The Mission

WywiadMaciej MajewskiThe Mission
The Mission

Grupa The Mission jest obecna na światowej scenie z małymi przerwami od blisko 40 lat. Od ponad dekady działa natomiast ponownie w oryginalnym składzie - obok wokalisty i gitarzysty Wayne’a Husseya, grupę stanowią basista Craig Adams i gitarzysta Simon Hinkler. I właśnie ta dwójka w poniższej rozmowie opowiedziała o muzyczno-wydawniczej historii The Mission, swoim stosunku do twórczości zespołu, której nie tworzyła. Przybliżyła także sylwetkę nowego perkusisty grupy i nakreśliła, czego możemy spodziewać się na koncercie, który odbędzie się 15 maja w warszawskim klubie Proxima.

MM: The Mission założyliście z Waynem po opuszczeniu The Sisters Of Mercy. Mieliście wówczas zamierzenie na temat tego, jak będzie brzmiała muzyka zespołu? Pytam, bo wielu ludzi porównywało ją do twórczości The Sisters Of Mercy?

CA: Myślę, że nasze ówczesne brzmienie nie miało takich założeń. Może właśnie dlatego nasza muzyka brzmiała tak, a nie inaczej. Porównania do The Sisters Of Mercy pojawiały i nadal pojawiają się siłą rzeczy. Różnica polega na tym, że w The Mission jest prawdziwy bębniarz (śmiech). Poza tym nie było tak, że po odejściu z The Sisters Of Mercy zrobiliśmy sobie przerwę. Nie, zaczęliśmy od razu tworzyć.

MM: Efektem tego jest płyta „God’s Own Medicine”, mająca wiele momentów zaskakujących i klimatycznych, jak na przykład partie orkiestrowe w utworze „Garden Of Delight”.

CA: I to już w jakiś sposób nas wyróżniało w stosunku do tego, co robiliśmy wcześniej. Andrew Eldritch (lider The Sisters Of Mercy – przyp. MM) najwyraźniej powstrzymywał nas w realizacji tego, co naprawdę chcieliśmy robić. Lubię ten album, bo pokazuje, czym jest i co mogło stać się z The Mission.

MM: Kolejny album „Children” produkował John Paul Jones. Znaliście się z nim przed przystąpieniem do wspólnej pracy nad tą płytą?

SH: Chyba ktoś przedstawił mu wcześniej pomysł, by wyprodukował naszą płytę. Posłuchał poprzedniej i wyraził zainteresowanie. Poza tym wszyscy jesteśmy fanami Led Zeppelin. Zresztą, kto nie jest? (śmiech).

MM: Natomiast płyty „Carved In Sand” i „Grains Of Sand” ukazały się na przestrzeni kilku miesięcy roku 1990. Czy tamten okres stanowił w jakimś sensie apogeum waszej twórczości pod kątem liczby piosenek?

SH: Mieliśmy wówczas po prostu więcej piosenek gotowych. Gdy tworzyliśmy tracklistę na „Carved In Sand”, okazało się, że mamy jeszcze sporo kawałków, które musielibyśmy odrzucić. Dlatego kilka miesięcy później wydaliśmy je na „Grains Of Sand”. Po wydaniu obu płyt, okazało się, że zostało nam jeszcze utworów.

CA: Kiedy czasem patrzymy wstecz na to, co jeszcze mamy, widzimy kawałki z ich tytułami roboczymi, nie wiedząc skąd się wzięły i co mieliśmy na myśli, komponując je (śmiech).

MM: „Masque” pierwotnie miało być solową płytą Wayne’a. Simon, to pierwsza płyta The Mission nagrana bez Twojego udziału.

SH: I dlatego nie mogę się wypowiadać na jej temat (śmiech). W tamtym czasie zajmowałem się czymś innym. Wydaje mi się jednak, że brakuje na niej dobrego gitarzysty (śmiech)

CA: „Masque” było po prostu zwrotem ku nieco innej stylistyce. Cała rockowa scena się wówczas zmieniała, a grunge ją zdominował. Tworzyliśmy jednak ten album w oderwaniu od tego, co się działo. Mark Saunders, który ją produkował, wywodził się świata muzyki dance. Dziś gramy może ze dwa utwory z tej płyty na koncertach, choć nie sięgaliśmy po repertuar z niej od wielu lat.

MM: Przechodząc już do czasów nowego wieku - płyta „Aura” była powrotem do typowych dla The Mission brzmień. W tamtym jednak czasie scena muzyki gotyckiej była w zupełnie innym miejscu…

CA: Szczerze mówiąc, to było coś, czego się nie spodziewaliśmy. Wydanie płyty jeszcze tego nie ujawniło. Dopiero, gdy pojechaliśmy w trasę koncertową, okazało się, że nasza muzyka konfrontuje się z nowymi brzmieniami. Dominował industrial, który był znacznie mocniejszy od tego, co proponowaliśmy. Pamiętam, że grając w klubach w Niemczech, nie znaliśmy ani jednego zespołu, które grały tam między naszymi koncertami.

SH: Dziś też zdarzają się takie sytuacje. W zeszłym roku graliśmy na niemieckim festiwalu Mera Luna i byliśmy chyba jednym zespołem w jego line-upie, w którym są gitary…

MM: Skoro wspominasz o gitarach – płyta „God Is A Bullet” z 2007 roku, to dość rockowy album jak na The Mission. Pamiętam, że w tamtym czasie Wayne deklarował, że koncerty w Sheperd’s Bush będą ostatnimi, jakie zespół zagra.

SH: Myślę, że powiedział to dlatego, że wówczas był jedynym oryginalnym członkiem w składzie The Mission. To była zupełnie inna grupa, niż wtedy, gdy my w niej byliśmy. Na wspomnianej płycie zagrałem tylko w jednym utworze. Zaś na tych koncertach pojawiłem się w charakterze gościa, który zagrał w kilku piosenkach. Wówczas, w 2008 roku, to rzeczywiście miał być koniec – a przynajmniej tak to postrzegaliśmy. Jednak parę lat później, przy okazji 25 rocznicy założenia The Mission, pojawił się pomysł zebrania zespołu w oryginalnym składzie. Wtedy chcieliśmy zagrać kilka koncertów na rozgrzewkę, po czym mieliśmy zagrać jeden duży show w Brixton Academy. Włożyliśmy w to jednak dużo pracy, a jednocześnie – świetnie się przy tym bawiliśmy. Uznaliśmy więc: po co na tym kończyć? W efekcie tego parę lat później w 2013 roku wydaliśmy „The Brightest Light”.

MM: Waszą ostatnią jak dotąd płytą jest „Another Fall from Grace” z 2016 roku. Pojawiło się na niej kilku gości: Vile Vallo, Martin Gore, czy Gary Numan. Czyim pomysłem było ich zaproszenie?

CA: To wyszło od Wayne’a. Nie nagrywaliśmy tej płyty, siedząc razem w studiu – każdy z nas nagrywał swoje partie osobno.

SH: Wszyscy mieszkamy dziś w innych zakątkach świata, więc było to rozwiązanie optymalne. A goście, którzy pojawili się na płycie, są znajomymi Wayne’a, więc zaproszenie ich było w pewnym sensie czymś naturalnym.

MM: Na bieżącej trasie setlista zawiera utwory z całego dorobku The Mission. Jakie macie odczucia w kwestii grania piosenek z tych płyt zespołu, na których nie graliście?

SH: Wybraliśmy te piosenki, które są po prostu dobre i które lubimy grać, nawet jeżeli nie braliśmy udziału w ich pierwotnych rejestracjach. Kiedy zebraliśmy się w oryginalnym składzie ponownie w 2011 roku, plan zakładał nieruszanie repertuaru, w którym nie mieliśmy udziału. I przez pierwsze lata rzeczywiście graliśmy tylko kawałki z płyt The Mission, na których obaj z Craigiem zagraliśmy. Stopniowo jednak zaczęliśmy się przełamywać i dodawać pojedyncze utwory z pozostałych płyt. Od tego czasu minęła dekada, więc mamy je już ograne.

CA: Poza tym gramy je nieco inaczej, niż zostały zarejestrowane. To jedyny twórczy wkład, jaki możemy zaproponować w przypadku tych utworów (śmiech).

MM: W zeszłym roku do zespołu dołączył nowy perkusista - Amerykanin Alex Baum. Jak go znaleźliście?

CA: Grał w jednym z zespołów supportujących, gdy koncertowałem ze Spear Of Destiny w Stanach. Zapamiętałem go. Więc kiedy przyszło do znalezienia nowego perkusisty, zapytaliśmy Alexa, czy byłby zainteresowany. Okazało się, że tak. Jest świetnym bębniarzem. Bardzo wzbogacił nasze brzmienie.

SH: Potrzebowaliśmy kogoś w krótkim odstępie czasu, a Alex od razu stwierdził: „Nie zawiodę was”, co było bardzo ważne w tamtym momencie (śmiech). I tak jak mówi Craig – to świetny bębniarz, a do tego super gość, więc wszystko dobrze się skończyło.

MM: Czy w takim razie jest szansa na nową płytę The Mission?

SH: Nic takiego nie padło w naszych rozmowach póki co. Trudno cokolwiek planować w obecnych czasach. Nie wybiegamy myślami w takich kwestiach dalej, niż rok.

CA: Na razie chcemy zagrać tę trasę, bo była przekładana kilkukrotnie na przestrzeni lat z powodu pandemii. Potem czeka nas wielka trasa po Stanach na koniec roku, więc trudno nawet będzie znaleźć czas na komponowanie, czy nagrywanie.

MM: Dziękuję za rozmowę.

THE MISSION - Warszawa, Proxima, 15.05.2023. Bilety - EVENTIM.PL

Powiązane materiały