Taraban

WywiadGrzegorz SzklarekTaraban
Taraban

Taraban to proto metalowe trio z Krakowa. Zespół wydał właśnie nową EP-kę "Oath", która jest dla tego zespołu swojego rodzaju poligonem doświadczalnym przed wydaniem kolejnej płyty długogrającej. Perkusista Kris Gonda zgodził się odpowiedzieć na serię naszych pytań.

GS: Nowa płyta Taraban zatytułowana „Oath” to wbrew oczekiwaniom i nadziejom nie pełnoprawny album, a jedynie ep-ka. Czemu zdecydowaliście się na taki format?

KG: Milczeliśmy wydawniczo kilka długich lat, ostatnie koncerty graliśmy w 2022, więc przypominamy o sobie tym wydawnictwem. „OATH” EP jest zwierciadłem naszych możliwości, pokazem siły. Nowy krążek jest też badaniem nastrojów, bo każdy z numerów jest w trochę innym klimacie. Docelowy, drugi album będzie opierał się na wnioskach z „OATH” EP. To jest element większego planu. Nakład prac i środków przy tworzeniu tego wydawnictwa był ogromny. Staramy się wykorzystać EP-kę jako badanie naszych możliwości i wyporności. Mam nadzieję, że potężny wysiłek zwróci się jeszcze większym zaangażowaniem przy następnym wydawnictwie, którym na pewno będzie longplay.

GS: Skąd ta różnorodność stylistyczna na tym wydawnictwie? Wasz poprzedni album z 2019 roku był mocno osadzony w psychodelii, a tutaj poszliście w heavy metal i, nie obawiam się użyć tego określenia, piosenkowe klimaty…

KG: Tak, to była bardzo świadoma decyzja. Udało nam się przy poprzedniej płycie trochę rozepchać łokciami i zagrać kilka festiwali, czy trasę z Elder i z Me & That Man. To było bardzo cenne doświadczenie, przy czym zrozumiałem, że utrudnieniem dla nas jest działanie w formule swoistego odtwórstwa historycznego - i wizerunkowo, i brzmieniowo, i kompozycyjnie obracaliśmy się w hermetycznych klimatach pierwszej połowy lat siedemdziesiątych. Nie chciałem, żeby ten zespół był niewolnikiem jakiejkolwiek formuły, więc po prostu uwolniłem ją. Dostrzegłem parę spraw, które nie były tak oczywiste przed wydaniem pierwszego albumu. Wyciągnąłem wnioski i przekonałem do nich zespół. Coraz trudniej trafić w coraz bardziej zawężający się „attention span” słuchaczy. Teraz formuła, jak zauważyłeś, jest bardziej piosenkowa, czytelniejsza, frontem do klienta. To było założenie, z którego wyszliśmy zanim zaczęliśmy robić nowe numery. Tutaj w zasadzie wszystko, co widać i co słychać przy okazji tego wydawnictwa jest efektem świadomego planowania. Nadal jesteśmy romantyczni i szczerzy, bo kurwa robimy metal, ale na płaszczyźnie warsztatowej chcemy być po prostu zabójczy. Bardzo dużo czasu poświęciłem na przygotowanie założeń i zbadanie naszej sytuacji, naszych możliwości i przemyślenie tego, po co w ogóle chcemy cokolwiek nowego wydawać? Jesteśmy zgodni wewnątrz zespołu, że chcemy grać, atakować duże sceny, łoić na dużych festiwalach. Tym wydawnictwem pokazujemy, że jesteśmy gotowi na większe wyzwania. Nie mamy ani wydawcy, ani zewnętrznego producenta, nie mamy kontraktu z nikim oprócz siebie nawzajem. Mamy za to ogromny głód wrażeń. Rozszerzył nam się horyzont i dostrzegliśmy wiedzę, która leży na stole i wystarczyło po nią sięgnąć. Uruchomiłem wszystkie zasoby, jakie były w zasięgu, by powstało coś, co po prostu da się zauważyć. Niekoniecznie od razu polubić, niekoniecznie zrozumieć, ale na pewno zauważyć.

GS: Jak się odnajdujecie w tych krótszych piosenkowych formach? „Country Song” trwa 3 minuty, a na poprzedniej płycie najkrótsze numery trwały 5 minut, a najdłuższe nawet 11.

KG: Było to dużym wyzwaniem. Kiedy masz do dyspozycji 3 minuty, musisz mieć absolutną pewność co do jakości treści i świadomość efektu zsumowanych partii. To wymaga śmiałych decyzji i otwarcia się na nowe rozwiązania, jak producencki model współpracy. Największą weryfikacją dla nowej formuły była europejska trasa koncertowa, bo tego materiału przed premierą nie mieliśmy okazji prezentować na żywo. Nowe utwory są faktycznie piosenkowe, proste, wpadające w ucho, ale zagranie ich na żywo do prostych nie należy. Z trzyosobowego składu musieliśmy wykonawczo urosnąć do kwintetu. Okazało się, że zagranie takiej mocnej, trzy-czterominutowej piosenki daje ogromną satysfakcję. Graliśmy teraz jako support Dool na europejskiej trasie, mieliśmy set raptem czterdzieści minut, więc posiadanie krótszych utworów w repertuarze pozwoliło nam mocno zróżnicować występ. Gdybyśmy mieli zagrać trzy stare kawałki w te czterdzieści minut, to wolę zagrać siedem bombastycznych kompozycji i zabrać słuchaczy w więcej światów.

GS: Czyim pomysłem było to banjo w „Country Song”?

KG: Moim. Byłem zainspirowany Taake, które w utworze „Myr” prezentuje właśnie solo na banjo. Nie wiem, kto na to wpadł, ale Hoest, wydając ten numer, wykazał się odwagą, której sam od siebie oczekuję. W momencie, kiedy mieliśmy świetny refren i liryczny kontekst piosenki country, zaproponowałem chłopakom banjo i zgodzili się, bo ten kawałek napisali właśnie Daniele: Suder i Kesler. Solo zagrał dla nas Jacek Długosz, wspaniały gitarzysta z Krakowa. Jackowi bardzo siadła ta propozycja, bo uwielbia banjo, ale rzadko ma okazję, by na nim nagrywać, więc chętnie nas wsparł. Wyszło całkiem zajebiście.

GS: Zaintrygował mnie wasz heavy-metalowo-rycerski wizerunek na poligrafii płyty. Stoi on w kontraście do Waszego image’u z poprzedniej płyty, gdzie byliście mocno umiejscowieni w latach 70-tych….

KG: Jesteśmy wściekłymi barbarzyńcami na motocyklach, słuchamy Davida Bowiego i jedziemy po twoją córkę. Nadal mocną inspiracją dla naszego wizerunku pozostają lata 70-te, otwarcie przyznajemy się też do hołdowania diabłu i chętnie odejmiemy krytykom głowy siekąc z siodła. To jest bardzo proste. Metal to wojna. Głównie z samym sobą, dlatego dla mnie osobiście to wydawnictwo jest ukłonem w stronę 16-letniego mnie, który nadal we mnie mieszka i dalej ma potrzebę robić coś szalonego i niebezpiecznego, zostać dostrzeżonym i grać porządny metal po to, żeby być docenionym przez innych metali, przez swoje plemię. Mieścimy tak wiele przeróżnych inspiracji w naszej muzyce, że obfitość wątków w wizerunku jest naszym przeznaczeniem.

GS: W materiałach prasowych o nowej płycie pojawiła się informacja, że „Oath” to „eklektyczny zbiór optymistycznych rockowych piosenek dla początkujących terrorystów”. Domyślam się, że to żart, ale zabrzmiało groźnie…

KG: Dobrze, że to traktujesz jako żart, bo ja nie namawiam do fizycznej przemocy. W kontekście tego, co tam napisałem, zachęcam do bezlitosnej przemocy, ale wobec siebie samego, swojego lenistwa, wątpliwości, zaniechania. „OATH” ma być przykładem sprawczości i dedykacji ocierającej się o szaleństwo. Undergroundowa kapela bez żadnego wsparcia nagrywa światowej jakości materiał, gra trasę po Europie, jeździ na festiwale, rozwija się, kręci teledyski i tak dalej. Niezależnie od tego, co kto robi, jakie ma marzenia, po prostu o te marzenia musi się bić. Ten terroryzm to jakaś autodiagnoza, bo musiałem po prostu sam siebie wprowadzić w stan pełnej determinacji, żeby dopiąć to wydawnictwo i żeby wypuścić je w takiej formie, w jakiej widziałem je od etapu planowania, czyli na dwunastocalowym winylu z ręcznie namalowaną okładką, odjechanymi zdjęciami, tłoczoną poligrafią i złotą symboliką. Krwawię dla sztandaru, dla sztuki i dla braci, bo przysięgałem wygraną. Terroryzujcie się „OATH” do skutku, bo zwycięstwo nie ma nóg! Samo nie przyjdzie! Jazda!

FOTO: Damian Kołodziejczyk

Powiązane materiały