The Black Angels

WywiadMaciej MajewskiAlex Maas
The Black Angels

Amerykańska formacja The Black Angels wreszcie dotarła do Polski. 10 lutego zagrała w stołecznym klubie „Niebo”. Parę godzin wcześniej miałem okazję porozmawiać z liderem grupy – wokalistą i basistą Alexem Maasem, który opowiedział mi nie tylko o swoistej filozofii muzycznej zespołu, ale także o działaniach solowych i fascynacji twórczością Wu-Tang Clan.

MM: W jednym z wywiadów powiedziałeś: Muzycy nie są szczególnie znani z tego, że są naprawdę inteligentnymi ludźmi.

AM: Nadal tak uważam. Zwróć uwagę, że większość muzyków nie potrafi znaleźć zatrudnienia na dłuższy okres czasu. Czasem nawet w ogóle nie potrafią sobie ogarnąć roboty poza branżą! Mam wrażenie, że muzycy dysponują jakąś inną formą inteligencji (śmiech). Poza tym wiele osób zarzuca muzykom, że angażują się nadmiernie w kwestie społeczne, czy polityczne, zamiast skupić się na graniu. Czyste pierdolenie! Jeżeli gram muzykę, to nie mam prawa wypowiadać w kwestiach politycznych?! Dla mnie samo granie i tworzenie muzyki nie jest wystarczające. Ma dla mnie szerszy kontekst i znaczenie. W przeciwnym przypadku byłbym tylko dostarczycielem rozrywki.

MM: Czym zatem dzisiaj jest dla Ciebie muzyka, bo nie wierzę, że tylko zbiorem akordów?

AM: Jest przede wszystkim terapią. Granie jest dla mnie doświadczeniem oczyszczającym wobec syfu, z jakim zmagamy się na co dzień. A że przy okazji mogę powiedzieć coś od siebie – tym lepiej.

MM: Wasza ostatnia płyta „Wilderness Of Mirrors” odnosi się także do chaosu komunikacyjnego i związanych z tym problemów w porozumiewaniu się między ludźmi. A czy poza własną bańką jesteś w stanie się poruszać się równie otwarcie i porozumiewać z ludźmi?

AM: Tak, lubię myśleć o sobie, że nawet lubię wychodzić poza swoją bańkę, czy strefę, w której dominują poglądy co najmniej zbliżone do moich. Poza tym nie znoszę nudy, lubię sprawdzać, co dzieje się gdzie indziej. Podobnie jest z muzyką. Ludzie myślą, że jestem zanurzony w brzmieniach psychodelicznych, a słucham bardzo różnej muzyki: od country i bluesa, przez elektroniczne rzeczy, aż po Wu-Tang Clan. Nie mogę mówić za pozostałych członków zespołu, ale sam jestem poszukiwaczem dźwięków. To jest piękne. Gdybym miał słuchać, czy grać ciągle to samo, umarłbym z nudów.

MM: Czy zatem muzyka psychodeliczna jest dla Ciebie tak samo inspirująca, jak na początku działalności zespołu?

AM: Myślę, że tak, chociaż dziś bardziej inspirujący jest ruch ludzi, który się wokół tej muzyki wytworzył, a który wręcz wielbi ten gatunek.

MM: Masz na myśli fanów tego wszystkiego, co działo się w San Francisco pod koniec lat 60.?

AM: To też, ale bardziej chodzi mi o współczesne wcielenie tej społeczności. Dzisiaj to wszystko, co się dzieje w obrębie psychodelii, jest traktowane znacznie poważniej, niż kiedyś. Ludzie, którzy w tym siedzą, dokształcają się, poszerzają swoją wiedzę przy pomocy Internetu, a nie LSD (śmiech). Muszę przyznać, że to mnie zaskakuje, bo nie spodziewałem się, że ludzie tak ochoczo będą szukali korzeni tej muzyki, a ona przecież sięga jaskiniowców!

MM: Wspomniałeś, że muzyka jest dla Ciebie terapią. Nagraliście 6 płyt, z których każda dotyka w zasadzie innej tematyki. Który z tych wątków jest dzisiaj najważniejszy i dominuje w waszym przekazie?

AM: To ciekawe pytanie. Gdy gramy kawałki sprzed 18 lat, to przywołujemy uczucia, emocje i traumy, które dotykały nas, gdy wówczas je pisaliśmy. Robi się od tego swoisty pierdolnik w głowie. Przechodzimy te emocje niejako na nowo...

MM: Trauma wraca?

AM: Tak, ale tylko na moment. Granie tych numerów na żywo ma formę odwrażliwiania. Dlatego zdecydowanie bardziej wolę grać nowe kawałki. Jest to poniekąd ‘bezpieczniejsze’. W zespole mamy podział pod tym względem, bo każdy chciałby grać na żywo inny zestaw utworów. Na szczęście demokracja działa w The Black Angels dość sprawnie, więc potrafimy dojść do porozumienia.

MM: A czy cel, który miałeś, zakładając zespół prawie dwie dekady temu się zmienił?

AM: Nie, wciąż jest ten sam – poruszyć ludzi i przeżyć coś razem z nimi. Skoro dla mnie ma to wymiar terapeutyczny, to być może dla kogoś z publiczności również? Nie mówię, że dla każdego. Zdaję sobie sprawę, że ludzie, którzy przychodzą na nasze koncerty, wiedzeni są różnymi powodami. Ponownie wrócę tu do aspektu rozrywkowego. Rozumiem, że on również ma dla ludzi znaczenie, ale dla nas koncerty są świętem, ceremonią, czymś uroczystym. Jestem dość jowialną osobą – moi najbliżsi odczuwają to, mam nadzieję najbardziej (śmiech). Wiem, że ze sceny często tego nie widać i wychodzimy na gburów, ale to dlatego, że wszyscy jesteśmy skupieni na graniu (śmiech).

MM: Znam powód umieszczenia na „Wilderness Of Mirrors” utworów z tytułami hiszpańskimi. Będzie kontynuowali ten trend językowy na kolejnych płytach?

AM: Jak najbardziej. Zresztą ten pomysł chciałem zrealizować już od dawna. Podoba mi się przemawianie do ludzi wywodzących się z innych krajów za pomocą ich ojczystych języków, by móc się z nimi lepiej skomunikować, a przede wszystkim – zrozumieć. Samo śpiewanie po angielsku wydaje mi się zbyt jednowymiarowe. Będziemy więc używali kolejnych języków na następnych płytach, zwłaszcza, że po „Wilderness Of Mirrors” ludzie bardzo to docenili. Może chciałbyś zaśpiewać z nami po polsku na następnym albumie (śmiech)?

MM: Wszyscy w zespole macie też projekty poboczne. Słuchałem Twojej solowej płyty „Luca” i skojarzyła mi się z twórczością Syda Barretta.

AM: Interesujące spostrzeżenie. Nagrałem ten album tuż przed wybuchem pandemii. Zresztą „Wilderness Of Mirrors” też nagraliśmy w tym czasie. Ludzie nie mają świadomości, że to nagrania jeszcze sprzed tych wszystkich covidowych traum. Spotykam się z opiniami, że ta płyta uchwyciła tamten czas. Wtedy odpowiadam: ale przecież nagraliśmy ją przed tym wszystkim! Natomiast „Luca” była dla mnie ucieczką, a także próbą wyrażenia innych moich zainteresowań muzycznych. Pierwotnie chciałem, żeby ten album brzmiał, jak Wu-Tang Clan spotykający Leonarda Cohena. Okazał się jeszcze czymś innym (śmiech). Uważam jednak, że odarcie muzyki z tych wszystkich bajerów elektrycznych, nadaje jej szczerości i surowości.

MM: Po raz drugi wymieniasz w naszej rozmowie Wu-Tang Clan. Próbuję sobie wyobrazić Twoją muzyczną kolaborację z The RZA.

AM: O, to było totalne spełnienie marzeń dla mnie. Podoba mi się wizja wdrażania najróżniejszych sampli, zwłaszcza tych mniej oczywistych. Wu-Tang Clan to absolutni królowie hiphopowej psychodelii. Wyznaczyli kierunek, do którego inni nadal próbują się zbliżyć.

MM: Gracie w Polsce dopiero po raz pierwszy. Czemu dopiero teraz?

AM: Musisz o to zapytać naszego agenta. Wielokrotnie chcieliśmy przyjechać do Polski, zwłaszcza mnóstwo naszych znajomych z innych zespołów grało u was i wszyscy byli zachwyceni. Nie umiem odpowiedzieć, czemu wcześniej się nie udało. Mam nadzieję, że teraz się to zmieni i będziemy w Polsce grywali regularnie.

MM: Dziękuję za rozmowę.

Powiązane materiały