Stoned Jesus

Ukraińska grupa Stoned Jesus w zreformowanym składzie, świętuje 15-lecie działalności, grając okolicznościową trasę, która zahaczy także o Polskę – 28 maja zagrają w gdańskim Drizzly Grizzlu i dzień później w Transformatorze we Wrocławiu. Wraz z liderem zespołu, Igorem Sydorenką prześledziłem więc dotychczasową drogę zespołu od stonerowych początków, aż po bieżące nadchodzące wydawnictwa. Muzyk opowiedział mi także o swoich szerokich wpływach, życiu poza ojczyzną, trudach tras koncertowych oraz o tym, czego możemy spodziewać się na nadchodzących koncertach.
MM: Co cię przywiodło do stonera? Fakt, że graliście z innymi zespołami, które poruszały się takiej stylistyce, czy coś innego?
IS: Właściwie nie jestem wielkim fanem stonera. Nie słucham go już zbytnio. Byłem w nim głęboko zanurzony może 16 lat temu... Dla mnie największą inspiracją była ta muzyka, której słuchał mój ojciec. Grał też w zespołach w czasach sowieckich. Skończył, kiedy się urodziłem, więc przeniósł całą swoją pasję i miłość do muzyki na mnie. Dorastałem więc z muzyką The Beatles, Uriah Heep, Rainbow, Deep Purple, Pink Floyd oraz – co najważniejsze - Black Sabbath i Led Zeppelin. Ich wpływy wróciły do mnie, kiedy zacząłem słuchać takich zespołów jak Sleep i Electric Lizard. I to one zainspirowały pierwszy albumu Stoned Jesus. Chciałem wtedy nagrać idealną płytę stoner-doomową i myślę, że mi się udało (śmiech). „First Communion” zawiera długie piosenki, wiele solówek i wokali - próbowałem brzmieć jak Ozzy. Myślę, że udało mi się. I po tym po prostu robiłem to, co mi się podobało. Inspirowały mnie zespoły, które były bardzo melodyjne i nagrywały piosenki. Byłem wielkim fanem Greenleaf, Mars Red Sky i tak dalej. Dlatego największym zaskoczeniem był fakt, że potem z nimi koncertowaliśmy. Jakbym to powiedział 22-letniemu Igorowi 15 lat temu, który po prostu zaczął się w to bawić i że będzie grał z tymi zespołami, to by zwariował! (śmiech) Jednak teraz nie jestem wielkim fanem stonera, choć była to duża część początków Stoned Jesus i wciąż wpływa na to, jak gram. Dziś lubię dużo bardziej ciężkie i spokojniejsze riffy. Myślę, że najlepszym tego przykładem jest „Season Of The Witch” z „Father Light” (ostatniej jak dotąd płyty Stoned Jesus, wydanej w 2023 r. – przyp. MM), który zaczyna się jak typowa piosenka doommetalowa, a następnie pojawia się coś w stylu Rush, a potem w stylu ballad Opeth, by pod koniec powrócić do doomu. To jest coś, co bardzo lubię teraz robić.
MM: To mnie trochę zaskoczyłeś tym stwierdzeniem, ponieważ na każdej płycie Stoned Jesus słychać, że stoner jest raczej silną podstawą. A Ty mówisz mi, że nie słuchasz takiej muzyki od lat? (śmiech)
IS: (śmiech) Tak! Nie musisz słuchać rzeczy, żeby je napisać. W moim ‘songwritingu’ zawsze lubiłem wolne, ciężkie rzeczy. Nawet jeśli słuchasz innych moich projektów, jak Krobak, to tam też muzyka czasami idzie bardzo wolno i ciężko. Z drugiej strony nawet muzyka w innym z moich projektów – Arlekin, oprócz intensywnych momentów, zawiera łagodne partie – niekoniecznie brzmiące jak Genesis, czy Marillion, ale raczej jak Mastodon.
MM: Od początku działalności Stoned Jesus, wydawaliście płyty raz w roku, czy raz na dwa lata. Pomiędzy „Pilgrims” i „Father Light” był pięcioletni okres przerwy. Z czego on wynikał?
IS: Graliśmy trasę z okazji dziesięciolecia, która zaczęła się w 2019 roku i był pomysł, żeby zagrać w Ameryce Południowej…
MM: No właśnie - jesteście chyba pierwszym rockowym zespołem z Ukrainy, który tam zagrał.
IS: Tak. Ubiegliśmy Jinjer, którzy zagrali tam parę tygodni później (śmiech). A potem pojawił się pomysł, by zagrać w Australii, a następnie w Stanach Zjednoczonych już w 2020 roku. Nigdy do tego nie doszło, ponieważ wszyscy pamiętamy, co było w 2020 roku. Zagraliśmy tylko jeden koncert w Kijowie, gdzie ludzie musieli stać 2 metry od siebie…. Mamy filmy z tego koncertu i wygląda to fajnie, ale kiedy patrzysz na publiczność, to zastanawiasz się, co się dzieje... Rok później wznowiliśmy pracę nad nową muzyką. W tamtym czasie był pomysł, żeby zrobić dwa albumy: „Father Light”, który jest bezpośredni oraz „Mother Dark” - ciemniejszy i bardziej introspektywny. Nagraliśmy cały „Father Light” i większość „Mother Dark”, a potem niestety, zaczęła się rosyjska inwazja na Ukrainę. Masz rację – wydawaliśmy płyty dość regularnie, a potem straciliśmy 2-3 lata z powodu pandemii oraz rosyjskiej inwazji. I kiedy w końcu wydaliśmy „Father Light”, byliśmy wypaleni. Po rozmowach z chłopakami z zespołu, zdecydowałem, że dalej będę działał bez nich, bo niestety nie było innego sposobu. Musiałem wyrzucić, co zostało od „Mother Dark”, który dziś jest legendarnym straconym albumem (śmiech). Być może pewnego dnia zostanie wydany, nie wiem. Natomiast z powodu moich problemów ze zdrowiem, musiałem wyjechać z Ukrainy i teraz mieszkam w Niemczech.
Tu znalazłem dwóch nowych chłopaków, którzy teraz grają ze mną. Perkusistę znałem z czasów Krobak, jeszcze przed założeniem Stoned Jesus. Naprawdę czuję się tutaj jak w domu i gram znowu muzykę, którą napisałem 10, czy 15 lat temu, z dwoma nowymi chłopakami. Zdążyliśmy się już zgrać i koncerty, które zagramy w najbliższym czasie będą naszymi 60 lub 70 gigami zagranymi w tym składzie. Oni także wyjechali z Ukrainy z powodu problemów zdrowotnych. Jako zespół zakotwiczyliśmy w Kolonii. Nie mieszkam tam jeszcze, bo jestem ciągle na ruchu. Panuje taki zabawny chaos logistyczny przed każdym koncertem, festiwalem, czy trasą, na którą chcemy się wybrać. Wszystko musi być zorganizowane, byśmy mogli wyjeżdżać do różnych miejsc. Muszę gdzieś iść, śpię u kogoś na podłodze… Czuje się trochę dziwne, bo mam kurwa 38 lat, a czasami po prostu leżę i śpię u kogoś na podłodze. I zawsze sobie powtarzam, że to już ostatni taki rok... Ale jednocześnie robię coś, co zawsze chciałem zrobić - mamy pięć albumów na koncie, a szósty wyjdzie we wrześniu. Wszyscy w zespole są Ukraińcami i wciąż bardzo się o Ukrainę martwimy, więc na każdym koncercie składamy tzw. łańcuch dla narodów. Pomiędzy piosenkami mówię o tym, o ludziach, którzy stracili swoje domy, swoje rodziny, swój dobytek. I że jest sposób, by pomóc im, ponieważ mamy wielu przyjaciół w Ukrainie, którzy działają w społecznościach i organizacjach pomagających tym ludziom. I to nie są jakieś fałszywe organizacje, które po prostu przejmą pieniądze przeznaczone dla tych ludzi - nie, to są ludzie, których poznajemy osobiście i wiemy, że oni naprawdę pomagają. Dzięki naszym wspaniałym europejskim fanom zebraliśmy 11 tysięcy Euro w ostatnim roku i będziemy to dalej robić, bo wciąż niestety trzeba zbierać pieniądze dla Ukraińców. Cieszy mnie to i czuję, że ma to sens w tych nie najłatwiejszych czasach, w których żyjemy.
MM: Twoja rodzina została w Ukrainie?
IS: Tak. Moja matka nie może wyjechać z powodu wieku. Ona wciąż tam mieszka. W tej chwili mija jakieś trzy i pół roku, od kiedy ostatni raz się z nią widziałem. Być może uda nam się spotkać w tym roku.
MM: Wrócę jeszcze do początków Stoned Jesus, ponieważ pamiętam ten czas, kiedy zaczynaliście. Podobna, jeśli nie ta sama fala stonera dotarła wtedy do Polski. Ten okres trwał od mniej więcej 2009 roku do powiedzmy 2015. Od muzyków zespołów, które wtedy grały obok was, słyszę, że teraz wszystko przeszło od stonera do doom metalu. A czy jakiś polski zespół inspirował Ciebie i Twoją muzykę?
IS: Muzycznie może nie tak bardzo, ponieważ, jak powiedziałem, nigdy nie byłem największym fanem tego gatunku, a moje zainteresowania muzyczne prowadziły mnie w inne rejony. Jestem ogromnym fanem popu, kocham dobrą melodię, kocham chwytliwe refreny. Jestem fanem Ghost. Ale zawsze byłem fascynowany polskimi grupami, ponieważ one mają silne poczucie dyscypliny i odpowiedzialności - każdy wie, co ma robić i dlaczego. Przykładem takiego zespołu jest Sunnata zawsze mi imponowała. Robert (Ruszczyk, perkusista Sunnaty – przyp. MM) jest niesamowity. Potrafi nad tym wszystkim zapanować i wie, jak wszystko zrobić. Pod tym względem przypominam go w moim zespole, bo też kontroluję jego wszystkie aspekty. Poza tym oni zawsze robią coś ciekawego muzycznie, więc śledzę ich poczynania. Innym przykładem jest Dopelord. Ilekroć graliśmy razem, zawsze nas supportowali, bo są nieco mniejszym zespołem. Ale przebijali nas pod względem wyprzedanego merchu (śmiech). Nie powinno mnie to dziwić, bo mają bardzo różnorodne wzory koszulek itd. My też staramy się mieć więcej do wyboru, ale nie zawsze trafiamy w gusta ludzi. Czasami bywałem zazdrosny, że kiedy graliśmy jakiś większy koncert, a oni mieli lepszą ofertę niż my i wszystko wyprzedawali (śmiech). Myślę, że połączenie tej dyscypliny i pomysłowości, jaką mają polskie kapele metalowe, są właśnie tym, co je wyróżnia. Wiem też, że macie świetne zespoły blackmetalowe. W Ukrainie mamy także bandy o kultowym statusie, jak Truth, czy 1914, ale ich poziom odpowiedzialności i dyscypliny nie może się równać z waszym.
MM: Spośród całego dorobku Stoned Jesus są dwie płyty, które szczególnie zwracają moją uwagę ze względu na dość charakterystyczne wpływy. Jedną z nich jest „The Harvest”, na którym znalazłem słychać dużo grunge’u.
IS: Tak, to jest prawda, ponieważ piszę muzykę, jako zapis danego czasu. I przyznaję, że niektóre z nagrań Stoned Jesus były podyktowane muzykalnością członków zespołu. Nie zrozum mnie źle – nie chcę tu nikogo dewaluować, bo bywało tak, że przynosiłem jakiś pomysł, zaczynaliśmy go ogrywać, a ja nie byłem w stanie poprowadzić go dalej… Niektóre z moich piosenek czekają 5 czy 6 lat, bym cokolwiek z nimi zrobił. A piosenki na „The Harvest” powstały pod wpływem odświeżenia twórczości Alice In Chains. Potem na nowo odkryłem też Pearl Jam. Zawsze wydawało mi się, że to jest zespół stricte stadionowy, ale wówczas odkryłem ich drugi album – ten z owcą na okładce („Vs” wydany w 1993 r. – przyp. MM). Do tego stopnia mnie chwycił, że na niektórych koncertach graliśmy cover „Go”. Pierwsze dwie piosenki na „The Harvest”, czyli „Here Come The Robots” i „Wound” są w zasadzie próbą powtórzenia takich ciosów, jakimi są „Go” i „Animal” na „Vs.”. Szczególnie „Wound” jest bardzo mocny i do tego stopnia gęsty tekstowo, że w pewnym momencie przestaliśmy go grać, ponieważ nie byłem w stanie jednocześnie grać i śpiewać tego numeru. Nie graliśmy „Wound” przez 8 czy 9 lat, więc może w pewnym momencie do niego wrócimy, ale zdecydowanie będę musiał go przećwiczyć (śmiech).
MM: Drugim albumem, który zwrócił moją uwagę, a o który chciałem Cię zapytać, jest „Pilgrims” na którym słychać silne wpływy na Pink Floyd. Skąd wzięła się na tej płycie ta rockowo-kosmiczna aura?
IS: To ciekawe, co mówisz, bo nigdy nie pomyślałem w kontekście tej płyty o Pink Floyd. Ale masz rację - jest bardziej kosmiczna i wolna, ale w inny sposób, niż doom. Ta płyta wzięła się z mojego przypomnienia sobie twórczości Van Der Graaf Generator – tytuł „Pilgrims” pochodzi z jednej z ich piosenek i perfekcyjnie oddaje koncept tego albumu. Z kolei jedna z piosenek, która się na niej znalazła - „Distant Light” jest utrzymana w duchu King Crimson. W „Apathy” zmierzyliśmy się z kraut rockiem, czymś bardzo repetytywnym, a jednocześnie bardzo groove’ującym. Natomiast „Water Me” zbudowany na zasadzie: stop-kontynuuj-stop i potem znów kontynuuj, został zainspirowany przez wczesne nagrania Swans. „Pilgrims” powstało w dość ciemnym okresie mojego życia, bo w zasadzie straciłem mojego ojca, wciąż musieliśmy podróżować, bo wówczas była to pełnoetatowa praca. Odwołaliśmy wówczas jedną z tras, bo musiałem poradzić z tym wszystkim oraz pomóc mojej matce. Ale potem wróciliśmy na trasę, bo w tamtym momencie popularność Stoned Jesus zaczęła rosnąc również z powodu „I’m The Mountain”. Do dziś nie wiem, co było tego powodem i kto zaczął słuchać nagle szesnastominutowego kawałka. Gdybym znał receptę na to, wszystkie moje piosenki miałyby po 15 milionów odtworzeni (śmiech). W każdym razie zapotrzebowanie na Stoned Jesus rosło, więc musieliśmy jeździć w trasy, ale w tym samym czasie moja głowa była gdzieś z tyłu tego wszystkiego. Czułem kompletną dezintegrację, cały czas obracałem się w tym samym towarzystwie, więc w wyniku frustracji napisałem te wszystkie brzydkie, irytujące i ciężkie melodie, chcąc wyrzucić to z siebie. Stało się jednak coś dziwnego, bo gdy pojechaliśmy w trasę promującą "Pilgrims”, na nowo zakochałem się w koncertowaniu! Co noc wyrzucałem z siebie numery o tym, jak jest beznadziejnie i jak źle się czuję ze wszystkim, a jednocześnie okazało się, że poprawiły się nasze warunki życia w drodze, a liczba widzów na koncertach wzrosła! To było naprawdę ironicznie śmieszne. Mam kilka piosenek, które zostały mi z czasów „Pilgrims”, ponieważ kompletnie nie pasowały do narracji całości. Do tego mam nowe pomysły, gdzie prowadzę rozważania na temat mojego miejsca w biznesie muzycznym oraz o tym, jak czuję się, będąc muzykiem przez te wszystkie lata, więc może w pewnym momencie będziemy mieć „Pilgrims II” (śmiech).
MM: Wspomniałeś, że we wrześniu pojawi się nowy album Stoned Jesus. Póki co, pojawił się cover HIM do utworu ”Buried Alive By Love”
JS: Z tym coverem wiążę się zabawna historia. Obecny skład Stoned Jesus, podobnie jak ja, wychował się na klasycznym rocku, a także na rocku progresywnym, więc często rozmawiamy o Genesis, King Crimson, Porcupine Tree, czy Pink Floyd. Kiedy graliśmy naszą pierwszą trasę, zapodałem w naszym vanie właśnie HIM na zasadzie: „Hej! Pamiętacie ten zespół?” Chłopaki zwariowali, bo nie słyszeli tego od lat i tak przez całą trasę słuchaliśmy tylko HIM, co pewnie wkurwiło naszego kierowcę (śmiech). To jest też taki rodzaj muzyki, jaką lubimy - jest ciężka, ale i zarazem melodyjna. Ville Vallo (wokalista HIM – przyp. MM) potrafi pisać trzyminutowe dzieła sztuki, w których metal zagrany jest właśnie w dość popowy sposób, ale nic nie traci ze swojego ciężaru i mroku. Do tego potrafi pisać też epickie numery. Uważam, że nie jest w pełni docenianym autorem, więc w pewnym momencie postanowiliśmy oddać mu hołd, nagrywając właśnie „Buried Alive By Love”, który zawiera sabbathowy riff i świetną, chwytliwą melodię. Nagraliśmy to… w Polsce, w studiu Monochrom w Gniewoszowie. Przepiękne miejsce w otoczeniu gór i drzew. Byliśmy tam przez 10 dni, podczas których zarejestrowaliśmy cały album, a na końcu okazało się, że mamy jeszcze jeden dodatkowy dzień zabukowany i wtedy nagraliśmy m.in. ten cover.
MM: Album ma już tytuł?
IS: Nie chcę na razie spojlerować. Mogę Ci tylko powiedzieć, że będzie to pierwsza część trylogii. To jest coś, co zawsze chciałem zrobić. Lubię bawić się strukturą i grać formą. Poprzedni projekt był dubletem, który nie wypalił, więc zacząłem myśleć jeszcze więcej o jeszcze bardziej niepraktycznych wydaniach (śmiech). Każdy z trzech albumów będzie wyrażał inny sposób tworzenia Stoned Jesus. Ten, który ukaże się we wrześniu, będzie najcięższy z całej trójki. Kolejny będzie mroczny, a ostatni – progresywny.
MM: Ponownie zagracie w Polsce – tym razem dwukrotnie w ramach trasy z okazji 15-lecia. Setlista tych koncertów będzie w stylu ‘greatest hits’?
IS: Tak, na tej trasie zagramy właśnie taki zestaw. Chcę pokazać nowy skład, więc będzie ku temu świetna okazja. Do tego w ubiegłym roku przygotowywałem wznowienia „The Harvest” i „Seven Thunders Roar” dla Seasons Of Mist, ponieważ nie były dostępne przez długi czas i powiem szczerze - to jest coś, co zainspirowało mnie do stworzenia nowego albumu. Słuchałem tych starych kawałków i fragmentów, sięgających 15 i 10 lat temu wstecz. Czekają nas więc kolejne wyzwania i koncerty.

