Soft Machine

Legendarna brytyjska formacja Soft Machine przyjedzie do Polski w listopadzie, by zagrać mini-trasę w czterech polskich miastach. Z tej okazji miałem przyjemność porozmawiać z jej gitarzystą Johnem Etheridgem, który nie tylko opowiedział mi o ostatniej płycie „Other Doors”, ale także o bieżącym statusie grupy i jej kondycji artystycznej. Muzyk pokusił się też o komentarze na temat Erica Claptona oraz Jimmy’ego Page’a.
MM: „Other Doors” to dwunasty album w waszej dyskografii. Mam wrażenie, że to bardzo ‘kulturalna’ płyta.
JE: Nie jesteś jedyną osobą, która tak uważa. To bardzo ciekawa opinia, bo wydaje mi się, że w ogóle nie mieliśmy zamiaru nagrania takiej płyty. Sądzę, że to dlatego, że John Marshall (wieloletni perkusista grupy, zmarł kilka dni po tej rozmowie – przyp. MM) zagrał znacznie spokojniejsze partie, niż na poprzednich albumach. Wiedział, że to jego ostatnie nagrania z zespołem, gdyż planował przejście na muzyczną emeryturę. Gdy miał powiedzmy 45 lat, był niesamowicie mocnym perkusistą, który potrafił zagrać bardzo siłowo. A na tej płycie nie musiał się aż ta wysilać, choć zagrał przepięknie. Myślę, że to wpłynęło na charakter „Other Doors”. Pewna spontaniczność, a jednocześnie świadomość jest nieodzowną cechą Soft Machine. Nigdy niczego nie zakładamy i nie planujemy, jaki charakter ma mieć nasza twórczość. I w przypadku „Other Doors” również tak było. W studiu gramy całkowicie na żywo i tak też rejestrujemy naszą muzykę. Natomiast mam taką teorię, że bardzo często płyty oceniane są z perspektywy utworów, które je otwierają. W tym przypadku mam na myśli „Careless Eyes”, który rzeczywiście jest spokojnym, ale i krótkim numerem.
MM: Skoro wspomniałeś o emeryturze Johna, to skąd w jego miejsce w składzie Soft Machine wziął się Asaf Sirkis?
JE: Zanim opowiem o Asafie, pozwól, że jeszcze wspomnę o Johnie, który stanowi ogromną część mojego życia. Gram w Soft Machine od 1975 roku i to właśnie z Johnem przeżyłem w tym zespole najwięcej. Nie dość, że jest niesamowitym muzykiem, totalnym indywidualistą, a przede wszystkim – wspaniałym człowiekiem. Kiedy graliśmy w klubie Ronniego Scotta w Londynie w czerwcu ubiegłego roku, John zagrał fantastycznie, ale wiedziałem, że dla niego to koniec. Przeżyłem wcześniej podobne doświadczenia z innymi muzykami – Eltonem Deanem i Stéphanem Grappellim - po prostu czułem, że więcej już nie mogą. Dlatego bardzo się cieszę, że po tamtym koncercie udało mi się namówić Johna, by nagrał jeszcze swoje partie na „Other Doors”. Mieliśmy zabukowane 5 dni w studio, a John spędził z nami 3 z nich, po czym niestety zaczął się gorzej czuć. Jestem mu ogromnie wdzięczny za to, że podjął się nagrania tych partii, bo wiedziałem, że nie ma szans, by grał z nami koncerty. Zaś jeśli chodzi o Asafa… Kiedy John zdecydował się zrezygnować z grania, musieliśmy bardzo ostrożnie podejść do tematu jego następcy. Nasz menager, Leonardo popierał kandydaturę Asafa. A musisz wiedzieć, że mieliśmy do wyboru 6, czy nawet 7 perkusistów, którzy są wybitnymi instrumentalistami. Zdecydowaliśmy się na Asafa, ponieważ oprócz jego umiejętności, jest jakaś magia w jego grze. Soft Machine jest idealnym zespołem dla perkusistów, bo mogą grać właściwie to, co chcą, a jednocześnie zachowują pierwiastek zespołowy. Te cechy składają się na ten zespół właściwie od samego początku.
MM: Wracając do „Other Doors” – ponownie zarejestrowaliście utwory „Penny Hitch” oraz „Joy Of Toy”, sięgające debiutu Soft Machine. Co było powodem wyciągnięcia ich z przeszłości?
JE: To akurat jest przykład bardzo świadomego działania z naszej strony – przypominanie paru utworów z przeszłości. Kiedy w 2004 roku wracaliśmy jako Soft Machine Legacy, w ogóle nie mieliśmy zakusów, by robić coś takiego. Wówczas nie nagrywaliśmy żadnych starych utworów. Teraz pozwalamy sobie na takie zabiegi. Ma to związek z zachowaniem pewnej ciągłości. Kiedy dołączałem do Soft Machine, w ogóle nie myśleliśmy o jakiejś ciągłości. Żyliśmy tylko tym, co tu i teraz. Nie mówię, że teraz tak nie myślimy, ale jednak mamy poczucie dorobku tego zespołu. Moją uwagę zwróciła kiedyś opinia jednego z krytyków, który stwierdził, że wielokrotnie fani byli pogubieni w naszej twórczości właśnie ze względu na wspomniane ‘tu i teraz’. Natomiast jeżeli spojrzy się osobno na każdy z okresów działalności Soft Machine, to odrębnie każdy z nich jest dobry i nie muszą się ze sobą koniecznie łączyć. Tak więc przywoływanie starych utworów i ich ponowne nagrywanie, ma z jednej strony związek z kontynuacją, a z drugiej – przypomnienie konkretnego okresu artystycznego w działalności grupy. Ma to też inne zalety – stare nagrania były w dużej mierze oparte o bas i klawisze. Karl Jenkins (jeden z założycieli Soft Machine – przyp. MM) był wówczas nie tylko głównym autorem muzyki, ale i niepodważalnym liderem, wręcz dyktatorem w Soft Machine, co oczywiście generowało sporo konfliktów. Z tego powodu mniej więcej rok po tym, jak dołączyłem do zespołu, odszedł z niego Mike Ratledge (klawiszowiec grupy w latach 1966-76 – przyp. MM) A teraz, po wielu latach, możemy te kompozycje wzbogacić także innymi brzmieniami – chociażby gitarowymi. Podchodzimy, a przynajmniej ja podchodzę do tego w ten sposób, że gram te utwory tak, jak czuję je w danym momencie. W przypadku „Penny Hitch” musiałem poznać oryginał, żeby rozpracować jego brzmienie, natomiast – może wydać się to niepoważne - ale nie słyszałem nigdy oryginalnej wersji „Joy Of Toy”. Zazwyczaj bazujemy tylko na głównym temacie i na nim budujemy resztę aranżacji. Temat z „Joy Of Toy” przyniósł któregoś dnia na próbę Theo Travis i prawdę mówiąc, nawet nie wiem, czy zagraliśmy go w jakikolwiek sposób poprawnie (śmiech). Nie chcę jednak powielać wersji oryginalnej, bo wtedy brzmielibyśmy jak tribute band. Można więc powiedzieć, że „Penny Hitch" i „Joy Of Toy” na „Other Doors” mają raczej formę wariacji, niż coveru.
MM: Słuchając tego wszystkiego, co mówisz, odnoszę wrażenie, że Soft Machine działa niejako poza czasem. Muzyka zmieniła się na przestrzeni dekad kilkukrotnie, natomiast wy nadal podążacie własną ścieżką ponad tym wszystkim, co się dzieje. Zastanawiam się, co jest kluczową kwestią dla Soft Machine dzisiaj?
JE: To bardzo interesująca kwestia. W mojej opinii ma to w sobie coś z psychologicznego podłoża rzeczywistości. Nawiążę jeszcze raz do naszego powrotu z 2004 roku pod postacią Soft Machine Legacy. Oprócz mnie, Theo i Johna Marshalla w składzie był także Hugh Hopper (basista, zmarł w 2009 r. – przyp. MM), który z jakiegoś powodu miał kompleks Roberta Wyatta (założyciela Soft Machine, przyp. MM) i zawsze czuł się winny, że nie udało im się wyjaśnić wielu kwestii, co w konsekwencji doprowadziło do odejścia Roberta z zespołu. Mimo tego Hugh przez 5 lat grał z nami aż do śmierci. Na jego miejsce przyszedł Roy Babbington, który grał w Soft Machine między 1973, a 1976 rokiem. Funkcjonowaliśmy dalej, aż do 2015 roku, kiedy postanowiliśmy powrócić do oryginalnej nazwy. W 2018 roku wydaliśmy „Hidden Details”, a dwa lata później Roy opuścił zespół i na jego miejsce przyszedł Fred Baker. Zmierzam do tego, że atmosfera, która się między nami wytworzyła w połączeniu z naszym podejściem do muzyki, stanowi o tym, co zawsze było esencją Soft Machine. Ciężko wytłumaczyć mi to słowami – po prostu to czujemy. Dla mnie to niejako przedłużenie młodości, kiedy wymarzyłem sobie, że będę grał w tym zespole. Wiele mu poświęciłem, zwłaszcza, że dzień po tym, jak dołączyłem do Soft Machine, Peter Gabriel zaproponował mi dołączenie do swojego zespołu. Grzecznie odmówiłem, a reszta zespołu była pod wrażeniem mojej decyzji. Poza tym – jestem obecnie jedynym członkiem zespołu, który pamięta jeszcze go z lat 70. Tak więc to wszystko zmierza i zmierzało do tego, że chciałem zawsze grać w Soft Machine. Ludzie, którzy przychodzą na nasze koncerty, wiedzą, czego się spodziewać i w jakiś sposób to akceptują. To tak jakbyś siedział nad Tamizą – cały czas przepływa nowa woda, ale to wciąż ta sama rzeka.
MM: Na moment chciałbym odejść od tematu Soft Machine i skupić się na Tobie. Wiem, że byłeś wielkim fanem Erica Claptona. Śledzisz jego bieżące poczynania?
JE: Nie, zupełnie nie. Z Erikiem jest trochę tak jak z Bobem Dylanem – ludzie uważają, że jest ich dwóch – akustyczny i elektryczny. Byłem fanem Claptona, ale wynikało to wyłącznie z mojego wieku. Między rokiem 1965, a powiedzmy rokiem 1968 – był po prostu fenomenem. To on wymyślił pojęcie prawdziwej rockowej gitary z jej brzmieniem i wszystkimi niuansami. Ale na początku lat 70., gdy zmarli Jimi Hendrix, Janis Jopin i Jim Morrison, Clapton też był na granicy śmierci, a następnie wrócił jako ktoś zupełnie nowy. Kompletnie mnie to już wówczas nie interesowało. Dla mnie skończyła się wówczas era jego innowacji i pionierstwa. Ale na początku, właśnie w latach 60., gdy grał z Bluesbreakers, czy na pierwszych płytach z Cream, było to coś niemożliwego. Wszyscy go wówczas kopiowali.
MM: Myślisz, że Jimmy Page też go kopiował? W końcu obaj się przyjaźnili.
JE: Jimmy Page zrzynał od wszystkich! Pamiętaj, że w tamtym czasie był przede wszystkim muzykiem sesyjnym, więc grał to, co mu kazano. Powielał cudze pomysły! To jeden z najbardziej przecenianych muzyków w historii. Led Zeppelin był wspaniałym zespołem i gdy teraz słucha się ich nagrań, brzmią co najmniej dobrze, a Jimmy Page jako ich lider, sprawdzał się znakomicie. Na pierwszej płycie brzmieli jednak jak kopia Jeff Beck Group. Największą kontrybucją dla muzyki rockowej w ich wykonaniu była sekcja rytmiczna John Paul Jones – John Bonham, ale nic poza tym. I dlatego wówczas, pod koniec lat 60., nie traktowaliśmy ich poważnie. Jimi Hendrix, Peter Green, Albert Lee – to byli muzycy, których szanowaliśmy. Rozumiem, że ludzie w twoim wieku mogą odbierać Page’a wyjątkowo, wręcz mitycznie, ale ja tego nie rozumiem. On nie był pionierem, nie był innowatorem, tylko sprytnym zrzynaczem.
MM: Swego czasu mówiłeś także, że uwielbiasz swoje solowe działania, natomiast brak czasu sprawia, że nie możesz się w pełni realizować w tej materii. Czy coś się zmieniło pod tym względem?
JE: Zagrałem niedawno 6 koncertów solowych pod rząd w Londynie w różnych konfiguracjach personalnych. Cały czas jestem zaangażowany w różne projekty, jak na przykład w zespół, w którym gramy kompozycje Franka Zappy – Zappatistas. Gram też z Johnem Williamsem. Cały czas coś się dzieje. Miałem raczej na myśli karierę zupełnie samodzielną, na którą rzeczywiście brakuje mi czasu. Ale nie narzekam, bo cały czas mam z kim grać.
MM: W listopadzie zagracie cztery koncerty w Polsce: w Katowicach, Warszawie, Bydgoszczy i Poznaniu. Rozumiem, że program tych koncertów będzie za każdym razem inny?
JE: Owszem. To jest to, o czym rozmawialiśmy już wcześniej. Soft Machine na żywo bardzo dużo improwizuje, dzięki czemu nie ma mowy o nudzie. Mogę powiedzieć, że zagramy pewnie część tych samych utworów na tych koncertach, ale będą one brzmiały zupełnie inaczej za każdym razem.
MM: Dziękuję za rozmowę.
SOFT MACHINE „Other Doors” Tour:
23.11.2023 Katowice, Kino Teatr Rialto g. 19.00
24.11.2023, Warszawa, Klub Hybrydy g. 19.00
25.11.2023, Bydgoszcz, Klub Kuźnia g. 19.00
26.11.2023, Poznań Centrum Kultury Zamek, g. 19.00
Bilety: przedsprzedaż 169 zł, w dniu koncertu 189 zł
Bilety w sprzedaży: eBilet.pl, Eventim, Ticketmaster, strona Klubu Kuźnia, Rock Serwis, CK Zamek, Kino Teatr Rialto.

