SUMAC

WywiadMaciej MajewskiSUMAC
SUMAC

Sumac to niesamowite muzyczne trio, poruszające się po obrzeżach post-metalu, muzyki dronowej i improwizowanej. Założone w 2014 roku przez byłego muzyka Isis, Aarona Turnera, po uzupełnieniu składu przez basistę Brian Cook, znanego z Russian Circles i Nicka Yacyshyna z Baptist, grupa rozpoczęła intesywną działalność, przepoczwarzając się z projektu pobocznego w pełnoprawny zespół. Ostatnie dzieło grupy, to zeszłoroczna płyta „The Healer”, poszerzająca jeszcze bardziej twórcze spectrum grupy. Ale Sumac, to nie tylko działalność w trio, ale też współprace z innymi artystami. O nich, a także o inicjacji działań zespołu, bogatych doświadczeniach i planach Russian Circles, opowiedział mi Brian.

MM: Zostałeś zaproszony przez Aarona do nagrania „Deal” jako basista sesyjny. Muzyka na ten album już była przygotowana, czy powstała dopiero, gdy dołączyłeś?

BC: Gdy dołączyłem na sesję, Aaron miał już przygotowane struktury gitarowe do wszystkich utworów. Nie miał po prostu muzyków, z którymi mógłby je nagrać. Wcześniej przy jakiejś okazji rozmawialiśmy o tym, że chcielibyśmy zrobić jakiś projekt razem. Kiedy spotkaliśmy się z Nickiem, oni nagrywali już pierwsze wersje, ale ja mieszkałem w tamtym czasie w Nowym Jorku. Musiałem wszystkie partie realizować osobno, bo w tamtym momencie pracowałem też z Russian Circles. W przeszłości grałem w mnóstwie zespołów i byłem zazwyczaj ostrożny w angażowanie się kolejne bandy. Kiedy Sumac się sformował, początkowo uważaliśmy że to tylko jednorazowy projekt. Nie byliśmy nawet pewni, czy będziemy grać na żywo. Ale ponieważ nagrywało nam się dość przyjemnie i wszystkim nam podobały się te numery, pomyśleliśmy, że powinniśmy zrobić koncerty i kontynuować działalność jako zespół. Wtedy jednak uważałem, że nie mogę się włączyć w to formalnie i muszę być tradycyjnym muzykiem sesyjnym. Tymczasem dziś jesteśmy tu, gdzie jesteśmy 11 lat później.

MM: Myślę, że decyzja Aarona, by kontynuować działalność Sumac jako pełnoprawny zespół, okazała się słuszna, zwłaszcza, że nie koliduje to z działaniem waszych macierzystych zespołów. Poza tym zaczęliście funkcjonować dość regularnie, wydając kolejne płyty, co mniej więcej 2 lata.

BC: Tak, myślę też, że przestrzeń, która powstała dla działalności Sumac, wynikała z tego, że Aaron nie grał koncertów w tamtym czasie z innymi projektami. A ponieważ utwory w tym zespole wychodzą głównie z części gitarowych, móże siedzieć w domu i cały czas je pisać. W przypadku Nicka i mnie wyglądało to trochę inaczej. On bębni w Baptist i ma też zespoł Erosion, które też pochłaniają czas, chociaż żaden z nich nie koncertuje zbyt dużo. Najbardziej ‘zajęty’ jestem ja, bo dużo koncertuje z Russian Circles.

MM: Słyszałem już określenia Sumac jako super-grupy, czy postmetalowych herosów. Kiedy słucham „The Healer”, te etykietki zupełnie mijają się z celem. Dla mnie jesteście bardzo ciężko grającym zespołem improwizującym, w którym element zaskoczenia jest bardzo ważny.

BC: Zgadzam się. Myślę, że najbardziej ekscytującym momentem w pracy nad muzyką w zespole jest ten, kiedy wstępny pomysł się kończy i zaczyna się kombinowanie, jak go poprowadzić i rozwinąć dalej. Wielką częścią twórczości Sumac jest próba zatrzymania tych momentów, kiedy rzeczy się dzieją po raz pierwszy. Element improwizacyjny jest ważną częścią tego procesu. Oczywiście jest też dużo strukturowych elementów. Próbujemy uchwycić tę linię pomiędzy rzeczami, które są bardzo orkiestrowe, a tymi, które są ekspresywne i spontaniczne.

MM: Sporo w tym działań zbliżonych do jazzu.

BC: Jazz jest tak szerokim terminem, ale jest też free jazz, który nie ma zdefiniowanych struktur. Myślę, że używamy trochę jego zamierzeń, ale jest też coś z bardziej modalnego jazzu, w którym idea progresji akordów jest bezpośrednio skierowana dla ludzi, które zaczną grać naprzemiennie, a to też jest dla nas ważny element. Sądzę, że wszyscy jesteśmy fanami jazzu, szczególnie tego z 60. i 70. Kulturowo, myślę, że ta era muzyki była i jest naprawdę fascynująca – niezależnie, czy mówisz o jazzie, czy rocku, czy jeszcze o innych gatunkach. Nie wiem, czy to było LSD, ale wygląda na to, że wówczas miało miejsce ogromne rozjaśnienie kulturowe i totalne zróżnicowanie artystycznych parametrów. Myślę, że to był naprawdę ekscytujący okres w muzyce jazzowej i rockowej.

MM: Jest kilku ludzi, poruszających się po orbicie Sumac. Jednym z nich jest Keiji Haino. Traktujecie go jako dodatkowego członka zespołu?

BC: Tak, nagralśmy trzy płyty z nim i teraz mamy za sobą kolejną wspólną sesję w studiu, którą odbyliśmy w listopadzie, kiedy byliśmy w Japonii. Praca z Keiji jest ekscytująca. Wiem, że on od wielu lat jest bardzo dużą inspiracją dla Aarona. Sam poznałem Keiji Haino tylko dlatego, że zrobił płytę z Boris, więc wiedziałem o nim przez to, a potem przez jego połączenia z sceną japońską. Nie zagłębiałem się jednak bardzo w jego twórczość, dopóki Aaron nie zaczął rozmawiać o tym, że chcę zacząć tę współpracę. Keiji jest bardzo inspirujący i jestem szczęśliwy, że zaczęliśmy z nim pracować. Z jednej strony bardzo łatwo skupić się na małych częściach jego muzyki i zobaczyć w nich coś całkowicie dziwnego i obcego, ale z drugiej – w jego dorobku znajdują się także dokonania, przy których myślisz, że ten facet jest szalony, a jednocześnie - jest kimś, kto wie, co robi. Balansuje między czymś przestrzennym, a czymś bardzo pierwotnym. Jestem szczęśliwy nie tylko dlatego, że zaczęliśmy pracę z nim, ale także dlatego, że wywiązała się między nami przyjaźń. Ta ostatnia sesja, o której wspomniałem, odbyła się na jego prośbę, więc było bardzo ekscytująco. Testowaliśmy nowe terytoria muzyczne i wspólnie odkrywaliśmy brzmienia, z którymi nie mieliśmy wcześniej do czynienia. Coś wspaniałego.

MM: Keiji wydaje się być bardzo cichym człowiekiem, który nie mówi zbyt wiele. Komunikuje się głównie poprzez swoją muzykę.

BC: Zgadza się. To ciekawe, zwłaszcza, że istnieje między nami bardzo duża bariera językowa. Keiji nie mówi zbyt dobrze i zbyt wiele po angielsku. Większość dyskusji przechodzi przez ‘interpretora’, ale wiem, że on ma reputację uchodzącą za imponującą lub intensywną. Myślę też, że jest bardzo poważnym człowiekiem, który ma swoją wizję, ale jednocześnie jest bardzo miłym gościem.

MM: A jak na orbicie Sumac pojawiła się poetka Moor Mother?

BC: To również inicjatywa Aarona. Zresztą większość działań w Sumac wychodzi od niego. Ten zespół jest jego wizją, ale na szczęście zostawia dużo miejsca dla mnie i dla Nicka, co pozwala dołożyć się do całego procesu działania i zostawić nasz znak na rzeczach, które wspólnie robimy. Za każdym razem Aaron proponuje coś nowego i próbujemy. I tak było również z Moor Mother. Aaron jest jej fanem od dłuższego czasu. Dla mnie ona też osobą, która była na moim radarze i uważam jej prace za wyjątkowe i interesujące. Ona próbuje sporo różnych pomysłów i współpracuje z szeregiem bardzo różnych artystów. Praca z nią była też bardzo ciekawa, bo proponowała rzeczy, na które żaden nas by nie wpadł.

MM: Zagracie w Warszawie 15 kwietnia oraz 16 kwietnia w Poznaniu. Próbowałem wyobrazić, jak wygląda wasz koncert: jak długi będzie i bardzo jak intensywny. Głównie dlatego, że macie w repertuarze bardzo długie kompozycje...

BC: (śmiech) Zwykle gramy między godziną, a 70 minutami. Gdy byliśmy w Tokio, gdzie robiliśmy „The Healer”, wyszło nam 85 minut materiału. Myśleliśmy, że to może było za dużo nawet dla nas (śmiech). Ale materiał jest zróżnicowany, więc koncert też taki będzie.

MM: Na koniec pozwól, że zapytam, co dzieje się w Russian Circles, bo wasza ostatnia płyta „Gnosis” wyszła 3 lata temu?

BC: Będziemy chcieli nagrać wkrótce nową płytę. Ostatnie miesiące, to czas, który spędzaliśmy w trasie. To zabawne, bo przez lata uczyliśmy się że lawirowanie między pisaniem muzyki i pracą w studio, a graniem koncertów nam niekoniecznie służy. Co chwila zatrzymujemy pracę nad muzyką, bo trzeba jechać do Australii, czy Europy (śmiech). Później trudno jest wrócić do momentu, w którym skończyliśmy i znów rozbudzić twórczą inwencję. Przez to czuje się więcej frustracji, niż inspiracji. Czekamy na zakończenie wszystkich zobowiązań koncertowych, by móc się skupić na nagraniu nowej płyty. Mamy nadzieję, że w tym roku będziemy mogli to zrobić. Zazwyczaj, kiedy możemy skupić się tylko na jednej piosence, to wszystko zaczyna iść bardzo szybko. Natomiast jest jeszcze praca, o której często się zapomina – ustalanie wszystkiego z tour menegerem i agentem bookingowym. Czasami czujemy się, jakbyśmy nie grali w zespole, tylko pracowali w biurze, bo spędzamy całe godziny przy komputerze, odpisując na maile... Bardzo dużo jest tego typu działań. Ale nie poddajemy się, bo wiemy, że są ludzie, którzy słuchają naszej muzyki i czekają na nasze kolejne płyty.

FOTO: Mitchell Wojcik

SUMAC + PHARAOH OVERLORD

15.04.2025 / Warszawa, Hydrozagadka

16.04.2025 / Poznań, 2Progi

BILETY:

https://bit.ly/SUMAC_WWA

https://bit.ly/SUMAC_PZN

Powiązane materiały