The Zombies

Legendarna brytyjska grupa The Zombies zaczęła swoją karierę jeszcze w latach 60., będąc obok The Beatles pierwszą grupą, która przebiła się na rynku amerykańskim. Koleje losu sprawiły jednak, że zespół zakończył działalność pod koniec tamtej dekady. Do czynnej aktywności powrócił na progu millenium i od tego czasu dość regularnie nagrywa kolejne płyty i koncertuje. Już 20 czerwca The Zombies wystąpią w warszawskiej Progresji. Miałem okazję porozmawiać z wieloletnim wokalistą grupy, Colinem Blunstonem, który opowiedział przede wszystkim o jej dziwnych losach pod koniec lat 60, karierze solowej, a także o jej powrocie pod koniec lat 90.
MM: Historia The Zombies jest dość niejednoznaczna i przyznam, że paru jej etapów nie rozumiem. Czy mógłbyś mi wytłumaczyć, jak to się stało, że gdy w 1968 roku wychodziła płyta „Odessey and Oracle”, zespołu już nie było?
CB: Zespołu nie było, ponieważ część jego ówczesnych członków straciła zainteresowanie graniem pod tym szyldem. „Odessey And Oracle” nagrywaliśmy latem 1967 roku między innymi w Abbey Road, w którym The Beatles dopiero co skończyli „Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band”. To było o tyle dziwne, że nie wiem, jakim cudem udało się załatwić nagrywanie w tym studio, ponieważ w tamtym czasie było ono niejako podległe wytwórni EMI, a my mieliśmy kontrakt z CBS. Dostaliśmy zresztą od nich niewielką zaliczkę w wysokości 1000 funtów, co wtedy było bardzo niewielkim budżetem, w związku z tym musieliśmy nagrywać bardzo szybko. Resztę materiału nagraliśmy w Olympic Studios. Na szczęście znaliśmy cały materiał dość dobrze, więc nie było problemów z rejestracją. Nagraliśmy płytę, wyszedł singiel do utworu „Friends Of Mine” ale nie odniósł żadnego sukcesu i zaledwie jeden radiowy DJ w całej Wielkiej Brytanii był zainteresowany jego promocją. Wobec takiego stanu rzeczy zespół postanowił zakończyć działalność, by skupić się na nowych projektach. Nie była to jednak wspólna, demokratyczna decyzja. Ja w ogóle się nie odzywałem na spotkaniu, podczas którego ją podjęto. To było w ogóle dość dziwne, bo w tym samym roku graliśmy na przykład na Filipinach, gdzie w Manili wystąpiliśmy dla 30000 ludzi! A to był wyjazd obarczony pewnym ryzykiem, po tym jak w 1966 roku The Beatles rzekomo zignorowali zaproszenie na przyjęcie od żony prezydenta Marcosa. Prawdą jest jednak, że to zaproszenie do nich nie dotarło. Natomiast fakt, że nie pojawili się na tym przyjęciu, rozzłościł władze podległe reżimowi Marcosa. Zrobiło się zamieszanie i The Beatles musieli się z Filipin ewakuować. My na szczęście takich problemów nie mieliśmy. Przyjęto nas wspaniale, natomiast nie poszedł za tym sukces w innych rejonach świata i dlatego zespół przestał istnieć.
MM: Jak więc doszło do wydania płyty?
CB: Obowiązywał kontrakt na jej wydanie, więc musieliśmy doprowadzić i dopuścić do jej wydania. Wytwórnia wydała kolejnego singla w listopadzie 1967 roku do utworu „Care Of Cell 44”, ale on również nie odniósł sukcesu. W związku z tym zaczęli wątpić w powodzenie całego albumu… Zespołu, jak wspomniałem, już wtedy nie było. Ostatnim singlem było „Time Of The Season”, które odniosło zaskakujący sukces w Ameryce dopiero rok później – w 1969 roku. Wielka w tym zasługa Ala Koopera, który zasugerował wydanie go niewielkiej wytwórni Date. CBS, na czele którego stał Clive Davis, odmówiło wydania płyty w Ameryce, dlatego to właściwie cud, że w ogóle ukazała się ona na tamtym rynku. Dostała też bardzo dobre recenzje u dziennikarzy, aczkolwiek nie przyjęła się wśród słuchaczy. Jej status uległ zmianie wiele, wiele lat później. Dave Grohl , czy Paul Weller zaczęli wymieniać ją jako jedną ze swoich ulubionych płyt. Z czasem zaczęła też lądować w tych wszystkich zestawieniach płyt wszechczasów „Rolling Stone’a”, „New Musical Express”, czy „Q”. Wiem, że to wszystko brzmi nieprawdopodobnie, a przede wszystkim nierozsądnie (śmiech). Powiem Ci, że dla mnie ta historia do dziś nie jest w pełni jasna. Gdybyś zapytał o nią Roda (Argenta – założyciela i lidera The Zombies – przyp. MM), opowiedziałby ci swoją wersję tamtych wydarzeń. A moim zdaniem powinniśmy się wtedy spiąć i pojechać na trasę. Myślę, że z czasem odbilibyśmy się od dna. Natomiast problemem w zespole na tamtym etapie były także pieniądze. Rod, Chris (White, basista zespołu – przyp. MM) i ja mieliśmy tantiemy, bo pisaliśmy piosenki. Ale Paul (Atkinson, gitarzysta – przyp. MM) i Hugh (Grundy, perkusista – przyp. MM) byli spłukani. Paul po drodze się ożenił, więc wszystkie oszczędności wpakował w nowo powstałą rodzinę. Może nie tak to powinno wyglądać, ale cóż – przeszłości nie zmienimy.
MM: Po zakończeniu działalności zespołu zająłeś się karierą solową.
CB: Tak, najpierw zasugerowano mi, bym nagrywał pod pseudonimem. Nagrałem więc kilka utworów i wydałem jako Neil MacArthur (śmiech). Absolutnie głupi ruch z perspektywy marketingowej, zwłaszcza, że jednym z tych kawałków było… „She's Not There” The Zombies. Później podpisałem kontrakt z Epic i przy pomocy Roda i Chrisa nagrałem cztery płyty „One Year”, „Ennismore”, „Journey” i „Planes”. Nie odniosły one może zawrotnych sukcesów, ale pozwoliły mi utrzymać się na rynku. Pomógł mi na pewno singiel „Say You Don't Mind”, którego autorem był Danny Laine (gitarzysta Wings, zespołu Paula i Lindy McCartneyów – przyp. MM). Nagrywam solowe płyty od ponad 50 lat, ale też na przestrzeni tego czasu współpracowałem z szeregiem innych artystów. W latach 80. zaśpiewałem w utworze „Old And Wise” na płycie „Eye In The Sky” The Alan Parsons Project, który okazał się niemałym hitem.
MM: Jak więc doszło do reaktywacji The Zombies?
CB: Grałem solowe koncerty. W 1999 roku Rod zaprosił mnie dość niespodziewanie na scenę, gdy grał jakiś koncert charytatywny z saksofonistą Johnem Dankworthem. Zagraliśmy razem kilka utworów i było to absolutnie wspaniałe doświadczenie. Zaczęliśmy razem grać we dwóch. Nagraliśmy też płytę „Out Of The Shadows” (wydana w 2001 r. – przyp. MM). Publiczność na koncertach oczywiście domagała się piosenek The Zombies, od których nie stroniliśmy. Z czasem jednak zaczęliśmy na nowo używać szyldu The Zombies. Grali z nami Keith Airey (brat Dona, obecnego klawiszowca Deep Purple – przyp. MM) na gitarze, Jim Rodford na basie oraz jego syn Steve na bębnach. I w tym składzie zaczęliśmy nagrywać kolejne płyty („As Far As I Can See” z 2004 roku, „Breathe Out, Breathe In” z 2011 roku, „Still Got That Hunger” z 2015 roku i ubiegłoroczna „Different Game” – przyp. MM). Na niektórych koncertach dołączał do nas Chris White, chociaż cały czas powtarza, że nie interesują go kolejne długie trasy koncertowe. W ten sposób The Zombies wrócili – jakkolwiek by to nie brzmiało - do żywych i gramy już tak od 20 lat.
MM: Właśnie – czy to prawda, że, gdy nazwa zespołu została wymyślona, nie wiedziałeś, czym jest zombie?
CB: Nadal nie do końca wiem (wybuch śmiechu). Nazwę wymyślił basista Paul Arnold, który w tamtym czasie grał w zespole. Nie było wtedy komiksu, czy kultury horrorów, jaka jest teraz, więc kompletnie nie wiedziałem, o co chodzi. Wytłumaczono mi, że chodzi o żywe trupy (śmiech). Niewiele to miało z nami wspólnego, ale nazwa brzmiała naprawdę fajnie.
MM: 20 czerwca wystąpicie na jedynym koncercie w Polsce w warszawskim klubie Progresja. W jakim składzie zagracie?
CB: W takim, w jakim graliśmy w ostatnich latach. Obok mnie i Roda zagrają Tom Toomey na gitarze i wspomniany Steve Rodford na bębnach. Na basie będzie grał Søren Koch, który zastąpił zmarłego Jima Rodforda. Zagramy największe hity, ale też utwory z naszych ostatnich płyt. Mam nadzieję, że polska publiczność dobrze nas przyjmie. Nie wiem bowiem, jak sprzedają się nasze płyty w waszym kraju i czy w ogóle ktoś o nas słyszał (śmiech).


