MM: Poprzedni album Auto Club pojawił się w 2016 roku. Skąd więc taka przerwa wydawnicza?
SC: To było spowodowane wydawaniem właśnie płyt DBUK i The Lupercalians, które ukazały się w tym okresie, o którym mówisz. Nie lubimy pośpiechu. Jesteśmy w tej komfortowej sytuacji, że nie czujemy presji i możemy wydawać muzykę, kiedy chcemy. Czasem może to być nawet 8 lat – tak jak teraz. Nie nagrywamy oczywiście superperfekcyjnych płyt, natomiast jesteśmy szczerze dumni z każdej, którą nagraliśmy.
MM: W stworzenie i nagranie „Kinnery of Lupercalia; Buell Legion” byli zaangażowani wszyscy członkowie zespołu, co czyni z niego album bardzo wspólny. Ale zauważyłem, że być może dzięki temu ta płyta ma swoją odrębną mitologię i klimat?
SC: Duża w tym zasługa Munly’ego, który tworzy te historie. On czyta mnóstwo książek, więc czasem nie wiadomo, co go zainspiruje. Do tego ma bujną wyobraźnię. Mnie najbardziej inspiruje kwestia brzmieniowa, co daje charakter poszczególnym kompozycjom. Na przykład te chóry w „Easter”.
MM: To dość upiorna kompozycja o Wielkanocy...
SC: (śmiech) Tak, ale to czyni ją wyjątkową i... piękną. Dla mnie to urocza piosenka.
MM: A te elementy plemienne w „Tosspa & Tosspa's Twin”?
SC: To akurat sprawka Andrew (Warnera, perkusisty SCAC – przyp. MM). To zresztą pierwszy album, na którym jest naszym bębniarzem i w którym wziął czynny udział. To on sprawił, że ta płyta momentami brzmi ciężej, niż wcześniejsze nasze dokonania. Ma świetne pomysły i pewnie jeszcze nie raz nas czymś zaskoczy.
MM: „Kinnery of Lupercalia; Buell Legion” wydaliście we własnej wytwórni SCACUNINCORPORATED. Swego czasu wydawaliście też w niemieckiej Glitterhouse, a przede wszystkim w Alternative Tentacles.
SC: To straszne dziwne czasy na wydawanie produktów, które tak naprawdę kupuje niewiele osób. Ludzie więcej kupują obecnie winyli, niż płyt kompaktowych, co akurat bardzo mnie cieszy. Doszliśmy jednak do wniosku, że chcemy spróbować wydawać się samodzielnie. Ogarniamy wszystkie rzeczy zespołowe, więc własna wytwórnia pod tym względem jest naturalnym krokiem. W pewnym momencie zadaliśmy sobie pytanie, czy zamierzamy nadal wydawać u kogoś, czy się poddać. Jak widzisz – nadal tu jesteśmy. A czy była to dobra decyzja? Póki co – zdecydowanie! Jesteśmy bardzo wdzięczni za to, że są odbiorcy, którzy czekają na nasze płyty i chcą je kupować.
MM: Jello Biafra chyba nie był zadowolony, że opuszczacie jego wytwórnię?
SC: To prawda, ale wcale go o to nie winię. Dał nam szansę i stał się jednym z największych orędowników naszego zespołu. Nie chcieliśmy go zawieść, więc rozstanie z Alternative Tentacles nie było wcale prostą decyzją. Na szczęście Jello nas zrozumiał. W końcu sam odszedł z jednej wytwórni, by założyć własną (śmiech). Odeszliśmy z Alternative Tentacles w 2015 roku.
MM: Mówisz o dość rodzinnej atmosferze, jaka panuje obecnie w Auto Club. Na przestrzeni tych 32 lat przez zespół przewinęło się co najmniej kilkunastu muzyków. W jakiej kondycji jesteście dziś, bo gdy się was obecnie ogląda, przypominacie komunę albo tabor cygański?
SC: (śmiech) Masz rację. Można na to patrzeć na różne sposoby. Dla mnie to rzeczywiście jest dość rodzinna sytuacja. Trudno mi to wytłumaczyć... Kiedyś środowisko było bardziej skonsolidowane – zwłaszcza, kiedy byliśmy młodsi. Do Denver nie przybywało zbyt wiele zespołów z koncertami. Najczęściej były to kapele punkowe, a więksi i bardziej znani artyści woleli grać w amfiteatrze Red Rocks, leżącego poza miastem. Dlatego stworzyliśmy naszą własną scenę. Mieliśmy podobne inspiracje - od gospel i country po punk rocka oraz kapele typu Joy Division, Echo And The Bunnymen. Denver było wówczas miastem dość... wiejskim. Oczywiście w ciągu tych wszystkich lat to się zmieniło... Znamy się wszyscy od dawna, bo wywodziliśmy się z tego samego środowiska. Dave’a Edwardsa z 16 Horsepower znam od 16 roku życia. Zmarłego przed rokiem Ordy’ego Garrisona (byłego perkusistę SCAC – przyp. MM) także. Skład Auto Club był tego odzwierciedleniem przez lata. I jak słusznie zauważyłeś – wielu muzyków przychodziło i odchodziło z naszego zespołu, ale ja, Dwight i Munly gramy razem od wielu, wielu lat. Jesteśmy bardziej jak bracia, niż nawet przyjaciele. Nauczyliśmy się współtworzyć i żyć ze sobą, mimo wszystkich naszych dziwactw (śmiech), a główną siedzibą zespołu pozostaje Denver.
MM: Powszechny obraz Denver chyba najbardziej zmienił serial „Dynastia” z lat 80.
SC: Pamiętam go, ale że dział się w Denver? Tego nie pamiętałem! Bliższe chyba było mi „Dallas” (śmiech).
MM: Pierwszy album Slim Cessna's Auto Club ukazał się 3 lata po założeniu zespołu. Czemu dopiero wtedy?
SC: Ponieważ do tamtego momentu byliśmy jedynie zespołem knajpianym. Uczyliśmy grać i tworzyć. Nasze piosenki nagrywaliśmy na kasety. Ale dopiero mniej więcej w 1997 roku zaczęliśmy się profesjonalizować, pojechaliśmy w trasę, bo mieliśmy już płytę i tak dalej. Nie spieszyliśmy się po prostu.
MM: Country jest podstawą waszej muzyki. Wydaje mi się, że w waszym wydaniu i sposobie jej prezentowania pełni funkcję podobną do opowieści z mitologii greckiej, czy rzymskiej.
SC: To bardzo ciekawe spojrzenie. Muzyka amerykańska ma kilka ‘swoich’ gatunków, jak blues, jazz, czy właśnie country. Nam jest bliska jest idea folkowców, którzy podróżowali i grali swe pieśni w różnych miejscach, w drodze.
MM: Jak Woody Guthrie?
SC: Oczywiście! Historie o ludziach, krainach, miejscach, pogodzie... Bardzo nam jest to bliskie, ale staramy się to ubarwić, trochę podkolorować.
FOTO: Olivia Baker


